Słuchaj
Aga Kołodziejska, Tomek Florkiewicz
Konrad Piasecki
Aga Kołodziejska, Tomek Florkiewicz
Marcin Sońta , Mateusz Ptaszyński
Michał Korościel
Justyna Dżbik, Roman Osica
Marcin Wojciechowski
Hubert Radzikowski
Sprawdź co graliśmy

Teraz gramy

Muse

Muse

Muse

Muse są największymi brytyjskimi heretykami rock’a nowego stulecia. Kiedy pod koniec lat 90-tych

Muse są największymi brytyjskimi heretykami rock’a nowego stulecia. Kiedy pod koniec lat 90-tych po raz pierwszy rzucili obcy i zarazem pobudzający cień na muzyczny krajobraz, kulturowi ortodoksi nie byli zainteresowani odważną, ambitną, grającą ciężki, neoklasyczny metal-core-punk grupą, z przedwcześnie dojrzałym 22-letnim wokalistą o wysokim głosie, który najwyraźniej spadł tu z odległej galaktyki. W tych czasach szukano znajomych, sprawdzonych brzmień. Muse byli inni, a w czasie promowania swojej drugiej płyty w 2001 roku, podczas europejskich koncertów, grali przed 20-tysięczną zdumioną widownią, niszcząc ekstrawagancko niezliczone sprzęty, wypełniając łamy prasy muzycznej opowieściami o rozpuście i burząc popowe listy. Musieli robić coś na opak. Można się pokusić o wyjaśnienie, że indywidualistyczny rozwój Muse jest konsekwencją wyrastania w dość zaściankowym środowisku muzycznym Teignmouth w Devon. Prawdą jest, że gwałtowny rozwój britpopu w połowie lat 90-tych był mniej odczuwalny w ich nadbrzeżnym rodzinnym miasteczku. Do szkolnego etapu życia trójki przyjaciół, próbujących grać mrocznego rocka z dala od obciążeń związanych ze sceną i taktyką, można dorzucić istotną informację, że ojciec wokalisty-kompozytora-gitarzysty-keyboardzisty Matt’a Bellamy'ego był w latach 60-tych członkiem legendarnej formacji The Tornadoes oraz że jego matka była medium, lubiącym operowego rocka w wykonaniu Queen. Ta wersja rozwoju Muse, w której zakochali się w rocku alternatywnym lat 90-tych, która to miłość w przypadku Matt’a została dodatkowo zabarwiona uwielbieniem muzyki klasycznej początku XX wieku, daje wytłumaczenie przyprawiających o zawrót głowy, wielowarstwowych konstrukcji ich muzyki. Osobiste historie i odwołania do konkretnych gatunków muzycznych są wątpliwymi drogowskazami do miejsca, w którym znajdują się Muse. Czyż dzieci ze smutnych, nadmorskich miejscowości nie powinny stać się zakochanymi w kolorze sepii poetami? Czy nie byłoby normalne pójść drogą przeciwną wpływom rodziców? Czy nie lepiej byłoby, gdyby zostali sentymentalnymi DJ’ami w stylu retro niż metalowymi, psychotycznymi balladzistami, którymi się stali w rzeczywistości? Aby najlepiej zrozumieć mechanizmy działania Muse, musimy zerknąć na wyjaśnienie Matt’a: "Nie zważając na inne moje działania, tworzenie muzyki jest czymś, co robiłbym tak czy inaczej” mówi. "Dlatego, bo gdy gram muzykę, wyzwalają się we mnie wyjątkowe emocje. Myślę, że jest to najprzyjemniejsza rzecz w każdych okolicznościach. Dla mnie to jest coś, co zawsze będzie ważne; coś, co czyni nieistotnym wszystko inne.” "Nie chodzi tylko o osobistą przyjemność – na pierwszy rzut oka można odnieść wrażenie, że ta przyjemna aktywność uwalnia endorfinę. To nie tak. Tworzenie muzyki wpływa na sposób, w jaki wszystko postrzegam i daje mi poczucie równowagi w mojej rzeczywistości. To jest coś, co nie do końca mogę wytłumaczyć.” Podczas gdy większość współczesnych zespołów rockowych zrezygnowała ze starań aby wyrazić coś nowego lub złożonego i woli tkwić w ustalonych koleinach, Muse nie ustają w atakowaniu tego gatunku muzycznego, tak jakby był on niezniszczalny. Na szczęście zespół, sterowany przez trójkę muzyków o nieprzeciętnych umiejętnościach - Bellamy, basista Chris Wolstenholme oraz perkusista Dominic Howard – stał się zdolny oddziaływać na szerszą skalę: to rockowa grupa z tupetem i naiwną wiarą w to, że nie ma żadnych ograniczeń i miejsc, do których nie można by się udać. Są najmniej prozaicznym zespołem na planecie. Dla swojej przyjemności, zamieszania i – czasami - rozdrażnienia słuchającego świata, ich płyty konsekwentnie są ekstremalnymi i ekstrawaganckimi wybrykami fantazji. Po wydaniu trzech albumów grupa nie przejawia jakichkolwiek oznak chęci zaspokajania niskich oczekiwań. O ile wydany w roku 1999 album 'Showbiz' był pierwszą, nie przefiltrowaną deklaracją zamiarów, a 'Origin Of Symmetry' z roku 2001 ulokował Muse na szerszej scenie, to najnowsza płyta, 'Absolution', jest jak do tej pory najbardziej spełnioną pozycją. "’Showbiz' był w całości skonstruowany gdy byliśmy razem w Teignmouth – bez jakiegokolwiek grafika zajęć, czy firmy płytowej; bez tych wszystkich klimatów; tak więc po prostu tworzyliśmy muzykę tak jak lubiliśmy” wspomina Dom. "Myślę, że pierwszy album, jak to prawdopodobnie można usłyszeć, ukazuje nas takimi, jakimi byliśmy wtedy. Z kolei drugi był odzwierciedleniem zamieszania, spowodowanego podpisaniem kontraktu płytowego i jeżdżeniem wszędzie, tak naprawdę nie wiedząc kim jesteś; uważam, że 'Origin Of Symmetry' ukazuje taki rodzaj poczucia zakłopotania, kiedy nie wiesz co się dokładnie dzieje.” „Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że jeśli cokolwiek będziemy chcieli zrobić po drugiej płycie, to musimy sobie uzmysłowić kim jesteśmy, a żeby to zrobić, musieliśmy wrócić do tworzenia dla samych siebie; we własnej przestrzeni. Kiedy tworzysz muzykę i po wszystkim idziesz do domu albo kiedy spędzacie kilka dni w tygodniu w studiu, a potem wszyscy się rozchodzą, ta muzyka przybiera bardziej osobisty wymiar i to można usłyszeć na tym albumie” dodaje Chris. Muse wybrali przemyślaną drogę do trzeciego albumu. W roku 2002, po zakończeniu wyczerpującej trasy koncertowej na festiwalach w Reading i Leeds, uruchomili swoje studio nagraniowe w Hackney we wschodnim Londynie i stopniowo zaczęli pisać utwory. Pierwsze sesje do płyty 'Absolution' miały miejsce pod koniec roku 2002 w “Air studios”, a pracowali wówczas z Paul’em Reeve, który wyprodukował ich pierwszą EPkę. Sprowadzili tu całą orkiestrę, a potem udali się do Sawmills w Devon celem dokonania ostatnich poprawek. Skontaktowawszy się z amerykańskim producentem, Rich’em Costey’em (Rage Against The Machine, Audioslave, Fiona Apple, Mars Volta, Phillip Glass) przenieśli się najpierw do Grouse Lodge w Irlandii, a ostatecznie do Los Angeles, gdzie produkcją zajął się Costey. Orkiestry pozostawały na uboczu, dzięki czemu mniej skupiano się na ozdobnikach, a bardziej na aranżacjach utworów. Mimo, że w swoich własnych życiorysach osiągnęli punkt pewnego zastoju, to uzmysłowili sobie, że wydarzenia na świecie zmieniły otaczającą ich rzeczywistość i nie mogą narzekać na brak inspiracji do pisania utworów. O skończeniu pracy nad warstwą dźwiękową płyty pomyśleli później. Mieli wystarczająco dużo pracy – udoskonalanie, poprawianie i powiększanie materiału. "Gdziekolwiek się ruszysz, bierzesz pod uwagę poprzednio istniejące style muzyczne, obojętnie, czy one istniały setki czy kilka lat temu" mówi Matt. "Przyswajasz te wszystkie style i starasz się stworzyć nowy, który nadaje sens im wszystkim; oczywiście korzystasz również ze współczesnych pomysłów. Ogólnie rzecz biorąc uważam, że na tym polega proces kreacji.” "Ponadto sądzę, że na poprzedniej płycie osiągnęliśmy pewien sound i na 'Absolution' znajduje się kilka utworów, będących jego kontynuacją, ale próbowaliśmy też popchnąć nasze idee na wyższy pułap. Taki utwór jak 'Stockholm Syndrome' mógłby z powodzeniem znaleźć się na poprzedniej płycie, ale teraz jest bardziej rozwinięty. Mamy tu też utwory powstałe z zupełnie innych pomysłów. 'Endlessly', 'Blackout', 'Butterflies And Hurricanes', 'Hysteria' – to takie kawałki, jakich nie robiliśmy dotychczas.” 'Absolution' jest produkcją trójki dwudziestokilkuletnich muzyków, będących w szczytowej formie i próbujących przekazać swoją estetykę na wszystkie możliwe sposoby. Rozpoczyna się od dramatu z katastroficznymi bębnami i oszalałym pianinem w utworze 'Apocalypse Please', w którym Matt z całą mocą ogłasza koniec świata. Od barokowych panoram odmalowujących szaleństwo fanatyzmu odrywa nas utwór 'Time Is Running Out', ukradkiem przeistaczający się w koci, pełen emocji rock, który od reszty oddzielony jest kurtyną marzycielskiego, filmowego i makabrycznego utworu miłosnego 'Sing for Absolution'. W 'Stockholm Syndrome’ grupa wchodzi w przestrzeń cyber-punk’owej fugi, w której Matt rzuca się z fortepianem przeciw ścianie gitar. Delikatnie zaznaczona czułość 'Falling Away With You' daje nam chwilę wytchnienia przed utworem, opartym na kompozycji Bacha 'Hysteria', będącym wykwintnym uderzeniem grunge’u. W utworze 'Blackout' prześlizgują się po orkiestrowym walcu, pasującym jak ulał do Covent Garden (w roku 2030), później rozpoczynają optymizmem - biorącym się z syntezatorów i smyczków - utwór 'Butterflies And Hurricanes' (tylko styl godny Rachmaninowa mógł zatrząść posadami tej rockowej budowli), a w końcu mamy ciepły, organowy groove w 'Endlessly' - utworze, który podejrzewalibyście o wpływy elektronicznego popu, gdyby nie był stworzony przez złowieszczy cyber-rockowy Muse. Z tych groove’ów i bardzo ludzkich emocji zespół zabiera nas na ekscytującą jazdę w dół po gitarowych spiralnych schodach, rodem z twórczości Escher'a w 'Thoughts Of A Dying Atheist', nurkuje w brudnych riffach i wściekłości utworu 'TSP' i w końcu szybuje – aż do wygaśnięcia - nieziemskim 'Rule By Secrecy', zostawiając w tym miejscu tylko oszołomiony fortepian i wrażenie podróży do kresu i z powrotem. Zamiarem trzeciego albumu było doskonalenie ich sztuki jako grupy rockowej oraz otwarcie się na nowe groove’y i elektronikę (Matt: "Tak naprawdę to jestem zainteresowany tandetną częścią tej sfery"), ale jednocześnie sprawdzanie dokąd może ich zaprowadzić praca z “dużymi zespołami, orkiestrami, chórami”. Sposób myślenia o tekstach był bardziej reaktywny, być może nawet w lepiej, niż to miało miejsce do tej pory, widoczny sposób - oparty na reportażu. O ile dawniej Matt miał tendencje do kierowania procesu myślenia do granic rozsądku, a potem ich przekraczania i odnosiło się wrażenie, że serdeczność i ciepło nie pasują do jego stylu, to na 'Absolution' zmienił swój punkt widzenia. Światowe wojny i nowe obszary emocjonalne przyniosły swój efekt. "Zakończyłem swój dotychczasowy, sześcioletni związek i wszedłem w nowy – to była niemal najważniejsza rzecz dla mnie” wyjaśnia. "A światowe wydarzenia odegrały również dość istotną rolę. Mieliśmy chwile paniki oraz strachu i myślę, że każdy, kto mieszka w Londynie doskonale to rozumie. Sądzę, że to miało wpływ na nasz album. Nie jesteśmy rozpolitykowanym zespołem, ale kiedy zdarzają się takie rzeczy jak ta, nie możesz ich ignorować i one wpływają na twój sposób postrzegania życia i świata.. "To wywołuje brak zaufania ludziom władzy, skrajnej nieufności w stosunku do mediów, rządu, tajnych służb, itp. – stwarza poczucie bezradności i stąd bierze się ogromne poczucie strachu, paniki i apokaliptycznych nastrojów. To wszystko wpływa na osobisty punkt widzenia; postrzegasz rzeczy, które są ważne dla ciebie, przyjaciół, rodziny, wolności myślenia i czegokolwiek jeszcze i może zaczniesz uzmysławiać wagę tych spraw, których do tej pory nie zauważałeś. "Słuchanie w tym samym czasie takich zespołów jak The Flaming Lips i twórców współczesnej muzyki klasycznej z przełomu XIX i XX wieku spowodowało, że zdałem sobie sprawę z tego, iż jest możliwe tworzenie muzyki, która wykracza poza codzienne życie i poza życie w ogóle; tworzenie czegoś ponadczasowego, mówiącego o egzystencji; czegoś, co nadal będzie doskonale rozumiane po śmierci kompozytora… Nie mówię, że coś takiego robimy, ale przynajmniej próbujemy. Sądzę, że w bardziej duchowej sferze można znaleźć coś, o czym nigdy dotąd nie myślałem, ponieważ nie jestem tak naprawdę osobą uduchowioną. Po raz pierwszy zacząłem rozważać te sprawy właśnie podcza pracy nad tym albumem”.…A czy album 'Absolution' („Rozgrzeszenie”) może być tak właśnie odbierany? Zaduma nad miłością, stratą, nieodwołalnością i fanatyzmem przywiodły Matt’a do mniej naukowo i empirycznie uwarunkowanego postrzegania świata, ale on dopiero dojrzał do tej przemiany. "Myślę, że rozgrzeszenie jest nie tylko religijnym zwrotem” mówi Matt. "Ma znaczenie oczyszczające, ale niekoniecznie zaczerpnięte jest z chrześcijaństwa czy też innego religijnego punktu widzenia. Chcę tylko przez to powiedzieć, że akt tworzenia muzyki jest sposobem rozumienia rzeczy.” Niechętni do pełnienia jedynie roli znakomitych propagatorów konkretnego gatunku muzycznego, Muse obstają przy tym, że ich muzyka jest osobistym narzędziem, pryzmatem, przez który świat nabiera znaczenia. To nie oznacza, że nie są w stanie dostrzec momentów (szczególnie na scenie) natężenia niedorzeczności. Są świadomie ponad czasem. Ale dziwnie, jak na zespół poważnie myślący o tym co robi, nie stosują żadnych wybiegów ani sztuczek. Nie grają ekstatycznego, wypalającego umysł rocka. Nie należą do 'showbiznesu'. Byli zawsze tacy. To jest wrodzone. I tak miało być. Nigdy nie został geniuszem ten, kto nie demonstrował postawy wskazującej, że ogarnia wszystko co robi; dzięki tej postawie mógł zrobić więcej, więcej powiedzieć, dojść dalej, szybciej, mocniej, w lepszy sposób. Na całej płycie 'Origin Of Symmetry' można usłyszeć chęć popchnięcia spraw dalej. Prawdopodobnie to właśnie spowodowało, że najlepszy singiel - 'Plug In Baby' – wbił się na listy przebojów na wiosnę roku 2001 i że Muse postanowili nagrać klasyka Niny Simone, 'Feeling Good', ponownie interpretując ten utwór dla nowego pokolenia. Z tego samego powodu 'Sunburn', z pierwszego albumu - 'Showbiz', wyprodukowanego przez John’a Leckie, przykuł uwagę wszystkich i po raz pierwszy umiejscowił się w brytyjskich mediach na początku roku 2000. Potrzeba robienia czegoś ponad oczekiwania spowodowała, że zaprzestali grania w barach i małych klubach w Devon, dostali klucze do najlepszego studia nagrań w okolicy i podpisali światowy kontrakt fonograficzny z Taste Media, wylecieli do Ameryki i w ciągu kilku dni podpisali umowę licencyjną. I właśnie dlatego Mushroom zabrał ich na trasę po Wielkiej Brytanii, Japonii i Europie, tworząc z nich atrakcję największych festiwali i grupę zapełniającą hale. To będzie siła napędowa koncertów, która sprawi, że zaczniecie myśleć, iż jesteście świadkami nadejścia nowej ery w ekstremalnej, rockowej sztuce scenicznej i dojdziecie do wniosku, że ktoś, kto potrafi mega-błyskawicznie grać na gitarze w tak oszałamiający sposób jak Bellamy, odbijający się od zestawu perkusyjnego, musi chyba być nie z tej planety. Ambicja, wyniosłość, potrzeba rywalizacji, dociekliwość, czy też po prostu odporność na nudę – wszystko to można było znaleźć u Muse i będzie można odnaleźć przez cały czas, kiedy kupować się będzie ich płyty. Ich heretyczny impet nie daje jakichkolwiek oznak, że miałby zelżeć. Więc ruszyli w niebo srebrzystym lotem, aby obalić mit angielskiej flegmy i powściągliwości. "Sądzę, że najlepsza część muzyki rockowej w przeszłości pochodziła z Anglii i myślę, że gdybym miał powiedzieć coś pozytywnego lub obiecującego na temat Muse, to takimi chcielibyśmy być i chcemy to zrobić, by udowodnić, że Anglia nie opiera się tylko na delikatnej muzyce i że w angielskim życiu można dostrzec coś więcej”. "Nie znam zbyt wielu brytyjskich zespołów, które tworzą muzykę rockową o stosunkowo współczesnym charakterze i myślę, że my zdecydowanie próbujemy to robić, aby pokazać, że jest coś więcej do zaprezentowania. Wszystko, co w Anglii w ostatnich 10-ciu latach było zorientowane rockowo (mówię o zdecydowanie oryginalnych pomysłach), było łagodne i stonowane; bardziej rockowe były stare rzeczy, „podtatusiały rock”, retro; i myślę, że nadszedł czas, aby pojawił się angielski zespół rockowy wystarczająco zuchwały, aby być ni mniej ni więcej jak kapelą rockową i nie chować się za dawno przyjętymi wzorcami.” Nie wypatrujcie przyszłości. Muse jest przyszłością. źródło: Universal Music Polska oficjalna strona: muse.mu