Justin Timberlake — „Man of The Woods”. Recenzja Marcina Wojciechowskiego

07.02.2018 10:15

Czekałem na ten album bardziej niż na inne. Od piątku znamy treść płyty Justina Timberlake'a. Wstawiłem sobie nawet bujany fotel i odsłuch oczywiście z winyla. Trzeba cztery razy wstawać, bo jest wydany na dwóch czarnych krążkach.

Justin Timberlake — „Man of The Woods”. Recenzja Marcina Wojciechowskiego fot. mat. prasowe

Od razu spodobał mi się otwierający „Man of the Woods” singiel „Filthy” i od razu wiedziałem, że „w radiu to nie przejdzie”. Justin nie wyprze się tam George'a Michaela, Kravitza czy Prince'a. Łączy te skojarzenia w dźwięki, uzupełnia to odrobiną swojej już historii i wychodzi zgrabny album. Prosty, melodyjny pop przewiązany dźwiękami amerykańskiej wsi. Słychać konie, harmonijkę... Jest jedno „ale”. Szeryfem jest tam Timbaland, który po raz kolejny pokazuje, że z muzyką jest w stanie zrobić wszystko. Mógłby przygarnąć znowu Nelly Furtado.

W innych utworach słyszę wyraźnie nawiązanie do początku kariery. Przy „Higher Higher” chciałem, żeby się już skończyło, a ono trwało i męczyło, dalej lepiej. W „Wave” świetne mixy i zaskakujące momenty. Takie momenty, w których myślę, że zmienił się utwór. Chwytliwe, ale nie na singiel.

Mamy „Say Something” skazane na przebój. Justinowi towarzyszy tutaj Chris Stapleton, gwiazda country z Tenesee. Gość dodaje (może dosypuje ;)) odrobinę greengrassu. Ja wyobrażam sobie w tym numerze duet z Sheryl Crow, mamy za to dziełko z Alicią Keys, ale kompletnie mi umknęła. Zaskakujące są przerywniki, wręcz interludy. W jednej słyszałem Deep Forrest czy Enigmę. Słucham tej płyty i mam w głowie spore zamieszanie, za każdym razem słyszę kolejne elementy. W „Montana” wyraźne disco, lata 80. Między wszystkimi elementami jest pełna zgodność.

To jest album jak film z nagle zmieniającymi się wątkami. Jedni nie mogą doczekać się końca, inni są zmęczeni. Tam są muzyczne „stosunki małżeńskie oraz akty nierządne”.

Ktoś napisał, że to album country. Korneliusz Pacuda pewnie by się uśmiał, ale jeżeli już, to bardziej z „Brokeback Mountain” niż „W Samo Południe”. Czy polecam ten album? Tak. To Justin. Jest wpływową postacią, nie może sobie pozwolić na popelinę. Kreuje trendy, ma kredyt zaufania, który u mnie pogłębił. Jakkolwiek to zabrzmi, mieliśmy wspólnych idoli i dlatego ten album mnie porusza.

Czy singiel z takimi wpływami poderwie Europę? Czy Amerykanie uwierzą w takie country? Dla mnie jest świetnie, autentyczne. Jak Justin chce mieć przebój, to Max Martin wyjmuje mu z szuflady piosenkę i mamy takie „Can't Stop The Feeling”. Rok później nagrywa coś tak innego. Odważę się powiedzieć, że na tej płycie w niektórych momentach bliżej jest Justinowi do *NSYNC niż „Can't Stop The Feeling!”. To mój ulubiony album JT. Jakie jest Wasze zdanie?

Marcin Wojciechowski

Oceń