Rag’N’Bone Man "Human": Recenzja Marcina Wojciechowskiego

Mam dziwny problem z opisaniem tej płyty. Podobny miałem z albumem „Familia” Sophie Ellis Bextor. Znane nazwisko, sprawdziła się świetnie na scenie, nie jest wyłowioną przypadkowo dziewczyną pragnącą zrobić karierę, a jednak na „Familii” brakowało mi czegoś, dzięki czemu chciałbym wrócić do tej płyty...

Po trzech przesłuchaniach pokiwaniem głową i stwierdzeniem, że to naprawdę dobra produkcja. Odłożyłem album i nie ruszyłem go więcej. Tutaj mamy to samo. Jest przebój „Human”, który rozkołysał Europę i zwrócił uwagę zmieszaniem gatunków, tekstem, głosem, wizerunkiem. Słucham płyty i przenoszę się do baru, gdzie siedzę przy piwie i mam jakiś osobisty problem. Muzyka mi nie przeszkadza, momentami zwraca uwagę, ale nie na tyle, żeby zapytać barmana „co to?”.

Mam w głowie zupełnie coś innego... Próbowałem słuchać w samochodzie. Niestety też nie wyszło. Było za monotonnie. Nie wiem czym sugerowało się BBC określając Rag’N’Bone Mana nadzieją 2017 roku. Może singlem, który jest zdecydowanie najsilniejszą stroną całości, może jego osobowością, o której wiem za mało?

Nie lubię źle pisać o płytach. Wierzę temu gościowi, nie sprawia wrażenia wykreowanego tworu. Żywe instrumenty, to może być dobra płyta bankietowa. Słucham płyty po raz siódmy snując się w południe po domu - przecież nie każda muzyka brzmi tak samo o każdej porze. Poczekam. Lepiej i znaczniej dynamiczniej robi się pod koniec albumu – tego w wersji deluxe, gdzie są dodatkowe piosenki. Duży plus za piękne wydanie.

Jest trochę tak, jak z dziewczyną, z którą facet spotyka się pierwszy raz. Widzi ją, serce bije mu szybciej, ale kiedy zaczyna rozmawiać okazuje się, że nagle wypadło mu jakieś spotkanie. Ja tak mam i tak się czuje z „Human” - właśnie zadzwonił telefon, muszę lecieć. Cześć.

Marcin Wojciechowski

Więcej: