Czas fighterek, czyli nowy felieton Marzeny Chełminiak

Dwie opowieści o kobietach, które odnosiły sukcesy w świecie zupełnie 
im niesprzyjającym. Michalina Wisłocka i Maria Skłodowska-Curie. Gorszycielka PRL-u i niepokorna buntowniczka. 
Ich historie uczą, jak czerpać z naszego kobiecego potencjału.

Maria Sadowska, znana piosenkarka i jurorka telewizyjnego talent show, jest też reżyserką. Po swoim pierwszym filmie „Dzień Kobiet” zapracowała na miano reżyserki kina kobiecego. Dlatego nie dziwi fakt, że producenci filmu o Michalinie Wisłockiej i jej bestsellerowej książce „Sztuka kochania” wybrali do współpracy właśnie ją. Zgodzili się tym samym z faktem, że nikt tak dobrze nie zrozumie kobiety jak druga kobieta. I to jaka kobieta! Michalina Wisłocka – guru polskiej seksuologii, ta, która ośmieliła się w Polsce Ludowej pisać o seksie i technikach seksualnych. Idealna bohaterka literacka czy filmowa. Pisząca o miłości – niespełniona w miłości. Otwarcie mówiąca o tematach tabu, skrywająca mnóstwo tajemnic ze swojego prywatnego życia. Szczera w instruowaniu Polek w dążeniu do orgazmu, fantazjująca na temat swojego życia.

Najpierw Violetta Ozimkowski napisała jej biografię „Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki”. Z fragmentami dzienników, opowieściami córki, bliskich daje szansę, by choć trochę poznać „gorszycielkę PRL-u”. Po latach inna kobieta reżyseruje film o niej i opowiada z taką pasją i zapałem, że ja już wiem – nie o film tylko chodzi. To wspaniale pojęta solidarność kobiet. W czasie wywiadu w moim programie „Życie jak marzenie” Maria wyjaśnia swoją fascynację: „Postać łamiąca schematy, walcząca z systemem, walcząca o wolność osobistą, niepasująca do ludzi, z którymi żyje. Ta kobieta jest fighterką, ja sama nią jestem i uwielbiam opowiadać o kobietach, które nie są pokazywane w roli ofiary”.

Historia Wisłockiej jest dowodem na to, jak wiele fantastycznych kobiecych biografii mamy do odkrycia i spopularyzowania. Tak wiele historii się jeszcze kobietom należy. Od razu przypominam sobie życie Marii Skłodowskiej, która w 1891 roku musiała wyjechać z Polski do Paryża, żeby studiować. Znacznie bliżej miała do Krakowa, ale atmosfera panująca wokół emancypacji kobiet nie była dobra. Jeden z  profesorów UJ Ludwik Rydygier uważał, że „ani siłami ducha, ani siłami ciała do tego zadania kobieta nie dorosła”. Dlatego też Maria Skłodowska uczyła się na Sorbonie, nie na Uniwersytecie Jagiellońskim.
O tę bohaterkę też upomniało się kino, tym razem francuska reżyserka Marie Noëlle. W roli Skłodowskiej Karolina Gruszka. Co Maria Skłodowska zrobiła dla świata, a nie tylko dla kobiet – pisać już nie trzeba. Ale to, co myślała i mówiła o kobietach, warto przypomnieć – wyznawała zasadę, że to kobietom może ufać: „Jest ich więcej, trzeba to powiedzieć, niż mężczyzn, którzy czasami obdarzeni są geniuszami, czasami bardzo przystojni, z którymi można się przyjaźnić i kochać. Ale darzyć zaufaniem... Nie więcej niż kobiety, nawet mniej”. Dlatego obdarzam zaufaniem panie reżyserki i czekam na ich opowieści o kobietach, które odnosiły sukcesy w świecie zupełnie im niesprzyjającym.

Więcej: