Porządki bez rozczulania - nowy felieton Marzeny Chełminiak

Metoda Marie Kondo na pozbywanie się rzeczy polega na rozmowie z nimi. W minimalistycznej Japonii pewnie się sprawdza. W Polsce lepiej zdać się  na zdrowy rozsądek koleżanek.

Kto z was się ostatnio przeprowadzał? Albo został zmuszony do generalnych porządków? Piszę: „został zmuszony”, bo osobiście nie znam ludzi, którzy sami z siebie nie dopuszczają do nadmiaru. Wróć – znam! Moja przyjaciółka z dzieciństwa, mieszkająca od lat w Nicei, ma w łazience trzy kosmetyki: mydło, pastę do zębów i szampon. Ale ona nie jest typowa – z powodu wielu alergii została świadomą minimalistką. Wracając do tematu, pytam o rzeczy i sytuację, która nagle powoduje, że trzeba się tych rzeczy pozbyć. Właśnie taka mnie spotkała i dzięki niej dużo się o sobie dowiedziałam. Po pierwsze, to nieprawda, że potrzebuję niewiele. Rzeczy, które miałam uporządkować, przybrały rozmiar góry, w mojej wyobraźni co najmniej Kilimandżaro. Po drugie, to nieprawda, że wiem, co mam. Ilość odnalezionych skarbów była zadziwiająca. W mojej wyobraźni jakieś Rysy co najmniej. Po trzecie, to nieprawda, że się do przedmiotów nie przywiązuję. A jakże – lubię mieć dla mienia. I to lubienie też przybrało niebezpieczne rozmiary.

Próbowałam na początku zastosować metodę sprzątania z książki Marie Kondo „Tokimeki. Magia sprzątania w praktyce“. Japonka radzi, by każdej rzeczy poświęcić chwilę, biorąc ją do ręki i zadając pytanie: „Czy ten przedmiot daje mi radość?”. Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, to należy się go pozbyć: oddać, wyrzucić – bez względu na wartość. Liczy się tylko reakcja serca: daje radość albo nie daje. Zapytałam wcześniej koleżanki, czy umiałyby sprzątać według takiego klucza. Jedna odpowiedziała, że radość daje jej… mąż. No i może samochód. Druga, że bałaby się tej metody, bo wokół niej nic by nie zostało. Ja nawet zaczęłam, ale ten sposób na robienie porządków sprawdza się pewnie u Japończyków, którzy z założenia niewiele mają, bo nie ma gdzie tego trzymać. Ja miałam gdzie trzymać, więc nazbierałam, a nie dysponowałam aż takim wolnym w pracy, by każdej z tych rzeczy zadać to samo pytanie. Wymyśliłam więc dzielenie przedmiotów na trzy kupki: rzeczy do pozostawienia, do oddania i do wyrzucenia. Z tą ostatnią kategorią szło mi najgorzej, bo włączyła mi się ekologia. Myśli w stylu: „To czego nie potrzebuję, może być pożyteczne dla kogoś innego”. Albo: „Ja wyrzucam, a wiele osób nie może sobie na to pozwolić”. Poza tym ktoś tę rzecz wykonał, włożył w nią swoją pracę, ktoś ją kupił... No i poczułam się z tym wyrzucaniem okropnie. Utknęłam. A czas mijał.

I wówczas pojawiły się koleżanki. Zupełnie bez emocji uznały, że skoro większość tych rzeczy przeleżała sobie w spokoju tyle czasu, to nie ma znaczenia, czy je mam, czy też ich nie mam. Mogą więc zalegać kolejne lata. Albo rozpuścić się w nicości. Dom został posprzątany.

Morał z mojej historii jest taki: solidarność z rzeczami nie ma sensu. Ale z koleżankami, które uprzytomnią znane prawdy: skoro nie potrzebowałaś tych rzeczy przez rok, nie użyjesz ich prawdopodobnie już nigdy – tak, to ma sens.

Więcej: