Pochówki antywampiryczne pod Warszawą? Odkrywamy je razem z Martą Guzowską

Marta Guzowska przez wiele lat pracowała na wykopaliskach w dalekiej Troi. Tam też zrodził się pomysł na postać złośliwego antropologa Maria Ybla, dobrze znanego miłośnikom polskich kryminałów. Teraz jej ulubiony bohatera wraca – i to do rodzinnego miasteczka autorki. Czy prościej jest pisać o miejscach dobrze znanych? Czy łatwiej jest wejść w skórę mężczyzny niż kobiety? I jak od początku do końca powstaje dobry kryminał? Z Martą Guzowską, jedną z najlepszych współczesnych polskich autorek, rozmawia Radio ZET.

Wiele mówi się ostatnio o sytuacji kobiet w Polsce. W Pani książkach jest jednak zdecydowanie więcej męskich bohaterów. Czy woli Pani opisywać świat z męskiej perspektywy? A może po prostu jak już zbrodnia, to na pewno z mężczyzną w tle?

Niekoniecznie! Tak naprawdę mężczyzn jest łatwiej opisywać, bo są po prostu mniej skomplikowani (śmiech). Ale, z drugiej strony, dla kobiety wejście w skórę mężczyzny wiąże się ze sporymi ograniczeniami. Gdy tworzy się bohaterkę kobiecą, łatwo można wpaść w pułapkę i opisać siebie – to trudne zwłaszcza wtedy, gdy narracja jest w pierwszej osobie.

Czyli wraca Pani do mężczyzn? „Chciwość” była jednorazowym eksperymentem?

Absolutnie nie! „Chciwość” miała rzeczywiście być jednorazowym eksperymentem, ale Simona Brenner spodobała mi się tak bardzo, że planuję drugą część, a być może i trzecią. Czas pokaże… Nie opuszczam jednak na pewno mojego męskiego bohatera, mam do Maria wielką słabość…

Czyli nie robi sobie Pani na razie żadnej przerwy. Liczę, że pisze Pani po półtorej książki rocznie. To bardzo dużo, a przecież ma Pani małe dziecko. To istny kosmos. Jak Pani pracuje?

Najbardziej lubię pisać wieczorami i gdy jestem sama w domu. Z dwójką dzieci to jednak niemożliwe. Sama w domu jestem tylko rano, kiedy wszyscy moi bliscy wychodzą. Wtedy zaczynam pisać…

Pisanie na zawołanie? To nie brzmi zbyt dobrze…

Gdy już wszyscy wyjdą, rzeczywiście mam czas dla siebie. Wtedy siadam do pisania. No i czasami wychodzi, a czasami nie wychodzi. Jak mam dobry dzień, to idzie szybko. Niekiedy zdarza się, że się rozkręcam, ale wtedy akurat muszę wyjść po dziecko do przedszkola. Czasami piszę też po nocach. Teraz miałam taki moment, że znałam zakończenie, ale utknęłam – czegoś zupełnie mi brakowało. Wszystko uporządkowała mi podróż pociągiem – w kilka godzin udało mi się wszystko to razem zebrać. Zobaczymy, co prawda, jak to wyjdzie przy pisaniu, ale pomysł jest – i to najważniejsze.

Czyli po prostu ciężka robota?

Oczywiście, z pisaniem nie ma przebacz. Tu nie ma ciągłego natchnienia, są momenty weny, ale tak naprawdę to jest ciężka praca. Muszę się motywować przez te kilka godzin, które mam dla siebie, bo inaczej po prostu nie będę pisać. Kryzysy się zdarzają – jak w każdym zawodzie.

A ma Pani jakiś sposób na te kryzysy?

Wierzę w to, że zmiana miejsca owocuje przypływem weny. Jeśli więc nie mogę napisać ani słowa, to wędruję sprzed biurka na kanapę, z kanapy do wanny, czy nawet na podłogę.

Pisuje Pani na podłodze? Wiele rzeczy już słyszałam, ale o czymś takim jeszcze nie.

Tego akurat nauczyłam się od Stephena Kinga. Pracuję zawsze przy desce, tak jak on. King zresztą kiedyś sam opowiadał taką anegdotę o sobie, że gdy już się dorobił, kupił sobie ogromne biurko z prawdziwego zdarzenia. Ale przy tym biurku za nic nie miał weny. Ze mną jest podobnie – zdarza mi się pisać w najróżniejszych miejscach.

We wrześniu ukazała się Pani nowa książka „Czarne światło”. Pierwszy raz pojawia się tu pewne „małe miasteczko”, czyli Pani rodzinny Brwinów. Dlaczego dopiero teraz? Przecież autorzy kryminałów najbardziej lubią opisywać zbrodnie z własnego podwórka?

Rzeczywiście, pierwszy raz piszę o Brwinowie, choć spędziłam tam pół życia. Ale ponieważ mój bohater jest malkontentem, ta nazwa nie pada. Ktokolwiek jednak w Brwinowie był, zna to miejsce, to pozna je natychmiast. „Nasze miasteczko” jednak mi wystarczy.

Ale dla Pani wcześniej Troja była „tym miasteczkiem”?

Tak, kiedy pisałam pierwszą powieść, Troja była dla mnie domem. Znam tam każdy kamień i bardzo za nią tęskniłam. Myślałam o tym, żeby umieścić akcję gdzie indziej, jednak Troja wygrała. Ale postanowiłam, że pierwszy kryminał, kiedy jeszcze się uczę, zmagam z tym wszystkim, musi dziać się w miejscu bardzo dla mnie ważnym. Później krążyłam w różnych miejscach i chyba rzeczywiście dopiero teraz odważyłam się wrócić do Brwinowa. Z tym wiążą się także pochówki antywamipryczne, ponieważ Mazowsze w średniowieczu było centrum wampiryzmu. Dlaczego więc nie Brwinów?

Wcześniej przez wiele lat pracowała Pani jako archeolog i wykładała na uczelni. Teraz skupiła się Pani wyłącznie na pisaniu. Nie brakuje Pani wykopalisk?

Oczywiście, że brakuje, tym bardzie że ja wprost uwielbiam żyć na walizkach. Z dwójką dzieci to trochę trudne, ale może jak dzieci podrosną, wrócę jeszcze kiedyś do Troi. Teraz jestem archeologiem freelancerem, mam więc nieco mniej obowiązków. Chciałabym móc połączyć, jak najwięcej rzeczy, ale nie wszystko się da oczywiście.

Od kilku lat mieszkam z dziećmi i partnerem w Wiedniu, staram się jednak często przyjeżdżać do Polski, wykopaliska też nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa.

Dużo mówi Pani o dzieciach. Czy Pani 10-letni syn dopytuje już o Pani książki?

Na dorosłe kryminały jest jeszcze za wcześnie, ale obiecałam moim dzieciom książkę dla dzieci. Nie mogę za dużo o tym mówić, bo jeszcze wszystko jest w planach. Ale zdradzę, że pojawi się tam pewien mądry chłopiec i jego wiecznie przemądrzała siostra. Bardzo przypominają mi pewne dwie osoby… (śmiech).

Młodsi czytelnicy na pewno będą zachwyceni. A nam pozostaje czekać na kolejne przygody Maria Ybla i Simony Brenner. Marta Guzowska nie zamierza zwalniać tempa, a pomysłami zaskoczyłaby zapewne samego Stephena Kinga.

Marta Guzowska

O autorce:

Marta Guzowska od ponad dwudziestu lat jest archeologiem. Pracowała w Troi, w najbardziej prestiżowych wykopaliskach świata pod okiem samego „Davida Bowie archeologii” – profesora Manfreda Korfmanna. Mówi, że jako archeolog nie trzyma się swoich korzeni, nie są one dla niej tak ważne, ponieważ bada korzenie całych cywilizacji. Autostopem zjeździła całą Turcję, wyspy greckie i pół basenu Morza Śródziemnego. Mieszkała w wielu miejscach na świecie, nie zawsze bezpiecznych. W Turcji przeżyła trzęsienie ziemi, w Izraelu drugą intifadę. Ponad rok spędziła w Atenach, mieszkała też w Heidelbergu, Tybindze, Freibergu, Kopenhadze, Budapeszcie i na Krecie. 

Od ośmiu lat żyje z rodziną w Wiedniu i tam pisze swoje książki. To kobieta pragmatyczna, błyskotliwa i silna – podobnie jak Simona Brenner, bohaterka jej nowej powieści . Dom Marty Guzowskiej w Wiedniu jest nowoczesny i kosmopolityczny. Jej życiowym partnerem jest Węgier, a z dziećmi porozumiewają się w trzech językach. Pomimo wielkiej miłości do własnej rodziny, pisarka ponad wszystko uwielbia życie w ruchu. Jej drugim domem są wykopaliska. Odkąd w jej życiu pojawiły się dzieci, swoje doświadczenia przelewa na papier kolejnych powieści, w których „zabija dla przyjemności”. Odpoczywa najchętniej w muzeach, zwykle tam pisze ostatnie rozdziały swoich książek. Za swoją debiutancką powieść Ofiara Polikseny z cynicznym antropologiem Mario Yblem w roli głównej, otrzymała Nagrodę Wielkiego Kalibru. Dotychczas tylko trzy kobiety mogą pochwalić się tym prestiżowym wyróżnieniem.

Radio ZET/SI