Zamknij

„Amonit” – cichy melodramat nad morzem. Oceniamy nowy film Kate Winslet i Saoirse Ronan [RECENZJA]

12.03.2021 12:30
Amonit - kadr z filmu
fot. materiały prasowe UIP

„Amonit” Francisa Lee to rozgrywający się na ponurej plaży romans między dwiema kobietami. Oceniamy melodramat z Kate Winslet i Saoirse Ronan.

„Amonit” to drugi film brytyjskiego reżysera Francisa Lee. Jego poprzednia produkcja - „Piękny kraj” (org. „God’s Own Country”) zaskarbiła mu szereg nagród oraz uznanie krytyków za ciekawy portret trudnego uczucia między dwoma mężczyznami na brytyjskiej farmie. Tym razem reżyser wziął na warsztat niełatwą relację dwóch kobiet, które różni nie tylko wiek, ale i status społeczny.

„Amonit” - recenzja filmu z Kate Winslet i Saoirse Ronan

„Amonit” dość luźno opowiada o losach Mary Anning. Brytyjki, którą uznaje się za jedną z pierwszych paleontologów Wlk. Brytanii. Jej odkrycia skamieniałości na plażach Lyme Regis w hrabstwie Dorset uznaje się za jedne z większych osiągnięć kraju w dziedzinie badań nad skamielinami, a jednak wiedza na temat losów Anning nie jest powszechnie znana.

Film Francisa Lee podejmuje temat paleontologii i odkryć poczynionych przez kobietę, ale zrzuca je na dalszy plan swojej właściwej historii. Dowiadujemy się, że choć Muzeum Brytyjskie odkupiło od kobiety cenne skamieliny i te znajdują się teraz wśród zbiorów londyńskiej placówki, świat dość szybko zapomniał o jej losach, każąc jej dalej prowadzić swoją cichą egzystencję w rodzinnej miejscowości. Prowadzi tam sklep turystyczny, sprzedając skamieliny wraz ze swoją matką. To właśnie tu pozna Charlotte, której pojawienie się pozornie odmieni jej los. 

Zobacz także

Saoirse Ronan
fot.

„Amonit” – melodramat z ambicjami

Warto podkreślić, że „Amonit” nie jest filmem biograficznym, gdyż powyższe informacje to w zasadzie jedyne rzeczy, których dowiemy się o Mary Anning podczas dwugodzinnego seansu. Reżyser dużo bardziej zainteresowany jest otoczką emocjonalną i rzekomym romansem z młodszą kobietą niż faktograficznym odzwierciedleniem rzeczywistości. Celowo piszę „rzekomym”, gdyż źródła historyczne w zasadzie nie wspominają o życiu emocjonalnym kobiety. Wedle oficjalnych zapisów Anning nie była nigdy w związkach z mężczyznami ani kobietami, a więc centralny romans opowieści stanowi wymysł samego scenarzysty i reżysera.

Traktując prawdziwą historię w ten sposób – jedynie jako pretekst i punkt wyjściowy – wydawać by się mogło więc, że obraz kipieć będzie więc od emocji i rozterek, a reżyser pokaże temat „zakazanej miłości” w szerszym kontekście. Nic bardziej mylnego. Opowiadana przez Lee historia dość powolnie sączy się z ekranu, a reżyser celowo skupia się na powtarzalnych sekwencjach i detalach, oddając nie tylko monotonię życia kobiety, ale też siłę rytuału i codziennie ponawianych czynności. Cały film zostanie zresztą rozegrany tylko na kilkoro bohaterów, w zasadzie całkowicie pomijając kontekst społeczny opowiadanej historii.

Co więcej - Mary Anning w wykonaniu Kate Winslet to kobieta dość skryta, wycofana i nieśmiała, która celowo stara się nie okazywać swoich uczuć, skrzętnie kryjąc je za  warstwą pozujących na gburowatość manier. Taki zarys charakterologiczny bohaterki sprawia niestety, że filmowi brakuje wyrazistej, namacalnej chemii, która kazałaby widzowi emocjonować się przeżyciami i zbliżeniami bohaterek.

Zobacz także

„Amonit” – historia o odciętych od emocji bohaterach

Zamknęci bohaterowie, którzy skrzętnie chronią swoich emocji, bywają niezłymi protagonistami filmów, pod warunkiem, że twórcy mają pomysł, w jak ciekawy sposób pokazać ich rozterki na ekranie. Francis Lee niestety nie posiadł tej umiejętności, zbyt często tworząc zwyczajnie snującą, sączącą się opowieść, której brakuje wyrazistego emocjonalnego dna, mogącego sprawić, że akcja dosłownie przykułaby nas do ekranu.

Problem bezemocjonalnego ukazania skrytych i wycofanych bohaterów widać najwyraźniej w najlepszej scenie obrazu. Takiej, która wreszcie potrafi rodzić emocje i w wyrazisty sposób pokazać wewnętrzny konflikt bohaterki. Mowa o scenie domowego koncertu, na które Mary i Charlotte zostają zaproszone przez pomocnego lekarza. Sekwencja ta w prosty sposób ukazuje różnice charakterologiczne między obiema paniami i jeszcze mocniej klasyfikuje Anning jako wycofaną kobietę, żyjącą niemal we własnym świecie. We wspomnianej scenie bohaterka Winslet jest wyciszona, nieśmiała, oddalona od wszystkich i celowo poszukująca samotności w domu pełnym ludzi. Charlotte jest natomiast duszą towarzystwa, urokliwie gaworzy z innymi, uroczo się przy tym zaśmiewając.

Mary, widząc zachowanie młodszej kobiety, czuje, że zerka na ten świat z zewnątrz. Czuje, że jest jedynie przechodniem, który spogląda zza szyby na „lepszy, piękniejszy świat”. Warto podkreślić, że reżyser zresztą wprost pokazuje takie odczucia bohaterki. Każąc stać jej na deszczu i dosłownie spoglądać przez okno na roześmianą i znajdującą się w swoim żywiole partnerkę, prostym sposobem nakreśla, jak pod powierzchnią czuje się Mary. To niezwykle prosty, ale bardzo skuteczny zabieg, w dosadny sposób ukazujący problem, z jakim boryka się kobieta. To także chwila, która potrafi wywołać w widzu pożądaną reakcję. Dzięki zabiegom inscenizacyjnym oraz pracy kamery, w końcu jesteśmy w stanie odczuć bolączki Mary i wczuć się w jej sytuację. Niestety reszta filmu dość powierzchownie podchodzi do rozważań swoich bohaterek.

Reżyser bowiem prześlizguje się po podejmowanych przez siebie tematach. Choć z początku bohaterki zwracają uwagę na dzielącą ich różnicę wieku – „opiekujesz się mną, jak swoim dzieckiem” – potem wątek ten całkowicie zanika. Mimo że kontekst nieszczęśliwego małżeństwa Charlotte jest punktem wyjściowym jej opowieści, on też zostaje zrzucony na dalszy plan.

Wydaje się, że „Amonit” chciał być filmem, który stanowić będzie rozważania na temat tego, czy miłość i pożądanie rzeczywiście nie mają granic. Przez to jednak, że akcja rozgrywa się w dość zimnych okolicznościach przyrody, a bohaterowie sami ukrywają emocje, produkcja nie potrafi wyzwolić w widzu należytego żaru, który ogrzałby nas do tej historii.

Ten styl wydaje się zresztą elementem charakterystycznym twórczości reżysera. W obu jego dotychczasowych filmach króluje podobna paleta barwna, z szarościami i ciemnymi odcieniami niebieskiego. Mają one podkreślać trudne warunki, w jakich przyszło żyć bohaterom, a protagoniści to osoby wycofane, bojące się własnych przeżyć. Oba filmy są też celowo nieupiększone. Co więcej – reżyser wręcz zdaje się napawać tą naturalistyczną wizją świata. Jak gdyby dla pokazania, że tym, co wnosi słońce do szarego życia bohaterów, są właśnie wichry namiętności i rodzące się uczucie. Sęk tkwi w tym, że bohaterowie obu filmów są dość mocno skryci, a większość ich rozterek rozgrywa się pod powierzchnią i to od samego widza zależy, czy odczuje, i zrozumie ich bolączki.

Amonit - Saoirse Ronan i Kate Winslet
fot. Amonit - recenzja filmu z Saoirse Ronan i Kate Winslet

"Amonit" - werdykt

Wszystko to razem sprawia, że zarówno „Amonit” jak i „Piękny kraj” wydają się filmami nieco zaprzepaszczonych szans, które mogły silniej wpłynąć na emocje widza. Są to dzieła, które można wprawdzie spokojnie obejrzeć, ale zdecydowanie nie stanowią one pozycji obowiązkowych. To raczej dzieła dla koneserów melodramatu, osadzonego w historycznych realiach, którym nie przeszkadza powolne tempo wydarzeń i w chłodny sposób opowiadania historia.

Ocena: 6/10

Chcesz być na bieżąco? Dołącz do grupy " Filmy i seriale - newsy i dyskusje fanów" na Facebooku.

Czytaj także:  SXSW 2021: Bogaty program i polskie akcenty amerykańskiego festiwalu filmowego