Zamknij

"Diuna": oceniamy najnowszy film Denisa Villeneuve'a [RECENZJA]

19.10.2021 17:46
Diuna - kadr z filmu
fot. materiały prasowe Warner Bros.

„Diuna” Denisa Villeneuve’a to jeden z najbardziej oczekiwanych filmów tego roku. Czy dzieło kanadyjskiego reżysera, który dał nam znakomite „Sicaro”, „Blade Runnera 2049” i „Nowy początek”, spełnia pokładane w nim nadzieje? Oceniamy przedpremierowo.

„Diuna” Denisa Villeneuve’a to adaptacja powieści Franka Herberta z 1965 roku. Warto nadmienić to na samym początku, gdyż w trakcie seansu dostrzeżemy wiele elementów, które znamy i lubimy z innych dzieł popkultury ostatnich dziesięcioleci. Warto zatem podkreślić, kiedy oryginalna opowieść przedstawiona w „Diunie” po raz pierwszy ujrzała światło dzienne i jak proza samego Herberta wpłynęła na różnorodnych twórców na przestrzeni lat.

Historia opowiedziana w „Diunie” dotyka bowiem kwestii walki o władzę na najwyższym szczeblu i o tym, jak działania rządzących wpływają na los zwykłych ludzi. „To polityka w najczystszej postaci”, jak dało się usłyszeć po seansie. Denis Villeneuve opowiada historię dwóch rodów, które walczą o wpływy na terenie bogatej w cenną substancję planecie Arrakis. Wedle dekretu intergalaktycznego i nieuchwytnego Imperatora zmienia się władza na terenie strategicznej, pustynnej planety, co prowadzi do serii dramatycznych zdarzeń.

Diuna - kadr z fimu
fot.

fot. materiały prasowe Warner Bros.

Wizualny styl, rozmach prowadzenia opowieści oraz umiejętne wykorzystanie archetypów, przywodzą na myśl sagę „Gwiezdne wojny”, a polityczna otoczka i krwawe rozwiązywanie problemów stanowią coś, czym ekscytowaliśmy się, oglądając „Grę o tron” (i czytając „Pieśń Lodu i Ognia”). Dodając do tego ikonografię biblijną i opowieść o „Wybrańcu”, dostrzeżemy, jak uniwersalna i pełna różnorodnych odniesień kulturowych jest to opowieść. Znane elementy zostają jednak podane w nowy, ekscytujący sposób, dzięki czemu oglądanie „Diuny” to prawdziwa filmowa przygoda.

W tym kontekście warto przypomnieć inne dzieło, bazujące na znanym i uznanym pierwowzorze, rozgrywającym się na pustynnej planecie. O ile jednak Disney w przypadku „Johna Cartera”, stanowiącego adaptację serii powieści Edgara Rice’a Burrowsa „Księżniczka z Marsa” poniósł sromotną klęskę, tworząc dzieło niedopieczone, nieangażujące i zwyczajnie nudne, o tyle Warner Bros. adaptując pierwszą część wielotomowej sagi Herberta, ma w swoich rękach nieoszlifowany diament, który może zaczął błyszczeć na naszych oczach.

Diuna - czerw pustynny
fot.

fot. materiały prasowe Warner Bros.

„Diuna” – recenzja. Jak wypadł najnowszy film Denisa Villeneuve’a?

„Diuna” Denisa Villeneuve’a to produkcja spełniona. Film przyciąga widza przede wszystkim wirtuozerią i rozmachem wykonania. To dzieło monumentalne, rozpisane na wielkie idee, ale, co najważniejsze, nigdy niezapominające o jednostkowym bohaterze. To właśnie ta podwójna skala prowadzenia historii – na poziomie makro, gdzie ważą się losy prowizorycznego pokoju w galaktyce oraz poziomie mikro – gdzie ważą się losy głównego bohatera – Paula Atrydy i jego rodziny, sprawia, że „Diuna” to dzieło, które chce się chłonąć całym sobą.

Historia opowiedziana jest i rozpisana w wyjątkowo przystępny sposób. Nawet pierwsza, czysto ekspozycyjna godzina, która stanowi pewien test dla widza, czy da się porwać filmowej wizji reżysera, poprowadzona jest w sposób jak najbardziej organiczny. Denis Villeneuve korzysta z kilku różnorodnych zagrań, by niezbędne dla fabuły informacje przekazać widzowi w najmniej nachalny, naturalny sposób. W tym celu wykorzystuje sekwencje, w których bohater ogląda programy edukacyjne na temat planety Arrakis czy słucha audycji na temat innych fenomenów świata przedstawionego. Reżyser nie nadużywa też narracji z offu dla przekazania informacji, ani nie ubiega się do napisów na ekranie, nakreślających sytuację w świecie przedstawionym. Fakt, że odkrywamy kluczowe informacje wraz z samym bohaterem, skraca ponadto dystans między postacią a widzem i sprawia, że razem z nim wyruszamy w tę wspaniałą przygodę.

Diuna - Timothee Chalamet
fot.

fot. materiały prasowe Warner Bros.

„Diuna” – film o wyrazistej autorskiej wizji

„Diuna” imponuje także swoim rozmachem realizacyjnym oraz dopieszczeniem wszelkich detali. Przede wszystkim zaskakuje zaś wizualny i technologiczny rozmach przedstawiony na ekranie. Zdjęcia Greiga Frasera nie dość, że są przepiękne – operator umiejętnie bawi się światłem, cieniem, głębią ostrości oraz wyrazistą kolorystyką, to dodatkowo niezwykle imponuje także warstwa technologiczna dzieła. Wszystko, co widzimy bowiem na ekranie, nie tylko wydaje się prawdziwie i rzeczywiste, co dodatkowo niezwykle praktyczne. Architektura, pojazdy czy stroje bohaterów, nie tylko wyglądają niezwykle realistycznie, co przede wszystkim – bardzo wiarygodnie. Zwłaszcza że dostajemy historię wielu przedmiotów, która dodatkowo urealnia świat przedstawiony. Koronnym przykładem niech będzie mała sekwencja, przedstawiająca zwierzę podobne do myszoskoczka, którego pojawienie się na ekranie unaocznia, skąd wzięła się zasada rządząca designem specjalistycznych strojów bohaterów, umożliwiających im recykling wody, tak bardzo przydatny w pustynnych warunkach. Dzięki takim scenom i detalom świat przedstawiony w „Diunie” jest niezwykle wiarygodny, praktyczny i namacalny.

„Diuna” – recenzja. Film wspaniałych aktorskich kreacji

Nowy film Denisa Villeneuve’a to dzieło doskonale zagrane. Każdy z aktorów pokazał się z jak najlepszej strony, prezentując coś nowego i świeżego w swoim dotychczasowym filmowym emploi. Timothee Chalamet zrywa wreszcie z wariacjami na temat bohatera „Tamtych dni, tamtych nocy”, dając nam człowieka ulepionego z zupełnie innej gliny. Nadal zagubionego młodzieńca, ale zmagającego się jednak z zupełnie innymi problemami, dzięki czemu młody aktor korzysta z innych środków wyrazu niż w swoich poprzednich rolach, by przedstawić rozterki bohatera. Znakomita jest także Rebecca Ferguson jako matka Paula i kobieta targana różnymi emocjami, która jednak potrafi też pokazać pełnię swojej siły, gdy będzie to potrzebne. Świetni są również Oscaar Issac, Josh Brolin i Stellan Skarsgaard, a Jason Momoa kradnie kilka sekwencji tylko dla siebie, grając lojalnego i oddanego wojownika, który nie boi się jednak okazywać emocji. Jego relacja z Paulem to wspaniały przykład męskiej przyjaźni, a ciepło bijące z Duncana potrafi zarazić optymizmem. Bohater zaskakuje także, gdy nagle pokazuje bardziej brutalne, stanowcze oblicze. Tak naprawdę każda z ekranowych postaci, nawet jeśli pojawia się jedynie na chwilę, jak znakomita Charlotte Rampling, potrafi ukraść uwagę tylko dla siebie i stworzyć niezwykle wiarygodny portret. Na dodatek bohaterowie napisani są w taki sposób, że cały czas doskonale wiemy, jakie są ich motywacje i motory napędowe działania. Widać, że aktorzy znają swoich bohaterów na wylot i rozumieją, co sprawia, że zachowują się właśnie w taki sposób.

„Diuna” – recenzja. Czy warto obejrzeć film Denisa Villeneuve’a w kinie?

Rozmach realizacyjny „Diuny” sprawia, że jest to kinofilski sen każdego kinomana. Film został stworzony na wielki ekran i jak najlepszy zestaw głośników, co widać i czuć w każdej jego sekwencji. Monumentalizm pewnych rozwiązań wizualnych oraz podniosła muzyka Hansa Zimmera sprawiają, że „Diuna” to przepyszna uczta dla oka i ucha. Każdy element jest tu dopieszczony i wycyzelowany, dzięki czemu mamy poczucie, że został stworzony przez ludzi, którzy doskonale rozumieją materię wyjściową i chcą jak najlepiej oddać ją na ekranie.

Film Villeneuve’a świetnie rozbudza też apetyt widza na więcej. Biorąc pod uwagę, że karta tytułowa filmu głosi: „Diuna: część 1”, a z plakatów raczy nas tekst „Oto początek”, należy spodziewać się kontynuacji dzieła i jeszcze pełniejszego rozwinięcia przedstawionych tu wątków. Oby film zarobił jak najwięcej, żebyśmy rzeczywiście mogli delektować się kolejnymi częściami. „Diuna” ma bowiem potencjał stać się następną wielką sagą, którą będziemy ekscytować się przez lata. Optymistycznie patrząc w przyszłość, zdradzę jedynie, że najnowszy obraz Denisa Villeneuve’a to zwyczajnie wspaniała filmowa przygoda!

Ocena: 8/10

Czytaj także:  „Vortex“ – najbardziej osobisty film Gaspara Noe. Fragment i mini-recenzja [WIDEO]

RadioZET.pl