Zamknij
"Avenges: Endgame" - grafika promująca film Marvela
"Avenges: Endgame" - grafika promująca film Marvela
fot: FaceToFace/REPORTER/East News
SEKRET HOLLYWOODZKICH HITÓW

Marvel i jego fenomen. Dlaczego filmy superbohaterskie się nie przejadły?

Sergiusz Kurczuk
Sergiusz Kurczuk Redaktor Radia Zet
14.10.2021 15:39
14.10.2021 15:39

Istniejące od ponad dekady kinowe uniwersum Marvela to zjawisko, które nie ma sobie równych. Dlaczego mimo upływu lat kolejne tytuły oparte na przygodach herosów z komiksów, zapełniają kinowe sale i wychodzą poza nie, na stałe wiążąc się z globalną popkulturą?

Filmy Marvela – jedni odliczają dni do premiery kolejnej produkcji, drudzy szczerze nimi gardzą i chociaż nie wszyscy traktują je poważnie, nie ma chyba osoby, która nie słyszałaby o produkcjach opartych na słynnych komiksach amerykańskiego wydawnictwa. Co sprawiło, że kinowe uniwersum Marvela trwa już ponad dekadę, a kolejne tytuły dominują światowe multipleksy, powiększając rzeszę fanów i wyznaczając nowy kierunek w popcornowym kinie?

MCU: kinowy świat Marvela

Odpowiedź na te pytania nie jest prosta i wymaga pogłębionej analizy, ale żeby ją rozpocząć, warto ustalić pewne kwestie, które na pierwszy rzut oka mogą nie być oczywiste. Na przestrzeni ostatnich kilku dekad powstało kilkadziesiąt produkcji opartych na komiksach Marvela. Nie wszystkie należą jednak do Marvel Cinematc Universe (nazywanego dalej MCU), czyli świata stworzonego przez wytwórnię Marvel Studios. Na długo przed rozpoczęciem MCU, również powstawały adaptacje przygód komiksowych superbohaterów Marvela, ale były to filmy lub serie oderwane od siebie, tworzone bez większego zamysłu, stanowiące autonomiczne tytuły.

Robert Downey Jr. jako Tony Stark/Iron Man w filmie "Iron Man"
fot. Everett Collection/East News

Przetarły szlaki MCU, ale brakowało im wielu elementów charakterystycznych dla kinowego świata superbohaterów stworzonego przez Marvel Studios. Głównymi tytułami sprzed ery MCU była seria „X-Men”, która zadebiutowała w roku 2000 i z przerwami ciągnęła się przez niemal dwie kolejne dekady oraz trylogia „Spider-Mana” w reżyserii Sama Raimiego. Chociaż nie były to produkcje całkowicie satysfakcjonujące fanów komiksów oraz krytyków filmowych, spopularyzowały kino superbohaterskie, wychodząc poza tandetne, głównie telewizyjne tytuły Marvela z poprzednich lat.

Wszystko zmieniło się w roku 2008, kiedy do kin wszedł „Iron Man” z Robertem Downeyem Jr. w roli głównej. Produkcja była powiewem świeżości w powtarzalnych formułach podgatunku filmów superbohaterskich i pierwszym tytułem produkowanym przez przejętą przez Disneya wraz z wydawnictwem Marvel Comics wytwórnię Marvel Studios.

Pierwsza część „Iron Mana” stała się też początkiem większego planu, za którym stał Kevin Feige – główny producent nadzorujący rodzące się wówczas MCU. Pod koniec filmu zasugerowano bowiem, że w przyszłości na dużym ekranie zobaczymy kolejnych superbohaterów, którzy finalnie utworzą grupę Avengers – dream team Marvela istniejący w komiksach od 1963 roku.

Marzenie tysięcy fanów komiksów ziściło się cztery lata później. W ciągu kolejnych lat MCU rozrosło się, prezentując co roku po kilka filmów, zmierzających do wielkiego finału - misternie budowanej przez dekadę większej opowieści obecnie znanej jako „Infinity Saga”. Mowa oczywiście o filmie „Avengers: Endgame” z 2018 roku, który nie tylko pobił rekord box office detronizując po ponad 20 latach „Titanica” Jamesa Camerona, ale stał się również pierwszym w historii tak potężnym crossoverem. W produkcji Joe i Anthony’ego Russo wystąpili niemal wszyscy dotychczasowi superbohaterowie MCU, mierząc się z potężnym kosmicznym przeciwnikiem, jakiego jeszcze na ekranach kin nie było.

Czwarta część „Avengers” to nie jedyny sukces kasowy Marvel Studios. Każda z produkcji MCU zarobiła ponad 200 milionów dolarów w skali globalnej. Najgorszy wynik należy do „The Incredible Hulk” z 2008 roku, który w światowym box office widnieje z kwotą „jedynie” 265 milionów dolarów. Należy zaznaczyć, że jest to druga produkcja MCU, przez wielu fanów uważana za najgorszą. Nie zmienia to jednak faktu, że film nie tylko zwrócił się producentom, ale również wygenerował zyski. Każda kolejna premiera tylko umacnia sukces filmów Marvela, powiększając zarobki studia. Oczywiście w dobie COVID-19 kwoty są znacznie mniejsze, ale i tak jedyne pandemiczne produkcje MCU – „Black Widow” oraz „Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni”, stały się najbardziej dochodowymi tytułami Hollywood od wiosny 2020 roku.

Pięć najbardziej kasowych tytułów MCU to „Avengers: Endgame” (2 797 800 564 dolarów), „Avengers: Infinity War” (2 044 540 523 dolarów), „Avengers” (1 515 100 211 dolarów), „Avengers: Age of Ultron” (1 395 316 979 dolarów) i „Black Panther” (1 336 494 321 dolarów).

W międzyczasie swoich sił próbowała nie tylko konkurencja, powołując do życia kinowe uniwersum oparte na komiksach DC, ale również inne firmy posiadające licencje na postacie Marvela. W latach 90. Wydawnictwo Marvel Comics przeżywało kryzys, więc zdecydowano się sprzedać prawa do poszczególnych postaci różnym wytwórniom filmowym, by uniknąć bankructwa.

Od 2000 roku pod szyldem Fox ukazywały się kolejne filmy o X-Men, a także próba wskrzeszenia „Fantastycznej Czwórki”.  Podobną taktykę przyjęło Sony, które w 2012 roku powołało do życia nową wersję przygód pajęczego herosa filmem „Niesamowity Spider-Man” z Andrew Garfieldem w roli tytułowej. Od 2018 roku Sony, wciąż posiadające prawa do postaci związanych ze Spider-Manem i próbuje stworzyć własne kinowe uniwersum rozpoczęte filmem „Venom”, co nie przeszkodziło szefom wytwórni na dogadanie się z Marvel Studios, by wspólnymi siłami wyprodukować filmy z udziałem bohatera o pajęczych mocach, rozgrywające się w MCU.

W 2019 roku Disney przejął 20th Century Fox, tym samym przywracając prawa do postaci X-Men i Fantastycznej Czwórki na łono Marvel Studios. Oznacza to, że złożony świat MCU niebawem zostanie wzbogacony o kolejne postaci. W chwili pisania tego artykułu po 13 latach Marvel Studios zaprezentowało światu 25 filmów i na tym nie zamierza kończyć, gdyż w planach na najbliższych kilka lat widnieje kilkanaście kolejnych tytułów.

„Star Wars” zdetronizowane

Jak to się jednak stało, że „Iron Man” - produkcja pełna ryzyka, o mało popularnym wówczas bohaterze, posługującym się jedynie zaawansowaną technologicznie zbroją, w którego wcielał się aktor przeżywający kryzys swojej kariery, odniósł tak spektakularny sukces, że jego reperkusje widać w kinowych repertuarach całego świata do dziś?

Paul Bettany jako Vision i Elizabeth Olsen jako Wanda Maximoff/Scarlet Witch w filmie "Avengers: Infinity War"
fot. Everett Collection/East News

Podstawą sukcesu Marvela jest odważne podejście do formuły kinowych serii filmowych. Przedstawiciele Disneya i Marvel Studios mogli postąpić podobnie jak dziesiątki producentów, przed nimi. Wykorzystać wykupioną przez siebie licencję, stworzyć jedną, albo nawet kilka trylogii przygód posiadanych przez siebie najpopularniejszych herosów, by po kilku latach nie tylko odcinać kupony ze sprzedaży zabawek, akcesoriów czy płyt DVD, ale nawet wyprodukować ich remake’i, na które i tak poszliby starzy fani lub młodsze pokolenie widzów. Od samego początku, widać jednak, że w MCU chodzi o coś więcej.

Powyższe podejście do adaptowanych marek było wykorzystywane przez lata do znudzenia. Powstające co pewien czas nowe wersje dobrze znanych filmów, tworzy się nie tylko, by łatwym kosztem zarobić duże pieniądze, ale również dlatego, by nie stracić licencji. Wiele umów zakłada bowiem, że niewykorzystywanie danej marki przez określony czas upoważnia oryginalnego właściciela do ponownego przejęcia praw na wyłączność. Szefowie Marvel Studios przyjęli jednak inną taktykę.

Po co opowiadać w nieskończoność tę samą historię, narażając się krytykom i wiernym fanom materiału źródłowego, skoro można przenieść na duży ekran spektakularną opowieść, która ma potencjał, by ciągnąć się latami niczym opera mydlana?

Twórcy MCU zdecydowali się więc na prosty, bo bazujący na formule sprawdzającej się od lat w komiksach, ale paradoksalnie bardzo odważny pomysł, powołania do życia kinowego serialu, który jest w historii kina zjawiskiem, jak dotąd nieistniejącym. Wcześniej podobną próbę podjęto tworząc drugą trylogię „Gwiezdnych Wojen”. Kultowe dzieło Geroge’a Lucasa ma zresztą z MCU wiele punktów wspólnych. Trylogia prequeli miała poszerzyć świat znany z trzech pierwszych części kosmicznej sagi, w międzyczasie uzupełnianej przygodami ukazywanymi w komiksach, powieściach i grach wideo. Po latach przyszła trylogia sequeli, która spełniała to samo zadanie, co opowieść o Anakinie Skywalkerze, ale stała po drugiej stronie linii czasu kinowej opowieści.

Twórcy „Gwiezdnych Wojen” mieli jednak zupełnie inny stosunek do formy opowiadania niż osoby odpowiedzialne za filmy Marvela. Nie istniał wcześniej nakreślony plan działania. Prequele i sequele, chociaż tworzą trwającą wiele lat ogromną, wielowątkową opowieść, oddzielają od siebie dekady, a całość nie jest tak koherentna jak w przypadku MCU. To zaskakujące, bo przejęciu przez Disneya Lucasfilm, a więc i praw do „Gwiednych Wojen”, przyświecała zapewne podobna idea, jak w przypadku filmów Marvela. Nie do końca jednak się to udało, ponieważ brakowało spójnej wizji kosmicznego świata.

Trzeba jednak pamiętać, że „Gwiezdne Wojny” i ich podejście do całej sagi przetarły szlaki obecnej formie kinowego świata Marvela. Bez prób podjętych przez George’a Lucasa być może szefowie Disneya nigdy nie odważyliby się na wprowadzenie w życie próby przeniesienia podwalin komiksowego uniwersum na kinowe ekrany.

Od fanów dla fanów

Drugim ważnym czynnikiem jest bowiem zrozumienie odbiorcy, co twórcom MCU udaje się perfekcyjnie. Większość hollywoodzkich adaptacji dzieł popkultury spełnia swoje zadanie – przyciąga do kin widzów, w głównej mierze fanów oryginału. Film siłą rzeczy zarabia, a co za tym idzie zarabiają również producenci. Często jednak nie biorą oni pod uwagę tego, co o produkcji sądzą osoby, do których rzekomo kierowany jest dany tytuł. Przykładem ilustrującym opisywaną sytuację mogą być adaptacje gier wideo, które bardzo często poza tytułem i tymi samymi postaciami, nie mają za wiele wspólnego z cyfrowym oryginałem.

Dave Bautista jako Drax, Zoe Saldana jako Gamora i Chris Pratt jako Peter Quill/Star-Lord w filmie "Strażnicy Galaktyki"
fot. LFI/Photoshot/East News

I nie chodzi tu wcale o przenoszenie historii w skali 1:1, bo MCU też bardzo często jest daleko od komiksowego źródła. Mowa raczej o esencji adaptowanego zagadnienia, o wydobyciu tego, co sprawia, że ten czy inny tytuł, zyskuje zainteresowanie odbiorców. Szefowie Marvela doskonale wiedzą, co stanowi sedno przenoszonych na język filmu postaci. Nawet jeśli nie adaptują ich w sposób dosłowny, wykorzystują pewne archetypy historii bohaterów po to, by ugryźć zagadnienia zupełnie inaczej, interpretować postać w nowatorski sposób lub nawiązać w jakimś stopniu do komiksowych wydarzeń. Co najważniejsze wsłuchują się też w głosy fanów - na bieżąco monitorując media społecznościowe, wiedzą czego chcą widzowie i co najciekawsze, bardzo często analizując ich pragnienia, dają im jednocześnie efekt, który całkowicie zaskakuje widownię.

Filmy Marvela bardzo rzadko są typowym fan service’em. Najczęściej twórcy starają się opowiedzieć teoretycznie dobrze znaną historię w zupełnie nowy sposób, wyprzedzając potrzeby widza. W produkcjach MCU pojawia się też bardzo wiele naprawdę niszowych postaci, co wskazuje na wyjątkowo pogłebiony research twórców zajmujących się danym tytułem, którzy przewertowali setki komiksów w poszukiwaniu inspiracji, a także nowatorskiego powiązania pewnych, czasami zapomnianych wątków, nie tylko z głównym bohaterem, ale również całym kinowym uniwersum.

Wielu twórców MCU jest przy okazji wielkimi fanami komiksów. Przykładem może być James Gunn – reżyser „Strażników Galaktyki”, który wielokrotnie podkreślał, że tworząc swoją serię, zgłębił wiele komiksów o różnych wcieleniach kosmicznej drużyny.

Filmowiec poświęcił czas na analizę elementów składowych komiksowych serii i wziął pod uwagę czynniki wpływające na MCU, by stworzyć syntezę tytułowych bohaterów dostosowaną do zasad rządzących kinowym uniwersum. Każdy czytelnik komiksów Marvela dostrzeże więc, że filmy MCU są tworzone przez fanów dla fanów. Tego typu zrozumienie w kulturze miłośników superbohaterów nie zdarza się często, bo do momentu powstania filmów rozgrywających się w kinowym uniwersum, mało który twórca produkcji superbohaterskich poświęcał tak wiele czasu na zgłębianie materiału źródłowego.

Świadczą o tym również tak zwane Easter eggi, czyli odniesienia do komiksowych historii i liczne smaczki obecne w różnych elementach świata przedstawionego. Czytelnicy komiksów Marvela, którzy zjedli na nich zęby, w jednym filmie MCU są w stanie znaleźć kilkadziesiąt ukrytych nawiązań do wydarzeń z komiksowego uniwersum. Chociaż tego typu zabiegi pojawiały się w filmach sprzed ery Marvel Studios, produkcje MCU sprawiły, że po każdej premierze tytułu MCU w intrenecie można znaleźć dziesiątki szczegółowych analiz danej produkcji, minuta po minucie poszukujących komiksowych inspiracji. Easter eggi są więc ukłonem w kierunku osób, które od lat czytają komiksy oraz hołdem złożonym ich twórcom.

Nie jest jednak tak, że filmy Marvela powstają wyłącznie dla osób zaznajomionych z bogatą historią komiksów superbohaterskich. W końcu w ciągu minionych 13 lat zachwyciły cały przekrój społeczny. Chociaż według statystyk największą grupą społeczną oglądającą filmy MCU stanowią młodzi mężczyźni, zdarzają się również widzowie bardziej zróżnicowani pod kątem demografii i wcale nie stanowią promila widowni.

Wszystko dlatego, że MCU to historia rozpoczęta od zera. Chociaż bazuje na komiksach, jest odrębną opowieścią osadzoną w zupełnie nowym świecie. Osoby nie lubiące komiksów, albo nie wiedzące jak wejść w istniejące od 60 lat bardzo złożone uniwersum, mają dzięki MCU okazję od podstaw poznać najważniejszych bohaterów Marvela. Bardzo duża część widowni filmów MCU nie czytała komiksów przed zetknięciem się z kinowymi produkcjami. Filmowy świat został tak zaplanowany, by zainteresować osoby spoza kultury superbohaterskiej i zatrzymać je na dłużej.

Od thrillera po komedię

MCU stanowi fascynującą opowieść, w której każdy znajdzie coś dla siebie, ponieważ filmy Marvel Studios są niezwykle zróżnicowane. I to kolejna ważna cecha, stanowiąca o sukcesie MCU. W pewnym momencie filmy superbohaterskie wpadły w oklepany schemat. Każdy tytuł wyglądał praktycznie tak samo, miał przewidywalną fabułę, od początku było wiadomo, że czarny charakter poniesie porażkę, a protagoniści mieli jedynie średnio zarysowany profil psychologiczny, bazujący na banalnych pomysłach. Mimo że pierwsze produkcje MCU od tego schematu nie uciekły, to im dalej w las, tym robi się ciekawiej.

Sebastian Stan jako Bucky Barnes/Winter Soldier w filmie "Captain America: Winter Soldier"
fot. AP/East News

Warto pamiętać, że twórcy Marvel Studios też początkowo nieco błądzili i często odnosili się do sprawdzonych rozwiązań, ale musieli jakoś zdobyć zaufanie widowni przyzwyczajonej do sprawdzonego szablonu, a co ważniejsze – producentów, którzy nie zawsze chcą inwestować w produkcje obarczone ryzykiem finansowym. Mimo wszystko od samego początku budowania uniwersum postawiono na zróżnicowanie. Kolejny prosty, ale przełomowy pomysł sprawił, że kino superbohaterskie w wydaniu MCU przestało być podgatunkiem. Stało się odrębnym bytem, w ramach którego realizowano dobrze znane gatunki filmowe.

I tak seria „Kapitan Ameryka” rozpoczyna się jako typowy film wojenny, by z czasem stać się thrillerem akcji o zabarwieniu politycznym. „Strażnicy Galaktyki” to familijna komedia scince-fiction, „Ant-Man” humorystyczny kryminał sensacyjny, a „Thorowi” mimo że początkowo najbliżej było do pompatycznego fantasy, udało się przejść w bardziej komediową odsłonę tego stylu. Ostatnio do szerokiego wachlarza gatunkowego dodano również klasyczne kino szpiegowskie inspirowane przygodami Jamesa Bonda („Black Widow”) oraz film sztuk walki („Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni”). Seriale MCU, które zadebiutowały w 2021 roku na platformie Disney+ jeszcze bardziej zróżnicowały uniwersum, sięgając po różnego rodzaju odmiany sitcomów połączonych z dramatem („WandaVision”), czy klasycznego sci-fi rodem z lat 60. („Loki”).

Oczywiście zawsze w większym lub mniejszym stopniu dominują elementy kina akcji i fantastyki naukowej, ale trudno zarzucić MCU powtarzalność, przynajmniej biorąc za tło inne hollywoodzkie blockbustery.

Tym prostym zabiegiem twórcy z Marvel Studios są w stanie przyciągnąć do kin osoby, które w teorii nie interesują się superbohaterami. Umiejętne operowanie gatunkami uatrakcyjnia więc kolejne produkcje, dzięki czemu wypuszczanie przez Marvela kilku filmów rocznie ma rację bytu przy jednoczesnym uniknięciu monotonii.

Mimo określonego profilu gatunkowego danego filmu, twórcy umiejętnie dozują również wątki trafiające do rozmaitych grup widzów oglądających ten sam tytuł. W niemal każdej produkcji oprócz akcji pojawia się romans (coraz częściej wychodzący poza sztampę), budowanie skomplikowanych relacji pomiędzy bohaterami, humor, tworzenie sensownie umotywowanych przeciwników, czy wykorzystywanie uniwersalnych archetypów. Dzięki temu zabiegowi filmowcy dodatkowo różnicują filmy Marvela, uatrakcyjniając każdy tytuł.

Utrzymywanie ciągłego zainteresowania widzów wiąże się również z angażem do kolejnych produkcji reżyserów, mających doświadczenie w rozmaitych gatunkach filmowych. Twórcy MCU lubią stawiać sobie wyzwania, dzięki czemu zaskakują widzów. Tę cechę widać w zasadzie od samego początku, ponieważ do stworzenia pierwszej części „Thora” wybrano Kennetha Branagha, czyli filmowca, który zasłynął adaptacjami sztuk Williama Shakespeare’a, co pod wieloma względami wiąże się ze sposobem bycia tytułowej postaci.

Wielokrotnie decydowano się również na eksperymenty, które wychodziły poza formułę typowego filmu superbohaterskiego. Kiedy w 2014 roku James Gunn – filmowiec znany głównie z krwawych horrorów – został ogłoszony reżyserem filmu „Strażnicy Galaktyki”, nie wiele osób zwiastowało sukces produkcji. Głównie dlatego, że kosmiczna drużyna nie była zbyt znana nawet wśród czytelników komiksów. Tytuł stał się jednak hitem, Strażnicy Galaktyki zyskali ogromną popularność, a widzowie MCU obecnie czekają na trzecią część serii.

Równie odważnym krokiem było zaangażowanie do trzeciej odsłony serii „Thor” Taiki Waititiego. Nowozelandzki filmowiec słynący z paradokumentalnej komedii grozy „Co robimy w ukryciu”, wyniósł herosa na zupełnie nowy poziom, znacznie rozbudowując postać, nadając jej komediowego tonu. Nadchodzący film „Eternals” to bardzo podobna sytuacja, gdyż za jego reżyserię odpowiada nagrodzona Oscarem Chloé Zhao – chińska twórczyni, której daleko do blockbusterowego kina. MCU nie spoczywa więc na laurach i z roku na rok zbija z tropu widzów nie tylko fabułami, w których coraz częściej zaciera się granica klasycznej walki dobra ze złem, ale również wyborem artystów, którzy te fabuły przenoszą na duży ekran.

„Skąd ta powaga?”: MCU v. DC

Przełomem w kinie superbohaterskim była trylogia „Batmana” Christophera Nolana. Filmy reżysera oparte na komiksach konkurencyjnego dla Marvel Comics wydawnictwa DC, szły w zupełnie nowym kierunku niż poprzednie adaptacje przygód tego superbohatera. Nolan postawił na realizm i brutalizm świata przedstawionego, robiąc z kina o herosach w rajtuzach bardzo poważne kino dotykające rzeczywistych problemów.

Tom Holland jako Peter Parker/Spider-Man w filmie "Spier-Man: Homecoming"
fot. Everett Collection/East News

Kierunek Nolana widać również w kolejnych produkcjach Warner Bros. Pictures opartych na komiksach DC. Nawiązano tym samym do popularnej wśród czytelników komiksów opinii, że DC jest przeznaczone dla odbiorców dojrzałych, a Marvel to treści tworzone dla dzieci. Przeświadczenie to nie jest prawdziwe, ale wynika zapewne z faktu, że najpopularniejszym herosem DC jest poważny i często umieszczany w mrocznych historiach Batman. Natomiast flagowa postać Marvela to przede wszystkim Spider-Man – ubrany w kolorowy kostium heros o sowizdrzalskim usposobieniu.

Prawdą jest, że od samego początku istnienia Marvel Comics humor pełnił w uniwersum bardzo ważną rolę. Początkowo komiksy służyły przede wszystkim lekkiej rozrywce i unikały poważniejszych tematów, chociaż twórcy starali się przemycać komentarze dotyczące takich zjawisk jak rasizm, dyskryminacja czy sytuacja polityczna. I chociaż z czasem Marvel podejmował coraz poważniejsze kwestie, w niemal w każdej serii pojawiał się rozładowujący napięcie humor.

Twórcy MCU wykorzystali tę cechę komiksów, by powołać do życia przystępny świat filmowy, atrakcyjny zarówno dla młodszych, jak i starszych widzów. Reżyserzy w wielu przypadkach w perfekcyjny sposób potrafią łączyć ze sobą wątki niezwykle poważne i elementy typowo komediowe. W zależności od serii stopień natężenia tej mieszanki jest inny, ale chwil oddechu od górnolotności nie brakuje nawet w tak podniosłych filmach, jak „Thor”, „Captain America: Winter Soldier” czy „Avengers: Infinity War”. Dzięki temu każdy widz może znaleźć coś dla siebie.

Filmowcy operują więc całym spektrum emocji, nierzadko wzruszając, bawiąc czy trzymając w napięciu swoich widzów. Chociaż produkcje MCU posiadają kategorię PG-13, a więc próg wiekowy jest obniżony w taki sposób, by przyciągnąć do kin jak najwięcej grup społecznych, nie oznacza to wcale, że MCU zostało stwrzone z myślą o dzieciach. W wielu produkcjach pojawiają się brutalne sceny, postacie giną, przeżywają prawdziwe dramaty, a nawet traumy i chociaż krew nie leje się strumieniami, MCU nie ustępuje w wielu kwestiach tytułom dla starszych odbiorców.

Istnieje jednak jeszcze jedna, często pomijana kwestia związana z kategorią wiekową filmów Marvela. Określenie sugerujące, że dana generacja wychowała się na jakichś tytułach, w przypadku MCU całkowicie zmienia znaczenie. Dzięki nieprzerwanej, snutej przez lata opowieści, odbiorcy mogli nawiązać swego rodzaju więź z bohaterami. Jest to relacja bardzo podobna do tej, którą widz nawiązuje podczas oglądania serialu.

Funkcjonujące od 13 lat uniwersum jest jedną z nielicznych serii kinowych, które rzeczywiście miały okazję wychować całe pokolenie widzów. Istnieje rzesza odbiorców, która zaczynała przygodę z MCU w 2008 roku jako kilkuletnie dzieci, by co roku podczas seansów filmów Marvela, dojrzewać wraz z kinowym światem.

Dodatkowo filmy Marvela wypracowały z czasem pewne tradycje, które są stałym elementem każdego seansu: charakterystyczne intro prezentujące najważniejszych herosów MCU, występ gościnny Stana Lee – jednego z głównych twórców Marvel Comics (od jego śmierci w 2018 roku zarzucono ten zwyczaj) i sceny po napisach. Będąc na sali kinowej podczas projekcji filmu Marvela od razu można poznać prawdziwych fanów. I nie chodzi jedynie o koszulki i gadżety z superbohaterami. Osoby czekające na swoich miejscach do zapalenia świateł nie znalazły się w kinie przypadkowo.

W tym szaleństwie jest metoda

Jedną z najważniejszych cech MCU, które przesądziły o sukcesie kinowego świata jest jednak jego spójność. Nie chodzi jedynie o uzasadnione krzyżowanie się różnego rodzaju serii filmowych, ale również nawiązywanie do wydarzeń z jednego tytułu w innym. Z premiery na premierę, filmowy świat Marvela zagęszcza się, nie zawsze poszerzając się linearnie. Bardzo często twórcy wracają do minionych wydarzeń dopowiadając pewne historie, lub po prostu poszerzając przeszłość MCU. Jest to działanie zaczerpnięte z budowania komiksowych światów superbohaterskich, które z racji długości istnienia i faktu, że nie są tworzone przez jedną osobę, potrzebują czasami uzupełnienia pewnych wątków, albo ich reinterpretacji.

Josh Brolin jako Thanos w filmie "Avengers: Endgame"
fot. Everett Collection/East News

Budowanie MCU to złożony i żmudny proces, który wymaga cierpliwości od widzów, ale również twórców. Doskonale widać te zależności, jeśli przyjrzymy się największej konkurencji Marvel Studios – Warner Bros. Pictures. Wytwórnia od 2013 roku stara się powołać odpowiednik MCU osadzony w uniwersum DC. Przez niemal dekadę stworzono jednak tylko kilka produkcji bazujących na komiksach wydawnictwa. Co gorsza filmy te nie stanowią tak złożonego i spójnego świata. Każdy tytuł można w zasadzie oglądać bez znajomości innych produkcji DC. Poza tym widz odnosi wrażenie, że twórcy z Warner Bros. chcieli niejako przyspieszyć powstawanie swojego uniwersum, pomijając pewne istotne szczegóły budowania świata. Filmowcy z Marvel Studios uniknęli tego problemu, wkładając w MCU więcej pracy, co jak widać, porównując wyniki finansowe obu wytwórni, opłaciło się.

Kolejna ważna kwestia to fakt, że Marvel wykreował swoje własne gwiazdy, w niektórych przypadkach kojarzone wyłącznie z MCU. Koronny przykładem są Chris Hemsworth i Tom Hiddleston, czyli odtwórcy Thora i Lokiego. Kiedy ogłoszono obsadę pierwszej części przygód boga piorunów, w portalu Vulture pojawił się pamiętny artykuł, nazywający aktorów no name’ami. Obecnie obaj są wielkimi gwiazdorami Hollywood, grającymi nie tylko w filmach Marvela.

Nie oznacza to, że w MCU brakuje znanych nazwisk, bo od samego początku pojawiali się rozpoznawani aktorzy tacy jak Samuel L. Jackson, Anthony Hopkins czy Gwyneth Paltrow. W wielu przypadkach grali jednak role drugoplanowe i w pewnym sensie służyli swoimi nazwiskami jako wabiki na widzów. Największe gwiazdy MCU rodziły się wraz ze wzrostem popularności uniwersum i co ważniejsze, aktorzy wcielający się przez lata w herosów Marvela poznawali swoje postacie, zżywali się z nimi, dzięki czemu coraz lepiej i bardziej przekonująco wypadają w swoich rolach.

Od kilku lat zaobserwować można natomiast nowe zjawisko – wypowiedzi aktorów, którzy marzą o dołączeniu do MCU, ale nie tylko ze względu na okazję do zbudowania swojej popularności, a dlatego, że są fanami danej postaci i od dawna marzyli, by się w nią wcielić. Przykładem może być Tom Holland, który wielokrotnie podkreślał, że wychowywał się na poprzednich seriach o Spider-Manie i od dawna chciał zagrać jednego ze swoich ulubionych herosów, co w końcu mu się udało.

Powyższe cechy filmów Marvela udowadniają, że budowane od ponad 10 lat uniwersum, nie odniosło sukcesu przez przypadek. Nie jest to też chwilowa moda, którą za jakiś czas czeka zmierzch. To zupełnie nowe podejście do kina superbohaterskiego i blockbusterów w ogóle. Na przestrzeni lat Marvel Studios wypracowało techniki, które obecnie starają się kopiować inne wytwórnie filmowe. Co najważniejsze, twórcy MCU powołali do życia liczną grupę wiernych widzów, którzy z premiery na premierę, nie żałują swojego wieloletniego zaangażowania w świat superbohaterów i chcą coraz większej ilości opowieści odsadzonych w superbohaterskim uniwersum.  

Filmy Marvel Studios są więc prawdziwym fenomenem popkulturowym. Oczywiście nie jest to ambitne kino, niosące za sobą szczególnie złożone treści. Być może filmy MCU nie zasługują nawet na Oscary. MCU to przede wszystkim rozrywka, ale rozrywka na naprawdę wysokim poziomie, zadająca kłam twierdzeniu, że hollywoodzkie megaprodukcje to wyłącznie powtarzane do bólu schematy fabularne, będące pretekstem dla spektakularnego pokazu efektów specjalnych. Chociaż zdarzają się głosy krytyki w kierunku produkcji Marvela, lekceważenie tych produkcji i traktowanie jako filmów gorszej kategorii coraz częściej jawi się jako kulturowa ignorancja.

Sergiusz Kurczuk
Sergiusz Kurczuk

Od dziecka chciałem być superbohaterem, ale nie ugryzł mnie radioaktywny pająk, moi rodzice nie pochodzą z innej planety, ani nie zostałem poddany żadnemu eksperymentowi naukowemu. Zamiast biegać po mieście w rajtuzach i pelerynie, piszę o filmowych i komiksowych herosach. Ale moje zainteresowania nie kończą się na bohaterach w trykotach. Każda wolną chwilę spędzam w kinie, oglądając wszystko - od typowych komercyjnych produkcji, gdzie wybuchy są ważniejsze niż scenariusz, po kino autorskie, w którym przez 10 minut nie pada ani jedno słowo. Prywatnie jestem wielkim fanem wydawnictwa Marvel Comics i miłośnikiem klasycznych amerykańskich zespołów HC/Punk.