Zamknij

"Free Guy": cóż za miły powiew świeżości! Recenzujemy najnowszy film z Ryanem Reynoldsem

13.08.2021 17:17
© 2020 Twentieth Century Fox Film Corporation. All Rights Reserved.
fot. © 2020 Twentieth Century Fox Film Corporation. All Rights Reserved.

"Free Guy" to najnowszy film od studia Fox z Ryanem Reynoldsem w roli głównej. Czy produkcja aspirująca do tytułu najlepszego blockbustera tego lata spełnia oczekiwania? My już widzieliśmy i oceniamy.

"Free Guy" to w zasadzie produkcja, która mogła okazać się wyłącznie wielką klapą lub spektakularnym sukcesem. Wakacyjny blockbuster z popularnym aktorem w roli głównej, od studia, które taśmowo wypuszcza kolejne prequele, sequele i spin-offy, a jednocześnie twór autonomiczny, niepowiązany z żadną znaną franczyzą - to nieczęsto spotykana mieszanka (zwłaszcza w ostatnich latach). Zatem, czy "Free Guy", wychodząc na przeciw superprodukcjom pokroju Marvela,  "Szybkich i wściekłych" czy DC, poniósł sromotną porażkę, czy też okazał się miłą niespodzianką? Zdecydowanie to drugie.

"Free Guy": recenzja nowego filmu z Ryanem Reynoldsem

Rzecz dzieje się we Free City, mieście przywodzącym na myśl popularną grę Grand Theft Auto, gdzie wszelkiej maści wybuchy, kradzieże, napady i zabójstwa są na porządku dziennym. Rzeczone miasto zamieszkuje pewien miły jegomość imieniem Guy, z facjatą Ryana Reynoldsa i optymizmem godnym pozazdroszczenia. Guy żyje niejako na autopilocie, codziennie wykonując te same interakcje. Nie zdaje sobie bowiem sprawy (do czasu rzecz jasna), że nie jest głównym bohaterem swojej opowieści. Co więcej, nie jest nawet postacią trzecioplanową, a NPCem (non-playable character, czyli po prostu postacią niegrywalną) - bezimienną jednostką funkcjonującą w grze wideo, służącą głównie za tło lub mięso armatnie dla "gości w okularach", czyli graczy. Jednak Guy spotyka na swojej drodze dziewczynę ze snów i wymyka się algorytmowi, a wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa.

"Free Guy" to przede wszystkim film samoświadomy. Produkcja dostarczająca niewymuszonej rozrywki, a jednocześnie trafnie (i z przekąsem) komentująca otaczającą nas rzeczywistość (bez przesady oczywiście, przypominam, że wciąż funkcjonujemy tu w świecie, gdzie za sznurki pociąga Myszka Miki). Reżyser Shawn Levy daje nam jasno do zrozumienia, że chce zaoferować coś innego, nowego i świeżego

Wszystko to ma na celu udowodnić nam, że się da. W świecie opanowanym przez Marvela, DC i taśmowo produkowane rebooty głośnych produkcji, wciąż jest miejsce na oryginalność i kreatywność. Co jednak istotne, nie robi tego w sposób nachalny i pretensjonalny. "Free Guy" to film, który wie, w jakim świecie funkcjonuje i zwyczajnie się tym bawi. Nie obce mu są wszelkiej maści easter-eggi, cameo, czy nawiązania do innych tytułów (kilka z nich jest naprawdę wybornych, uwierzcie), jednak wszystko jest tu doskonale wywarzone. Pojawia się też wiele wstawek, które w prześmiewczy sposób uwydatniają jednak fakt, iż współczesne kino nastawione jest na wtórność i powtarzanie tych samych schematów (Taika Waititi krzyczący, że odbiorcy nie chcą nowości, a sequeli i franczyz upewnia się, że przekaz ten zrozumiemy).

© 2020 Twentieth Century Fox Film Corporation. All Rights Reserved.
fot. © 2020 Twentieth Century Fox Film Corporation. All Rights Reserved.

"Free Guy" ociera się też o tematykę istotny człowieczeństwa oraz nadmiernej brutalności i przemocy stosowanej przez nas w grach. Jest swojego rodzaju lustrem, w którym jako widzowie możemy się przejrzeć i zastanowić nad swoimi czynami (kto grając w GTA nie mordował na potęgę NPCów, niech pierwszy rzuci kamieniem). Gdy bowiem nasz uroczy Guy wymyka się schematowi i zamiast kryminalistą postanawia zostać "dobrym samarytaninem", społeczność graczy jest oniemiała. 

"Free Guy", czyli wizualny majstersztyk z pewnymi mankamentami

Wizualnie "Free Guy" prezentuje się niesamowicie. Efekty specjalne robią wrażenie, praca kamery doskonale oddaje fakt, iż produkcja jest przede wszystkim listem miłosnym do wielbicieli gier, a na ekranie dzieje się tak wiele, że może nam się aż zakręcić w głowie (w pozytywnym znaczeniu rzecz jasna). Główny bohater z miejsca zyskuje naszą sympatię, co jest zarówno zasługą scenariusza, jak i świetnej gry Ryana Reynoldsa. Taika Waititi szarżuje w roli antagonisty, udowadniając, że nieważne jak podłej gnidy by nie zagrał, i tak będziemy go kochać.

© 2020 Twentieth Century Fox Film Corporation. All Rights Reserved.
fot. © 2020 Twentieth Century Fox Film Corporation. All Rights Reserved.

Gorzej wypada jednak reszta obsady. Jodie Comer i Joe Keery dwoją się i troją, by wykrzesać ze swoich stereotypowych i wręcz papierowych postaci nieco życia i głębi, lecz niestety - z marnym skutkiem. Szczególnie słabo prezentuje się postać grana przez Comer. Milly, choć waleczna i stanowiąca motor napędowy dla całej akcji, kończy ostatecznie jako dama w opałach, która bez pomocy mężczyzn niczego by nie osiągnęła

"Free Guy" to zatem film niepozbawiony wad, jednak w szerszej perspektywie tracą one większe znaczenie. Produkcja może i jest miejscami przydługa lub naiwna, ale i tak nie zmienia to faktu, że jest wyśmienitym reprezentantem kina rozrywkowego, który sprawi, że uśmiech nie zejdzie wam z twarzy jeszcze na długo po seansie.

Ocena: 8/10

Chcesz być na bieżąco? Dołącz do grupy " Filmy i seriale - newsy i dyskusje fanów" na Facebooku.