Zamknij
Hiacynt - kadr z filmu
kadr z filmu Piotra Domalewskiego
fot: materiały prasowe Netflix
GŁOŚNA AKCJA HIACYNT

Homoseksualiści byli inwigilowani. Nic dziwnego, że nie chcieli pomóc milicji

Michał Kaczoń
Michał Kaczoń Redaktor Radia Zet
15.10.2021 11:57
15.10.2021 11:57

"Hiacynt" Piotra Domalewskiego to kryminalna opowieść o ciemnej karcie polskiej historii. W połowie lat 80. dochodziło do represji członków społeczności homoseksualistów, a w Łodzi grasował "zabójca gejów". Najnowszy hit platformy Netflix odnosi się bezpośrednio do tych wydarzeń, a sam film został nagrodzony podczas festiwalu w Gdyni za Najlepszy Scenariusz. Rozmawiamy z oklaskiwanym scenarzystą Marcinem Ciastoniem.

„Hiacynt” Piotra Domalewskiego to osadzona w czasach PRL-u opowieść o śledztwie w sprawie brutalnego morderstwa prominenta, a także - co ważne dla fabuły - osoby homoseksualnej. To także historia na kanwie milicyjnej akcji Hiacynt, podczas której w latach 1985-1987 zakładano specjalne „różowe teczki”, zbierając dane na temat homoseksualnych mężczyzn mieszkających w Polsce. Nigdy nie zdradzono, w jakim konkretnie celu zbierano te informacje. Był to element inwigilacji i sprawowania kontroli nad obywatelami.

Miałem przyjemność rozmawiać  z nagrodzonym podczas Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni scenarzystą, Marcinem Ciastoniem, na temat pracy nad filmem oraz oddaniu ducha „tamtych czasów”, a także celowym użyciu zagrań znanych z opowieści kryminalnych. 

Michał Kaczoń: Z projektem „Hiacynt” byłeś związany od lat. Pracowałeś nad scenariuszem, dopracowując jego elementy przy okazji różnych konkursów i warsztatów. Chciałem w związku z tym zapytać, co było pierwotnym punktem zapalnym dla chęci opowiedzenia tej historii? 

Marcin Ciastoń: Ten projekt rzeczywiście jest ze mną od bardzo dawna. Zaczęło się jeszcze podczas studiów w szkole filmowej, kiedy szukałem tematu do scenariusza filmu fabularnego do dyplomu. Wiedziałem, że chcę podjąć temat historyczny. W trakcie poszukiwań natrafiłem na informacje o akcji Hiacynt.

Byłem zszokowany, gdy dotarło do mnie, że za mojego życia w Polsce dokonywało się takich aktów opresji; że jakaś grupa społeczna była w tak drastyczny sposób wykluczana

Wiadomo, że w komunizmie wszyscy żyli w ucisku, ale ubodło mnie to, że właśnie przedstawiciele społeczności LGBT, a w szczególności homoseksualni mężczyźni, byli podwójnie wykluczeni. Nie tylko ze względu na sposób, w jaki odbierało ich społeczeństwo, zmuszając do ukrywania się, ale także z powodu represji milicyjnych. To odkrycie było jednym z głównych motorów do dalszej pracy.

Drugą inspiracją były akta milicyjne i wydarzenia z Łodzi Kaliskiej z końca lat 80. Doszło wtedy do serii brutalnych morderstw. Podejrzewano, że w regionie grasuje seryjny morderca, który zabija gejów. Trwało śledztwo w tej sprawie. Sprawcy jednak nigdy nie znaleziono. Z różnych powodów. Jednym z nich był brak chęci kooperacji osób ze społeczności z milicją. Wszyscy milczeli ze strachu. Było bardzo trudno znaleźć świadków zdarzeń, czy kogokolwiek, kto mógłby naprowadzić stróżów prawa na trop. Ta sytuacja była dla mnie niezwykła.

Jak bardzo zmieniał się ten scenariusz? 

Sama historia przedstawiona w filmie wyłaniała się stopniowo. Z początku nie było dla mnie oczywiste, jaki dokładnie to ma być film. Bardzo lubię kino gatunkowe, eksperymentowałem więc z różnymi rozwiązaniami znanymi z konkretnych podgatunków. Chciałem opowiedzieć tę historię w jak najciekawszy sposób. Uznałem, że warstwa kryminalna nie odbiera temu tematowi wagi, a pozwala raczej w atrakcyjny sposób przedstawić coś ważnego. Po premierze słyszałem głosy, że sama akcja Hiacynt zasługuje na dobry dramat. Zgadzam się z tym. Ja jednak zdecydowałem się spróbować opowiedzieć coś więcej niż tylko odzwierciedlić faktografię. To właściwie mój pierwszy scenariusz fabularny i próba odnalezienia mojego filmowego głosu, dlatego zależało mi, aby korzystać ze zdobyczy różnych gatunków.

Miałeś też nietypową inspirację.

Tak. Kiedy już znalazłem temat, zacząłem jeszcze bardziej wgłębiać się w historię czasów PRL-u. Silnie spoglądałem też w stronę tekstów kultury, które były wtedy popularne. W ten sposób natrafiłem na „Kapitana Żbika”, który mocno mnie zainspirował i stanowił pewnego rodzaju drogowskaz do dalszej pracy. Wiedziałem, że Robert (główny bohater – przyp. red.) będzie milicjantem, więc to mi mocno rezonowało.

Ważnym elementem było też to, jak wielkie znaczenie miał „Żbik” dla całego pokolenia

W tym komiksie wszyscy się przecież zaczytywali. Sam znam opowieści ludzi, w szczególności mężczyzn, dla których to dzieło było bardzo ważne. Zacząłem wtedy zastanawiać się nad rolą kultury w odkrywaniu swojej tożsamości. Jak to było dorastać w czasach PRL-u? Jakie wzorce daje nam kultura? I czy w tamtych czasach była w ogóle jakakolwiek reprezentacja odmienności? Równocześnie myślałem o własnym dorastaniu i o tym, jak to wyglądało w latach 90. Pisanie tej historii zaczęło się więc od odnalezienia postaci Roberta i jego drogi do odkrywania siebie. Następnie, przez jego pryzmat – jaką jest osobą, w jakie wchodzi relacje – zacząłem dalej budować ten świat.

Jak w tym wszystkim odnalazł się reżyser Piotr Domalewski? Jak przebiegała Wasza współpraca?

Wybór Piotra był decyzją dość oczywistą. Kiedy Netflix, a właściwie Łukasz Kłuskiewicz, zainteresował się moim scenariuszem, szybko zaprosiłem do współpracy także Joannę Szymańską, producentkę, która już znała ten projekt. W jednej z rozmów mimochodem padło nazwisko Piotra Domalewskiego. Wszyscy widzieliśmy „Cichą Noc”, znaliśmy też jego shorty. W tych filmach było już widać, w jaki sposób potrafi budować bohaterów i historię na warstwie emocjonalnej. Później Piotr zaprosił nas na oglądanie roboczej wersji „Jak najdalej stąd” i to upewniło nas to, że będzie odpowiednią osobą do tego projektu. Jego sposób opowiadania historii i bliskość z postaciami była czymś, co zwyczajnie współgrało z tym, co chcieliśmy opowiedzieć. Bardzo cieszę się, że się zgodził podjąć tego zadania, bo mógł przecież odmówić.

Chciałem zapytać o konkretną scenę. Moim zdaniem jest ona sercem tego filmu i momentem, w którym dochodzi do zmian. Mowa o momencie imprezy, z jej bardzo szczególną energią i muzyką. Na ile to, co widzimy na ekranie, było wpisane w scenariusz, a na ile było to coś, co już wydarzyło się na planie?

W zasadzie wydarzyło się to dwojako. Oczywiście scena imprezy była w scenariuszu i bardzo się cieszę, że traktujesz ją jako serce tego filmu czy moment, w którym wszystko się zmienia, bo taki był też mniej więcej jej zamysł. Ona oryginalnie była chyba nieco bardziej poważna. To, co otrzymaliśmy ostatecznie, to jest autorska wizja Piotra, która dodała tej sekwencji pazura. Sposób kręcenia, cały montaż, trochę nawet teledyskowy, ciekawie grający z gatunkiem i czasem akcji – takiego PRL-u raczej nie widzieliśmy. Pamiętam jak Joanna Szymańska, rozmawiając z Piotrem o tym, jak ta sekwencja ma być nakręcona, powiedziała mu: „jeśli sprawisz, że każdy z widzów będzie chciał być na tej imprezie, to kręć ją jak chcesz”.

Tak, i to się w pełni udało. Sam zresztą miałeś też możliwość uczestniczyć w jej kręceniu i pojawiasz się na ekranie. Jak przebiegała twoja praca na planie i dlaczego zależało ci, żeby pojawić się właśnie w tym momencie? 

Tak, rzeczywiście widać mnie na ekranie. Poprosiłem po prostu, żeby być statystą. Skoro już byłem na planie, to chciałem się na coś przydać i nie być piątym kołem u wozu. Czułem też, że to będzie dla mnie dobre doświadczenie jako twórcy. Scenarzyści często są pomijani podczas produkcji, też dlatego, że wielokrotnie zajmują się już kolejnymi projektami i nie mają czasu. A mam wrażenie, że też chcieliby czasem uczestniczyć w pracy na planie. Dla mnie miało to szczególne znaczenie, gdyż właśnie realizowany był film na podstawie mojego pierwszego scenariusza. Było to zresztą doskonałe doświadczenie zawodowe – przekonać się, w jaki sposób słowo pisane może mieć wpływ na wieczór całej ekipy filmowej. Pojawienie się na ekranie miało dla mnie też znaczenie w kategoriach reprezentacji, o której rozmawialiśmy w kontekście wzorców kulturowych, których zwyczajnie w tamtych latach nie było. Możliwość zaprezentowania zbiorowości queerowej – grupy osób LGBT  na ekranie, była czymś, na czym nam zależało. Było też ważne dla mnie personalnie, jako osoby homoseksualnej. Móc pojawić się na ekranie i zaprezentować tamtą społeczność w tak otwarty sposób.

Chciałem też zapytać o dobór muzyki. W tej scenie oraz całym filmie mamy bardzo charakterystyczny zestaw piosenek. Na ile była to decyzja reżyserska, a na ile ty już w scenariuszu sugerowałeś jakie utwory chciałbyś, aby poleciały z głośników?

Nie sugerowałem tytułami, ale rzeczywiście wpisałem te informacje do scenariusza. Była przy tym zresztą ciekawa rozmowa. W scenie imprezy napisałem jedynie, że „leci utwór diwy z tamtych czasów”. Pamiętam jak Joanna (Szymańska, producentka – przyp. red.) napisała do mnie SMS-a, żebym podesłał jej „listę diw” (śmiech). Chciała wiedzieć po prostu, jakiej muzyki konkretnie szukamy. Kora oczywiście znalazła się na tej liście i bardzo się cieszę, że jej głos znalazł się finalnie w filmie.

W filmie można usłyszeć m.in utwory "Chce ci powiedzieć coś" Kory, cover "Co mi panie dasz" Bajmu czy "Jak minął dzień" Krzysztofa Krawczyka.

Wybór pozostałych utworów też był zasugerowany w scenariuszu. Wiedząc jednak, jak produkcyjnie ograniczające mogłoby być, gdybym podał tam konkretne utwory, starałem się raczej pisać ogólnikowo. Używałem raczej kategorii: „szlagier”, „diwa”, „znany utwór”, żeby nie ograniczać nam produkcyjnie dostępu do muzyki. Tych miejsc z wpisanymi utworami było zresztą w scenariuszu nieco więcej, ale zdecydowaliśmy, że w niektórych sekwencjach lepiej wybrzmi muzyka instrumentalna, ilustracyjna. Tak było chociażby w scenie podczas balu. Uznaliśmy, że cover będzie lepszy niż dynamiczny hit.

W filmie ogromną rolę odgrywa relacja z ojcem. Chciałem zapytać cię o to, dlaczego była tak ważna dla opowiedzenia tej historii.

Od początku wiedziałem, że relacja z ojcem i w ogóle relacja z rodziną będzie ważnym elementem budowania tożsamości bohatera. Dopiero później zrozumiałem, na ile można czytać tę relację także metaforycznie – jako figurę zależności obywatela od państwa – i w jaki sposób wykorzystać tę symbolikę do tworzenia podwalin tej historii. Warto też podkreślić, że to jest relacja, która była mi potrzebna do zbudowania tej opowieści i przemiany bohatera. Nie było tam jednak żadnych moich pamiętnikarskich zapędów (śmiech).

Padają w tym filmie wielkie słowa, które zyskały duży poklask podczas pierwszych pokazów w Gdyni. Mowa o zdaniach: „Polacy nie lubią, jak inni Polacy są szczęśliwi” i „Nie można się bać wszystkiego. Na pewno nie wolności”. Na jakim etapie znalazły się one w scenariuszu? Czy nie bałeś się przypadkiem, że wybrzmią nadmiernie patetycznie? Ludzie w końcu w taki sposób nie mówią na co dzień. 

To pytanie dotyka też ciekawej kwestii, jaką jest kolektywne tworzenie filmu i tego jak duży autorski wkład w jego powstanie miał reżyser. Niektóre linijki, a w szczególności ta,  o Polakach, to jest coś, co pojawiło się z inicjatywy reżysera. Dla mnie ten film opowiada o poszukiwaniu wolności. Zarówno tej osobistej, jak i społecznej. W tym kontekście te zdania były ważnymi komunikatami dla bohatera oraz czymś, co zwyczajnie powinien usłyszeć. Wydaje mi się, że ograniczyłem wiele zapędów, żeby wygłaszać wielkie manifesty, bo to byłoby ryzykowne. W końcu tak jak mówisz: ludzie zwykle tak nie mówią w prawdziwym życiu. Zależało mi właśnie, aby nie przemawiać, a mówić przez emocje bohaterów. Nie obawiałem się jednak, że te linijki mogą zabrzmieć nadmiernie patetycznie, bo wpisane były w strukturę tej historii. Na dodatek Arek, czyli bohater wygłaszający te słowa, jest człowiekiem, który jest takim zwiastunem zbliżającego się schyłku komunizmu i takim sygnałem, że ludzie przestaną się bać. Więc w jego ustach mogło to zabrzmieć naturalnie.

Film „Hiacynt” jest już dostępny w serwisie Netflix.

Michał Kaczoń
Michał Kaczoń

Dziennikarz kulturalny i fan popkultury w różnych jej odmianach. Wielbiciel festiwali filmowych i muzycznych, których jest częstym i chętnym uczestnikiem. Salę kinową traktuje czasem jak drugi dom.