Zamknij

"Wesele": film niezwykle Polakom potrzebny. Recenzja najnowszego dzieła Wojciecha Smarzowskiego

08.10.2021 07:00
Wesele - plakat filmu Wojciecha Smarzowskiego
fot. Kino Świat/materiały prasowe

Wojciech Smarzowski powraca z nowym filmem pod tytułem "Wesele". Czy przez Polskę przetoczy się kolejna burza medialna spowodowana twórczością reżysera? Na pewno będzie o nim głośno przez wiele tygodni, a fani twórczości Smarzowskiego podczas seansu poczują się usatysfakcjonowani, bo to naprawdę mocne kino z ważnym przesłaniem na temat otaczającej nas rzeczywistości, które już zdało egzamin swojej uniwersalności.

Kiedy w 2006 roku do kin weszło "Wesele" Wojciecha Smarzowskiego nastąpił mały przełom w polskiej kinematografii. Produkcja odniosła sukces, a nazwisko reżysera na stałe zapisało się w umysłach widzów rodzimego kina. Po niemal 20 latach od pełnometrażowego debiutu, Smarzowski powraca z kolejnym filmem pod tym samym tytułem. Nowe "Wesele" to jednak nie żaden remake czy kontynuacja, chociaż można by się pokusić o twierdzenie, że filmowiec rozwinął swój dawny pomysł i wzbogacił o wiele nowych wątków.

"Wesele": RECENZJA nowego filmu Wojciecha Smarzowskiego

Powierzchownie "Wesele" z 2021 roku ma bardzo podobną fabułę, co film sprzed kilkunastu lat. Rzecz dzieje się w małym prowincjonalnym miasteczku, głównym bohaterem jest szemrany cwaniaczek-dorobkiewicz, trzęsący całą miejscowością, który postanowił wyprawić swojej jedynej córce huczne wesele. Mężczyzna przewrotnie nazwany Ryszard Wilk, prowadzi fermę świń, na której się dorobił, stosując nieczyste zagrywki. Podczas imprezy odkrywamy mroczne tajemnice dotyczące gości i gospodarzy, prowadzące do nieuniknionej katastrofy.

To jednak tylko podłoże pod o wiele bardziej skomplikowaną i poważną opowieść. I tak jak pierwszy zwiastun nowego "Wesela" służył za wabik na nie do końca świadomych widzów, którzy oglądając zapowiedź, spodziewać się mogą tragikomicznej opowiastki o przywarach Polaków, tak wątek Ryszarda Wilka (Robert Więckiewicz), jego rodziny i wyprawionego przyjęcia, jest punktem wyjścia do fabuły zakorzenionej w historii II wojny światowej.

Kino Świat/materiały prasowe/Wesele
fot. foto:Kino Świat/materiały prasowe/Wesele

Film jest w pewnym sensie połączeniem dwóch ciągot Smarzowskiego - kina historycznego, które rozprawia się z niewygodnymi prawdami ("Róża", "Wołyń") z portretem dysfunkcyjnego społeczeństwa polskiego ("Drogówka", "Kler", pierwsze "Wesele"). Nie powinno to dziwić, bo te dwa motywy się ze sobą zazębiają i z siebie wynikają, co zresztą podkreśla nowe "Wesele".

Drugą płaszczyzną, na której rozgrywa się akcja "Wesela" jest bowiem okres II wojny światowej wspominany przez nestora rodu Wilków - Antoniego (pośmiertna rola Ryszarda Ronczewskiego). Poznajemy przeszłość oczami młodego Antka (Mateusz Więcławek), który zakochał się w miejscowej Żydówce (Agata Turkot). Smarzowski nie ogranicza się jednak wyłącznie do retrospekcji, ale pozwala się obu wątkom swobodnie przeplatać, nadając filmowi symbolicznego wydźwięku.

Mimo że na plakacie pojawiają się twarze Roberta Więckiewicza, Agaty Kuleszy, Andrzeja Chyry, Arkadiusza Jakubika i Michaliny Łabacz, ich rola jest drugo, a niekiedy nawet trzecioplanowa. Prym wiodą postacie grane przez również obecnych na afiszu Więcławka i Turkot. Wydarzenia wojenne determinują zachowania współczesnych bohaterów, a poza tym gwarantują o wiele mocniejsze doznania, niż przyziemne problemy iluzorycznych protagonistów. Niestety z tego powodu wiele gwiazd obsady zdaje się znikać, na tle wątku przeszłości, ale najwidoczniej takie było założenie reżysera.

Tym razem Smarzowski podszedł do tytułu o wiele bardziej metatekstualnie. Chociaż pierwsze "Wesele" też można odczytywać jako dialog z dramatem Stanisława Wyspiańskiego, to nowy film reżysera robi to o wiele bardziej jawnie. Podobnie jak w młodopolskiej sztuce, w filmie również mamy do czynienia z przemieszaniem realizmu ze stylistyką symboliczno-wizyjną. W filmowym "Weselu" proces ten nie został jednak rozłożony w usystematyzowany sposób. W zasadzie od samego początku stykamy się z przenikaniem się dwóch płaszczyzn czasowych, których łącznikiem jest Antoni Wilk. Smarzowski nie tylko uderza w oniryczne tony, które nadają całemu filmowi uniwersalizmu, ale przede wszystkim sygnalizuje paralelność wydarzeń sprzed 80 lat z tym, co dzieje się w Polsce obecnie. Wyspiański swoim "Weselem" odpowiadał na pytanie, dlaczego Polacy nie potrafią wywalczyć niepodległości, a Smarzowski w swoim "Weselu" porusza o wiele bardziej złożoną kwestię. Filmowe "Wesele" pyta bowiem, dlaczego wielu Polaków kocha nienawidzić.

foto:Kino Świat/materiały prasowe/Wesele
fot.

foto:Kino Świat/materiały prasowe/Wesele

Chociaż w pewnym momencie film "Wesele" był zapowiadany jako produkcja o pogromie w Jedwabnem, w rzeczywistości wątek tego straszliwego wydarzenia z historii Polski jest jedynie wspomniany. Co nie oznacza, że produkcja nie skupia się na polskim antysemityzmie. Ten temat jest poruszany od samego początku, zaczynając się w żartach i wyzwiskach, by na samym końcu ukazać koszmarne wydarzenia, do których dochodziło w wielu polskich miasteczkach. Z dokumentalną wręcz manierą reżyser ukazał wszystkie twarze pogromu Żydów - od bezpodstawnej przemocy i gwałtów, przez tortury wykonywane przez chętnie kolaborujących z nazistami Polaków, po spalenie ofiar we wcześniej przygotowanej w tym celu stodole i ukrywanie zwłok w dołach wypełnionych wapnem. 

Mimo tematyki i sposobu jej ukazania, Smarzowski nie ucieka się do naturalistycznych przedstawień okrucieństwa wobec Żydów. Stosuje bardziej wyważone zabiegi, mające na celu ukazanie przeraźliwej atmosfery wydarzeń opartych na faktach. Warto jednak podkreślić, że nic w nowym "Weselu" nie jest czarno-białe. Osoby szukające w filmie Smarzowskiego "antypolskiści" raczej jej nie znajdą (chociaż, tym, którzy to robią, pewnie na siłę się uda). Mimo że reżyser słynie z ukazywania świata jako miejsca, w którym nie istnieją żadni dobrzy ludzie, w "Weselu" pojawia się wątek ratowania Żydów przez Polaków, czy sprzeciwu wobec pogromów. Sami Żydzi też nie są gloryfikowani, a ukazani w sposób obiektywny.

Nie jest to więc laurka złożona Żydom zamordowanym w trakcie II wojny światowej. Smarzowski wykorzystuje ten bolesny okres historii Polski, by pokazać uniwersalną prawdę o człowieczeństwie i tym do czego ludzie są zdolni. To, że wybrał akurat ten moment, wynika z faktu, że II wojna światowa jest wciąż żywa w naszym społeczeństwie. Za pomocą wydarzeń sprzed 80 lat łatwiej jest uzmysłowić bestialstwa, do których są zdolni sąsiadujący ze sobą ludzie.

"Wesele" opowiada więc o brutalności zrodzonej z faszystowskiej ideologii, która nie jest przecież wymysłem pierwszej połowy XX wieku. Jej elementy pojawiają się w ludzkich cywilizacjach od dawna, przybierając jedynie różne nazwy i kształty. Idealnie obrazuje to zjawisko ukazane w filmie zestawienie dwóch kazań - przedwojennego i współczesnego. Chociaż księża mówią o czym innym, posługują się innym językiem, a nawet sposobem wypowiedzi, w rzeczywistości dokonują tego samego - zasiewają nienawiść w sercach wiernych. Tego typu zabiegów pojawia się w "Weselu" kilka, bo bardzo często bohaterowie z przeszłości i teraźniejszości są grani przez tych samych aktorów, a niekiedy pojawiają się nawet duchy.

Wśród zjaw możemy zobaczyć również postacie historyczne, rzucające maksymy, dotyczące Polski. Wśród nich są Cyprian Kamil Norwid, Roman Dmowski oraz Józef Piłsudski. W podobnej roli wystąpił również mężczyzna grany przez Krzysztofa Kowalewskiego. W swoim ostatnim występie aktor wcielił się w postać sędziwego Żyda, który wspomina o dwóch stodołach: jednej, w której palono Żydów i drugiej, w której ich ratowano. Ta wypowiedź to parafraza słów Szewacha Weissa - izraelskiego politologa, polityka i byłego przewodniczącego Knesetu. Zdanie symbolicznie odnosi się również do Polski, bo Smarzowski ukazuje dwie twarze kraju. 

foto:Kino Świat/materiały prasowe/Wesele
fot. foto:Kino Świat/materiały prasowe/Wesele

Sama stodoła jest zresztą w jednej z najbardziej dosadnych scen symbolem Polski, co ma podłoże w rodzimej ikonografii, wiążącej polskość z wiejskością. Mowa o momencie, kiedy na tle płonącej stodoły pełnej Żydów, pojawiają się postacie z teraźniejszości. Ten fragment można odczytywać na bardzo wielu poziomach - również tym odnoszącym się do realiów współczesnej Polski.

Smarzowski swoim filmem podnosi dywan, pod który przez dekady były zamiatane wszelkie brudy. Robi to w dwóch skalach - mikro i makro, posługując się przy tym dwiema płaszczyznami historycznymi. W jednej stara się pokazać widzowi często ukrywaną lub przekłamywaną prawdę na temat Polski w czasach II wojny światowej. W drugiej natomiast ukazuje przywary Polaków. W akcji dziejącej się w teraźniejszości widz może przejrzeć się jak w lustrze. Jest to jednak tafla rodem z wesołego miasteczka, bo "Wesele" to obraz Polaków w krzywym zwierciadle. Do maksimum wydobyte są nasze wady. Wiele postaci jest wręcz do bólu przerysowana i zbudowana wyłącznie ze stereotypów. W ten satyryczny sposób Smarzowski stara się ukazać prawdę na temat polskości, nie robiąc tego jednak w krzywdzący sposób. Pojawiają się też elementy składowe naszej rzeczywistości ostatnich lat: kwestia dostępności do aborcji, homofobii, rasizmu, a nawet tak zwanych "żołnierzy wyklętych". Reżyser jednak tylko je muska, trakując jako środki służace zarysowaniu akcji dramatu. 

Nie oznacza to jednak, że dwa wątki oddziela gruba granica. Scena zestawienia dwóch kazań nie jest jedyną paralelą ukazaną w "Weselu". Przeszłość łączy się z teraźniejszością również na innych poziomach, między innymi porównując zabawy weselne do "zabaw" uczestników pogromów lub łącząc archiwalia z obozów koncentracyjnych ze scenami z rzeźni świń.

Jednocześnie wątkiem, który przewija się od samego początku, jest miłość, która zdaje się być główną bohaterką. Odgrywa ona ważną rolę i stanowi motor napędowy działania wielu bohaterów, między innymi młodego Antka, który zdaje się ratować Leę, kierowany tym uczuciem. I chociaż wykorzystanie tego zabiegu może wydawać się oklepane lub mało satysfakcjonujące moralnie, bo sugeruje, że gdyby Polak nie zakochał się w Żydówce, to prawdopodobnie nie pomógłby jej i jej rodzinie w ucieczce z wioski, pod koniec broni się, obracając wątek romantyczny w dramatyczną i prawdziwą historię niespełnionej miłości.

Niestety film nie odpowiada na ważne pytanie - co sprawiło, że doszło do pogromów. Jak to się stało, że żyjący we względnej zgodzie Polacy i polscy Żydzi, zmienili się nagle w oprawców i ofiary. Dlaczego dla wielu mieszkańców miasteczka Antka tak atrakcyjna była faszystowska retoryka narodowych ugrupowań? Tego w "Weselu" zabrakło. Do minusów filmu można również zaliczyć nieprzejrzystą strukturę, która wprowadza sporo chaosu w kompozycji. Czasami można odnieść wrażenie, że wątków jest zwyczajnie za dużo i z wielu z nich można by spokojnie zrezygnować bez straty dla fabuły. Szkoda też, że na tle historycznym ginie tytułowe wesele i jego uczestnicy. No i największy mankament, czyli pojawiająca się kilkukrotnie dosłowność. W nowym "Weselu" pojawia się kilka pięknych, poetyckich wręcz scen, kompletnie zrujnowanych nachalnością intencji reżysera. Czasem ten kierunek obrany przez Smarzowskiego przybiera kuriozalne formy.

foto:Kino Świat/materiały prasowe/Wesele
fot. foto:Kino Świat/materiały prasowe/Wesele

Na uwagę zasługują jednak pomysłowe spostrzeżenia Smarzowskiego, który w niebanalny sposób łączy ze sobą pozornie nieprzystające obrazy. Warto podkreślić również zdjęcia i pomysłowe wykorzystanie różnych stylistyk używanych przez operatora. Podkreślają historię zawartą w "Weselu", jednocześnie wpisując się w płynny charakter filmu. Podobnie jest z muzyką, szczególnie niediegetyczną, która również w symboliczny sposób odnosi się do tego, co widzimy na ekranie.

Osoby spodziewające się po nowym "Weselu" odkrycia Ameryki mogą poczuć się rozczarowane. Smarzowski nie zaskakuje niczym poza detelami. Nadal jest to zakrapiane wulgaryzmami, przemocą i alkoholem kino, wchodzące w poważne tematy z historii Polski. Nie oznacza to jednak, że "Wesele" to film zły. Wręcz przeciwnie. Reżyser po raz kolejny postanowił podjąć temat, który zasługuje w końcu na przepracowanie. Ponownie daje psztyczka w nos obecnej władzy i sieje potrzebny ferment. Trudno przejść nad tą produkcją obojętnie i napewno wzbudzi wiele dyskusji społeczno-politycznych. Przede wszystkim jednak "Wesele" już zdało egzamin jako film uniwersalny. Historia nieuzasadnionej nienawiści do "innych" wpisuje się doskonale w sytuację na biłoruskiej granicy.

Czy "Wesele" Smarzowskiego zostanie zakazane w Polsce? Tak kilka dni przed premierą twierdził sam reżyser. Miejmy jednak nadzieję, że jest to tylko element marketingu, a nie sytuacja, która rzeczywiście może mieć miejsce, tym bardziej, że to film niezwykle Polakom potrzebny. W obecnej rzeczywistości, nic jednak nie wiadomo.

Ocena: 8,5/10

RadioZET.pl