Zamknij

"Żeby nie było śladów", reż. Jan P. Matuszyński - Prawda, która nie wyzwala [RECENZJA]

24.09.2021 08:00
Żeby nie było śladów recenzja filmu
fot. Łukasz Bąk/materiały prasowe Kino Świat

"Żeby nie było śladów" od 24 września 2021 roku można oglądać w kinach w całej Polsce. Zarezerwujcie sobie trzy godziny na seans, bo to jedna z najlepszych rzeczy, jakie powstały w polskim kinie w tym tysiącleciu.

"Żeby nie było śladów" to polski kandydat do Oscara, który swoją światową premierę miał na 78. Festiwalu Filmowym w Wenecji i który już niebawem weźmie udział w Konkursie Głównym 46. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Zrealizowany na podstawie nagradzanego reportażu Cezarego Łazarewicza obraz jest jednak dziełem godnym uwagi nie tylko przez wzgląd na wstrząsający materiał źródłowy czy swoje imponujące festiwalowe życie. Nowy film Jana P. Matuszyńskiego to poruszający obraz świata napędzanego propagandą, przesiąkniętego cynizmem i skażonego kłamstwami, w którym mimo wszystko mają odwagę żyć ludzie niezłomnie wierzący w prawdę.

"Bijcie tak, żeby nie było śladów"

Osiemnastolatek wychodzi ze znajomymi na miasto, by uczcić pierwsze zdane egzaminy maturalne. Wesołą zabawę przerywa rutynowa kontrola dokumentów. Chłopak nie zgadza się pokazać dowodu osobistego, w związku z czym zostaje zatrzymany. Do radiowozu trafia wraz z przyjacielem, który towarzyszy mu także na komisariacie. Zna swoje prawa, więc tam również nie chce się wylegitymować. Zostaje za to brutalnie pobity przez funkcjonariuszy, którzy w stanie agonii przekazują go wezwanym na miejsce sanitariuszom. "Jest pijany, naćpany i psychiczny" dowiadują się medycy i przyjmują tę wersję wydarzeń, mimo, że przyjaciel chłopaka zapewnia, że jest inaczej. Ta wersja zostaje także potwierdzona w szpitalu. Osiemnastolatek wraca do domu. Po trzech dniach od pobicia trafia na stół operacyjny, jednak nie da się go już uratować. Umiera wskutek odniesionych na komisariacie obrażeń. Opisana tragedia miała miejsce w Polsce, w 1983 roku. Nie bylibyście jednak zaskoczeni, gdyby chodziło o rok 2021, prawda?

ZNBS 1, fot. Lukasz Bak (1)
fot.

Łukasz Bąk/materiały prasowe Kino Świat

Alfred Hitchcock zwykł mawiać, że "film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi". Jan P. Matuszyński z pewnością zna słowa klasyka i wie, jak wbić w fotel widza już w pierwszych minutach seansu. Scena na komisariacie jest jednym z najmocniejszych fragmentów całego 160-minutowego dzieła, a nawet nie widzimy tego, jak grupa milicjantów katuje nastoletniego Grzegorza Przemyka - syna opozycyjnej poetki, Barbary Sadowskiej. Słyszymy jego krzyki, słyszymy dźwięki zadawanych ciosów. Z bardzo bliska przyglądamy się natomiast twarzy jego przyjaciela, który bardziej niż z bólu płacze z bezsilności. Z tym uczuciem Jurek Popiel będzie musiał mierzyć się do końca filmu, przeistaczając się z młodego gniewnego w pozbawionego złudzeń, lecz zdeterminowanego, by ujawnić prawdę, mężczyznę.

3 fot. Łukasz Bąk (1)
fot. Łukasz Bąk/materiały prasowe Kino Świat

Bez żadnej fałszywej nuty

Jurek Popiel tak naprawdę nigdy nie istniał. Kolegą, który towarzyszył Grzegorzowi Przemykowi w najdramatyczniejszych momentach jego życia, a następnie jako jedyny świadek bestialskiego zachowania milicjantów stał się celem ataków komunistycznych władz, nazywał się inaczej. I choć życiorys głównego bohatera "Żeby nie było śladów" posiada punkty wspólne z losami jego pierwowzoru, nie oczekujcie od filmu Matuszyńskiego faktograficznej precyzji. Mężczyzna, w którego wciela się Tomasz Ziętek, ma za zadanie uosabiać godne naśladowania postawy, a nie odwzorowywać konkretne zdarzenia z życia konkretnego człowieka.

32-letni aktor, którego dotychczas mogliśmy oglądać m.in. w ekranizacji "Kamieni na szaniec" z 2014 roku czy "Cichej nocy" Piotra Domalewskiego, z powierzonym mu zadaniem radzi sobie perfekcyjnie. Swojego bohatera kreuje z ogromnym wyczuciem i zrozumieniem dla każdej emocji, prowadząc go przez prawie trzygodzinny film bez cienia fałszu, sztucznych min czy niepotrzebnych gestów. Jurek Popiel przez ten czas dojrzewa i mężnieje, a wszystko to wypisane jest na twarzy fantastycznego Ziętka bez zbędnych ozdobników. Nie tylko on daje zresztą popis wielkich aktorskich możliwości. Bezbłędni są niemal wszyscy - od odtwórców głównych ról po epizodystów. Zachwycają zarówno Sandra Korzeniak (Barbara Sadowska), Jacek Braciak i Agnieszka Grochowska (rodzice Jurka), Robert Więckiewicz (Czesław Kiszczak), jak i pojawiający się w zaledwie kilku scenach Bartłomiej Topa i Andrzej Chyra. Na szczególną uwagę zasługują jednak Tomasz Kot w roli popychadła Czesława Kiszczaka (płk. Romualda Zajkowskiego), Aleksandra Konieczna jako zepsuta do szpiku kości prokurator Wiesława Bardon, Michał Żurawski jako odrażający pułkownik Kmiecik, nieco zapomniany Andrzej Nejman w roli jednego z milicjantów mataczących w śledztwie, a także Dariusz Chojnacki - genialny śląski aktor, który wreszcie zaczął być obsadzany w ważniejszych rolach niż kilkuminutowe epizody.

W nowym filmie twórcy "Ostatniej rodziny" liczbę utalentowanych gwiazd, które kolejno wchodzą na scenę, by idealnie wpasować się w przeznaczone dla nich miejsce - bez gwiazdorzenia, szarżowania i przyćmiewania pozostałych - można przyrównać do obsad, jakie kompletuje w swoich ostatnich dziełach Adam McKay. Nie jest to zresztą jedyna analogia między "Żeby nie było śladów" a filmami takimi jak "The Big Short" czy "Vice". Szczegółowość, z jaką Matuszyński przedstawia opartą na faktach historię, nie tracąc przy tym uwagi widza, jest godna podziwu, a charakteryzacja Poli Guźlińskiej zdecydowanie zasługuje na Oscara - podobnie jak kostiumy Małgorzaty Zacharskiej i scenografia Pawła Jarzębskiego. Wspomnianym artystom pracującym przy "Żeby nie było śladów" udało się zbudować realistyczny świat lat 80., w którym nie czujemy się jak na imprezie tematycznej czy w muzeum PRL-u. Jest w tym też oczywiście ogromna zasługa Kacpra Fertacza. Jego zdjęcia zachwycają wyjątkowo przemyślaną kompozycją kadrów, jednocześnie nie przyćmiewając samej historii. Jednym razem bliskie i intymne, innym - symetryczne i majestatyczne, idealnie oddają klimat każdej sceny, wyrażając często więcej niż wypowiadane przez bohaterów słowa. Nie bez znaczenia jest w tej kwestii także niebanalna ścieżka dźwiękowa, na której znalazły się utwory takie jak "Gdybyś" Grażyny Łobaszewskiej czy "Małe tęsknoty" Krystyny Prońko oraz - bardzo istotna dla fabuły filmu - piosenka "Różowa kula" wykonywana przez Beatę Kozidrak. 

ZNBS 3, fot. Lukasz Bak_Easy-Resize.com
fot.

Łukasz Bąk/materiały prasowe Kino Świat

Ludzie o miedzianym czole

Amerykańscy recenzenci po pokazie "Żeby nie było śladów" w Wenecji narzekali na powolną narrację, twierdząc, że film jest przeładowany i że za bardzo się snuje. Być może spodziewali się ozdobników, jakie do skomplikowanych prawdziwych historii wprowadza wspominany już McKay, by ożywić i ubarwić opowieść. To z jakim mozołem Matuszyński przedstawia kolejne etapy sięgającego najwyższych szczebli państwowych spisku, mającego zatuszować karygodne zachowanie milicji, zdaje się mieć jednak głębszy sens. Widz, podobnie jak główny bohater, jest coraz bardziej zmęczony poczuciem bezsilności i poirytowany niesprawiedliwością, której kolejne przejawy piętrzą się na ekranie. Tym, co najtrudniej przełknąć, oglądając "Żeby nie było śladów", nie są dłużące się sceny, lecz widoczne jak na dłoni analogie do współczesności. 

ZNBS 4, fot. Lukasz Bak (1)_Easy-Resize.com
fot.

Łukasz Bąk/materiały prasowe Kino Świat

Nietrudno znaleźć tutaj punkty wspólne z morderstwem George'a Floyda czy dziesiątkami innych, podobnych przykładów brutalności policji nadużywającej swojej władzy. "To zdarza się wszędzie na świecie" mówi w jednej ze scen bohater grany przez Tomasza Kota. To koszmarne, że przez prawie 40 lat nadal nic się w tej kwestii nie zmieniło. Na tym nie kończą się jednak związki między wydarzeniami z filmu Matuszyńskiego, a tym, czemu przyglądamy się w dzisiejszych czasach. Jedyna słuszna partia, która kpi sobie z praworządności, która cynicznie manipuluje ludem, która dyskredytuje protestujących obywateli, która doprowadza do rozpadu rodzin, która kontroluje sądy i w ustach której "homoseksualista" to jedna z największych możliwych obelg - wszystko to wygląda aż nazbyt znajomo. Słowa o liczbie osób biorących udział w pogrzebie Przemyka i o tym, że to nie oddolna inicjatywa Polaków, lecz interwencja obcych sił, brzmią niemalże jak cytat z przekazów płynących z rządowej telewizji. W pewnym momencie sytuacja przedstawiona na ekranie tak celnie komentuje aktualną rzeczywistość, że całe kino wybucha śmiechem. Bo cóż innego pozostaje w świecie, w którym prawda nie ma już żadnego znaczenia.

Jurek Popiel wierzy jednak w prawdę do samego końca. Wbrew wszystkiemu i wszystkim powtarza ją jak mantrę, choć nikt nie zamierza słuchać. Prawda jest jedynym, co mu pozostało. Ale ona go nie wyzwoli. Nie pomoże ani jemu, ani jego zmarłemu koledze. Zbrodniarze nie zostaną osądzeni. Sprawiedliwości nie stanie się zadość. Czy wobec tego warto było bronić jej za wszelką cenę? Na to pytanie będziecie musieli odpowiedzieć sobie sami po seansie "Żeby nie było śladów". Nie wyjdziecie z niego ani podniesieni na duchu, ani przeżywając katharsis. W uszach rozbrzmiewać Wam będą jednak ostatnie słowa, jakie padają na ekranie z ust Sandry Korzeniak - słowa Barbary Sadowskiej o "ludziach o miedzianym czole", którzy "postanowili poświęcić prawdę dla swoich doraźnych korzyści" i "skompromitować wymiar sprawiedliwości w Polsce cynicznymi manipulacjami", a którzy w końcu staną się tylko wspomnieniem po słusznie minionej epoce.

Ocena: 8,5/10

RadioZET.pl