Zamknij

Kobiety poprosiły mechanika o pomoc po godzinach. Okazało się, że to prowokacja skarbówki

Redakcja
15.11.2018 11:42
mechanik samochodowy
fot. Shutterstock

Dwie kobiety z Urzędu Skarbowego urządziły prowokację w warsztacie samochodowym w Bartoszycach. Mechanik, który pomógł im po godzinach i wymienił żarówkę, teraz musi walczyć w sądzie.

Wszystko zaczęło się od przyjazdu kobiet pod warsztat samochodowy w Bartoszycach (województwo warmińsko-mazurskie). Panie prosiły mechaników o pomoc, ponieważ chciały jechać w długą podróż, ale wypaliły im się żarówki w samochodzie. Sytuację zauważył właściciel warsztatu, który wychodził z pracy. Mężczyzna zdążył już wykonać tzw. dzienny raport kasowy i zamknął kasę. W związku z tym zapłaty od klientów nie mogły już być przyjmowane. Jednak właściciel poprosił jednego z pracowników, żeby pomógł kobietom.

Mechanik wziął się za robotę. W trakcie pracy okazało się, że w przedniej lampie trzeba było tylko podłączyć odłączony kabel, a w tylnej wymienić spaloną żarówkę. Panie nie miały zapasowej żarówki, a warsztat nie sprzedawał takich części. Wobec tego pracownik uległ prośbom kobiet i zamontował w aucie swoją prywatną żarówkę, którą znalazł. Kiedy było po wszystkim, panie spytały się, ile mają zapłacić. Mężczyzna powiedział, że 10 złotych.

W niedługim czasie w warsztacie zjawiła się kontrola Urzędu Skarbowego. Okazało się, że kobiety urządziły prowokację, a mechanik ma zostać ukarany mandatem w wysokości 500 złotych. Ostatecznie za radą właściciela warsztatu pracownik nie przyjął kary, dlatego sprawa trafiła do sądu. Po przesłuchaniu oskarżonego sąd uznał bez rozprawy, że mężczyzna jest winny, ale jednocześnie odstąpiono od wymierzenia kary. Jednak naczelniczka miejscowego Urzędu Skarbowego odwołała się od wyroku. W kolejnej rozprawie zapadł identyczny wyrok, jak w poprzedniej.

W trakcie procesu sąd przekonywał, że mechanik, oddając kobietom swoją żarówkę, zawarł z nimi umowę jako osoba fizyczna. Wówczas w takich sytuacjach nie trzeba wydawać paragonu, a podatek należy zapłacić dopiero przy kwocie wyższej niż 1000 złotych. Skoro żarówka mogła kosztować w granicach 4-5 złotych, można się domyślać, że sprawa toczy się o „naddatek” wynoszący 5-6 złotych.

Kiedy wydawało się, że to koniec, naczelniczka skarbówki pozostała nieugięta i skierowała apelację, gdzie domagała się ukarania mechanika karą 600 złotych grzywny. Jednak we wniosku czytamy, że „wyrok nie spełnia swej funkcji w zakresie prewencji ogólnej i szczególnej”.

Pracownik przekonywał, że chciał zwyczajnie pomóc, lecz naczelniczka Urzędu Skarbowego upierała się, że tego czynu nie da się tak zakwalifikować, ponieważ „to pojęcie jest rozumiane jako działanie bezinteresowne, nieprzynoszące korzyści”.

W związku z tym sąd wyznaczył termin kolejnej rozprawy.

TO MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ:

 RadiZET.pl/wiadomosci.gazeta.pl/MW