Teraz gramy

Marcin Wojciechowski o nowej płycie Lenny'ego Kravitza „Raise Vibration”

06.09.2018 15:56

7 września ukaże się długo wyczekiwany, nowy album Lenny'ego Kravitza. Na płycie zatytułowanej „Raise Vibration” słuchacze usłyszą dwanaście premierowych kompozycji. Kilka słów o nowym wydawnictwie Amerykanina napisał Marcin Wojciechowski.

Lenny Kravitz fot. mat. prasowe

To jedna z bardziej oczekiwanych premier 2018 roku. Nowa płyta Lenny'ego Kravitza "Raise Vibration" zapowiadana była już wydanym w maju singlem "Low". W ostatnich latach Lenny pozwalał sobie na eksperymentowanie ze stylami muzycznymi. Na "Black&White America" było sporo nawiązań do soulu. Na "Strut" do klasycznego disco. Wszystko oczywiście było pogodzone z jego charakterystycznym brzmieniem i nigdy nie odczułem zgrzytu, ale sprzedaż dwóch wspomnianych albumów nie była najlepsza. Jak jest dzisiaj?

Wspomniane "Low" to chyba najlepsza wizytówka całej płyty. Wszystko, co jest na płycie w pigułce. Materiał zaczyna się bardzo dobrze. Otwierające "We Can Get It All Together" to moim zdaniem najlepszy utwór na płycie. Typowy Lenny, może jak strona B singla z "Mama Said" albo z "5". Zaskakuje mnie słaby wynik "Low" na listach przebojów, najwyższa pozycja to miejsce 7. na w Islandii. W Wielkiej Brytanii singiel przeszedł bez echa, a w Stanach zauważono tylko remix i trafił on na 53. (!) miejsce tanecznej listy Billboardu. Może to kwestia promocji?

Co jest dalej? W pierwszej połowie albumu wyczuwam lekki chaos. "Who Really Are The Monsters?" z melorecytacją Lenny'ego, mrocznym refrenem oraz wyeksponowanym efektami brzmi jak tło jakiegoś filmu akcji i jest to najsłabsza strona płyty. W tytułowym, rozwleczonym nagraniu przepełnionym głosami nie dzieje się wiele. Odnoszę wrażenie, że wracam tu do płyty "Baptism". Później jest coś, co dziewczyny w Kravitzu lubią najbardziej. "Johnny Cash" to rodzinne wspomnienia artysty i jego mama, o której LK często wspomina w swoich utworach, ale również hołd oddany tytułowemu artyście, także stylistycznie. Lubię takie ballady. Surowo, skromnie, prosto, lata 70. jak nic. Mój drugi typ na krążku. Dalej jest coraz spokojniej. "Here To Love" fortepianowym intro zapowiada kolejną balladę. Nasuwa się porównanie do "Stand By My Woman". Na uwagę zasługuje lekki "Ride", mój kolejny typ. Żałuję tylko, że w XXI wieku taki singiel nie miałby najmniejszych szans na sukces. Druga połowa płyty zdecydowanie przyjemniejsza.

Nie będę się dalej rozprawiać na temat każdego utworu, ale jest spokojnie i nie wytrąca z równowagi przypadkowością. Nie oszukujmy się, nie jest to "Mama Said" czy nawet nie jest to "5" sprzed dwudziestu lat, ale do tego drugiego albumu najbliżej piosenkom z "5" i biorąc pod uwagę, że to był zróżnicowany album i duży sukces komercyjny nie jest to zła droga. To, co napisałem powyżej, to bardziej analiza porównawcza niż typowa recenzja. W przypadku Kravitza, który jak myślę nie musi udowadniać nikomu swojej klasy, słyszę, że to album, który wyszedł z potrzeby przekazu, przypomnienia, a nie stanu konta. Subiektywnie to najlepszy album "Krawczyka" od 10 lat. Wrażliwiec z gitarą uwolnił dwanaście piosenek, które nie zrewolucjonizują muzyki, ale raczej nie rozczarują fanów.

Czy przyciągną nowych? Nie sądzę. Niewiele tu eksperymentalnej elektroniki, modulacji sprawdzonych dźwięków, wokalnie forma od lat niezmienna. Tej jesieni wrócę do albumu wielokrotnie i czekając na winyl polecam go. W skali szkolnej 4 eMki.

P.S. Płytę będzie można wygrać w sobotnim "ZET na Punkcie Muzyki" po 21.

Oceń