Zamknij

Purple Disco Machine w rozmowie z Radiem ZET: „Staram się tworzyć muzykę uniwersalną i ponadczasową”

Redakcja
13.01.2021 20:40
Purple Disco Machine
fot. mat. prasowe

Purple Disco Machine, a tak naprawdę Tino Piontek, to niemiecki DJ i producent, który zawojował w zeszłym roku listy przebojów hitem „Hypnotized”. W rozmowie z Radiem ZET opowiada o swoich muzycznych początkach, tworzeniu remiksów, przeboju z Sophie and the Giants, nadchodzącej płycie i trudnym życiu bez koncertów.

Cześć, Dzień dobry Tino! Dobrze Cię widzieć! Gdzie jesteś?

- Cześć! Pozdrawiam wszystkich w Polsce. Jestem teraz w swoim domu w Dreźnie. Siedzę w studiu nagraniowym, pracuję nad nowymi utworami.

Producent, DJ, remixer. Które z tych określeń pasuje do Ciebie najbardziej?

- Trudne pytanie, chociaż myślę, że chyba producent jest najbardziej odpowiedni. Nie lubię, kiedy ludzie mówią o mnie, że jestem tylko DJ-em. To jest ktoś, kto po prostu gra miksy piosenek innych ludzi. Ja gram swoje numery, które też stworzyłem. Dlatego wydaje mi się, że zdecydowanie mogę nazwać siebie producentem.

Jesteś człowiekiem, który ma na koncie ogromne sukcesy, na scenie muzycznej jesteś od lat. Nasi Słuchacze poznali Cię jednak dopiero niedawno – za sprawą singla „Hypnotized”. Mogłabym przedstawić Cię jak typowa encyklopedia, ale chciałabym, żebyś osobiście opowiedział o swoich muzycznych początkach.

- Moja przygoda z muzyką zaczęła się w zasadzie dzięki rodzicom. Mieli wielką kolekcję płyt. Dorastałem z muzyką, bo mama i tata słuchali jej na co dzień. Po pewnym czasie odkryłem swój muzyczny gust, który zmierzał w stronę elektroniki, disco, house i funku. Miałem wtedy może 14 lat. Potem razem z kumplami zaczęliśmy grywać na szkolnych imprezach, złożyliśmy się też na profesjonalny sprzęt i tak to się zaczęło, tak zostałem DJ-em. Po kilku latach zacząłem tworzyć swoje kawałki – miałem wtedy może 17 lat. Tak teraz liczę i wyszło, że było to ponad 23 lata temu – zleciało! Pierwszych 10 lat było dziwnych – wtedy dopiero zagłębiałem się w proces tworzenia muzyki. Szło mi całkiem nieźle i założyłem swój pierwszy projekt. Potem w 2009 roku zdecydowałem się na stworzenie czegoś, co pozwoliło im być wolnym i tworzyć bez presji otoczenia – był to projekt Purple Disco Machine. W dość krótkim czasie pojawiły się sukcesy – także ten ostatni – w postaci singla „Hypnotized”.

Na scenie elektroniki czy też funku bądź house’u Twoje nazwisko jest gwarancją dobrej muzyki - samą w sobie. Miałeś kiedyś ochotę skręcić w inny muzyczny kierunek?

- Niekoniecznie. Zawsze obracałem się w jednym środowisku muzycznym. Nawet zaczynając przygodę z muzyką wiedziałem, że najbliżej mi do mojego obecnego klimatu. Oczywiście, jakość tego co robię ewoluowała przez ponad 20 lat. Nie mogę powiedzieć, że coś co powstało jakiś czas temu jest tak dobre jak to co robię teraz. To efekt godzin spędzonych w studiu, próbowania, ponownego próbowania i szukania, by ostatecznie znaleźć swoje brzmienie. To zawsze ogromnie miłe słyszeć, że moja muzyka jest jakościowa – dziękuję Ci za to. Mam też takie wrażenie, że staram się tworzyć coś uniwersalnego i ponadczasowego, nie gonię za jakimiś chwilowymi trendami. „Hypnotized” stworzyłem ponad półtora roku temu i nadal hula w radiu.

Jako Purple Disco Machine tworzysz nie tylko autorskie numery, słyniesz przecież ze świetnych remiksów. Co przynosi więcej przyjemności w tworzeniu?

- Trudno to stopniować. Bardzo lubię pracować „nad swoim”, zaczynać coś od scratchu, od zera. Potem sobie jamuję z syntezatorem, wrzucam jakieś sample, spędzam czas w studiu. Z drugiej strony lubię te remixy. Praca nad czymś co wyszło spod czyjejś ręki też może być ciekawa. To pozwala często na przestylizowanie danej piosenki w bardziej klubowy kawałek, ale też ważne żeby nie przesadzić. Dlatego w przypadku piosenek Dua Lipy czy Lady Gagi starałem się trzymać bardzo blisko oryginału. Po prostu ułatwiłem trochę pracę DJ-om i dostosowałem te utwory do klubowego grania.

Patrząc na Twój muzyczny dorobek można śmiało powiedzieć, że pracowałeś z połową branży. Z którego remiksu czy też swojej piosenki jesteś najbardziej dumny?

- Faktycznie trudno wybrać jakiś jeden konkret. Jeśli chodzi o moje piosenki, to takim numerem od lat jest „Body Funk”. Gram go w zasadzie w każdym swoim secie. Oczywiście było kilka piosenek bardziej znanych od tej np. „Devil In Me” czy „My House”, ale „Body Funk” pasuje i do początku seta i dobrze wpadnie w środku, a także ładnie go zakończy. Nie nudzi mi się chociaż gram go nieprzerwanie od czterech lat, co weekend. Po prostu lubię ten numer, sama praca nad nim była przyjemnością. Z kolei jeśli chodzi o remiksy, to zawsze marzyłem o tym, by zająć się numerem „Praise You” Fatboy Slima. Byłem ogromnie szczęśliwy, kiedy na 20. rocznicę powstania tego numeru otrzymałem prośbę o zrobienie okolicznościowego remiksu. Tak, to zdecydowanie mój ulubiony remiks.

Zabawna sytuacja, bo zarówno „Body Funk” jak i „Praise You” to moje ulubione kawałki spod Twojej ręki. I mówię to poważnie. Dogadalibyśmy się muzycznie.

- Bardzo się cieszę, oznacza, że docenia je ktoś jeszcze, a nie tylko ja (śmiech).

Zdecydowanie! A wracając jeszcze na moment do poprzedniego wątku. Czy częściej to Ty wybierasz sobie piosenki nad jakimi chcesz pracować czy to artyści zasypują Cię propozycjami?

- Faktycznie częściej jest tak, że to prośby przychodzą do mnie – czy to bezpośrednio od artystów, czy managementów czy wytwórni. Słucham trzy, cztery, czasem pięć razy daną piosenkę i jeśli znajduję w niej element, który mnie zaintryguje i mi się spodoba, wtedy pojawia się pomysł na remiks i zgadzam się na współpracę. Czasem tego nie czuję, niektóre propozycje przychodzą też w nieodpowiednim czasie. W tym momencie tygodniowo dostaję 10-15 propozycji piosenek do remiksowania. Niestety – nie jestem w stanie zrobić wszystkiego, dlatego razem z moim zespołem wybieram utwory bardzo ostrożnie.

Otrzymujesz od artystów jakieś odpowiedzi zwrotne? Chwalą, ganią?

- Odzywają się często. Zrobiłem na przykład remiks piosenki dla Eltona Johna. Napisał do mnie, że bardzo podoba mu się mój pomysł na piosenkę, ale czy mógłbym zmienić dwa elementy. Pomyślałem - hej, on faktycznie słucha tej piosenki. Oczywiście zrobiłem to tak jak sobie tego życzył. Potem w swojej audycji radiowej pochwalił się remiksem i powiedział, że bardzo cieszy się, że zgodziłem się współpracować. To mi było bardzo miło, że ktoś taki docenił moją pracę. Napisał też do mnie Calvin Harris, za remiks swojej piosenki pochwaliła mnie i podziękowała mi też Kylie Minogue. Takie wiadomości zdarzają się, chociaż teraz głównie w social-mediach.

Twój numer „Hypnotized” jest teraz przebojem mainstreamowym. Czy dla muzyka, twórcy, który bardzo głęboko tkwił w swoim gatunku to sukces czy… wypadek przy pracy? W pozytywnym oczywiście tego słowa znaczeniu.

- To zdecydowanie zaskoczenie. Oczywiście każdy ma jakieś oczekiwania – my w naszym teamie i wytwórni także. „Hypnotized” jest pierwszym singlem zapowiadającym mój nowym album. Nagrałem na tę płytę dużo więcej piosenek, ale siedząc wspólnie i decydując o tym, która z nich powinna promować album – uznaliśmy, że „Hypnotized” jest cool, ale nie spodziewaliśmy się, że uda się podbić tak szeroko rynek – szczególnie w takich krajach jak Niemcy, Włochy czy Polska. Bardzo się cieszę i jestem dumny, że udało się to wszystko i że w tym trudnym czasie koronawirusa mam powody do radości.

No to koniecznie opowiedz co stoi za sukcesem tej piosenki.

- Historia jest prosta. To jedna z pierwszych piosenek, które powstały na mój nowy album. Zacząłem tworzyć ją w marcu albo kwietniu 2019 roku. Zrobiłem najpierw minutowe demo, które wrzuciłem na swoje social media. Otrzymałem mnóstwo pozytywnych odpowiedzi i pomyślałem, że chyba powinienem tę piosenkę skończyć. Zacząłem zastanawiać się nad wyborem głosu. Mieliśmy taką listę nazwisk, z którymi chciałbym pracować nad nową płytą. Sophie And The Giants tam była. Przeszło mi przez myśl, że będzie idealna do pracy nad nowym krążkiem. Zazwyczaj wysyłam demo piosenki do kilku artystów i sprawdzam jak brzmią, potem wybieram najlepszy wokal. W tym przypadku piosenka została wysłana wyłącznie do Sophie. Może to było jakieś przeczucie? Po dwóch tygodniach otrzymałem nagranie i było ono genialne. Co ciekawe – wersja, którą użyłem jest pierwszą, którą Sophie przysłała. Potem mówiła, że może lepiej było coś zmienić, ale ja się uparłem, bo wiedziałem, że tak to musi brzmieć. Nazywam to perfekcyjną nieperfekcją. Chyba w tym tkwi sukces tej piosenki. Idealne zgranie muzyki i wokalu.

Jesteś człowiekiem, który kreśli muzyczne trendy. Teraz mocno zaznaczają się lata 80. Co Twoim zdaniem pojawi się w muzyce jako następne?

- Ech, gdybym to wiedział, to z pewnością wszystko, co bym stworzył byłoby przebojami (śmiech). Myślę, że muzyka disco stała się teraz takim trendem. Ta energia lat 80. jest świetna. Świetnym przykładem jest piosenka „Blinding Lights” The Weeknda. Potem w podobnym klimacie piosenkę nagrał David Guetta z Sią. Mi się to podoba. Zawsze lubiłem takie klimaty. Uważam, że fajnie jest słyszeć w radiu numery, które brzmią jak żywcem wyjęte sprzed lat.

Rozmawiam z gościem, dla którego życie klubach, granie na największych klubowych scenach było codziennością. Codziennością, której obecnie nie ma. Jak Ci z tym?

- Dziwnie. Na początku byłem sfrustrowany, bo każdy miał jakieś plany. My także – planowaliśmy produkcję płyty, trasę koncertową. Nagle jednego dnia wszystko się zatrzymało. Nauczyłem się jednak korzystać z czasu. Mam rodzinę, dzieci, więc spędzałem z nimi każdą chwilę. Ale teraz, po tych wielu miesiącach zaczynam tęsknić za graniem na żywo. Kiedyś byłem tym zmęczony – szczególnie po ostatnich sześciu latach – nie było mnie w domu po 200 dni. Wiesz brakuje mi nawet tak małych rzecz jak zapach lotniska. Mam nadzieję, że niebawem sytuacja się zmieni i wrócimy do normalnego funkcjonowania. Poza tym inną rzeczą jest tworzenie muzyki w studiu, czym innym jest zagranie jej dla tłumu. To taki test. Kiedy napiszesz piosenkę, zagrasz ją, od razu widzisz czy się przyjęła, czy ludzie czują jej energię czy nie. Tej energii mi brakuje i tych uśmiechniętych twarzy.

Tino, plany na najbliższą przyszłość?

- Nadal pracuję nad moim albumem. Na tym się na razie skupiam. Udostępniłem także piosenkę „Exotica” – to kolejny singiel z płyty. Trzecia piosenka pojawi się prawdopodobnie w lutym, później już cały album. To mój priorytet. Aaa, dodam jeszcze, że płyta będzie nosić tytuł taki jak singiel „Exotica” właśnie.

Zatem, Drogi Tino, trzymamy kciuki za sukces albumu! Purple Disco Machine, dziękuję za rozmowę!

- Dzięki wielkie, pozdrawiam!

Rozmawiała

Magdalena Barczyk