Jam Saheb Digvijay Sinhji: kim był indyjski maharadża, który pomagał polskim dzieciom podczas II Wojny Światowej?

30.11.2018 15:57

Historia „dobrego maharadży” do dziś nie pozostaje zapomniana w Polsce. Maharadża Jam Saheb Digvijay Sinhji uratował ponad tysiąc polskich sierot ewakuowanych z terenów ZSRR za zgodą Stalina. Dzięki indyjskiemu księciu znalazły nowy dom, gdzie mogły się uczyć, bawić i odzyskiwać siły oraz zdrowie. Kim była niezwykła postać?

Jam Saheb Digvijay Sinhji: kim był indyjski maharadża, który pomagał polskim dzieciom podczas II Wojny Światowej? fot. Wikipedia Commons

„Dobry maharadża” ratował życie polskim dzieciom

„Dla mojej małej siostrzyczki to był pierwszy raz, kiedy miała poczucie bezpieczeństwa i stabilności. Maharadża dał jej miejsce, które wreszcie mogła nazwać domem” – wspomina w swojej książce „My Sister’s Mother: A Memoir of War, Exile, and Stalin’s Siberia” mieszkająca w Chicago Danuta Urbikas. Opisuje w niej historię swojej rodziny, w tym losy swojej matki i przyrodniej siostry zaraz po tym, jak uwolnione z syberyjskiego gułagu trafiły pod opiekę kogoś, kto dobrze wiedział, co znaczy nieść pomoc innym. Maharadża Jam Saheb Digvijay Sinhji był nazywany przez swoich podopiecznych „dobrym maharadżą”. Zaraz po tym, kiedy Stalin wydał zgodę na ewakuację osieroconych dzieci z terenów ZSRR (1941 rok), Saheb zdecydował się najpierw otworzyć dla nich drzwi swojego letniego pałacu, a następnie na należącej do niego ziemi wybudował osiedle mieszkaniowe, które stało się domem dla ponad tysiąca sierot i ich nielicznych, ocalonych bliskich. Finansował także ze swoich własnych środków ich edukację, leczenie oraz wyżywienie. Zwolennik niepodległości Indii tłumaczył, że wolność i dobroć nie mają swojej ceny.

Wybudował osiedle mieszkaniowe dla ponad tysiąca polskich sierot

Szacuje się, że pomiędzy 1942 a 1948 rokiem na terenie Indii mieszkało nawet ponad 5 tys. uciekinierów z sowieckich obozów, chociaż podejrzewa się również, że w rzeczywistości liczba ta mogła być dużo większa. Skąd zainteresowanie maharadży Polską? Jego ojciec przyjaźnił się z pianistą Ignacym Paderewskim, którego Saheb zapamiętał jeszcze z dzieciństwa spędzonego częściowo w Genewie. Dyskusje na temat rodzimego kraju artysty, polityki oraz sztuki zrobiły duże wrażenie na indyjskim księciu, który potem bez wahania pomógł młodym Polakom. „Staram się zrobić, co tylko mogę dla tych dzieci. Przeżyły niewyobrażalną traumę, po której muszą teraz odzyskać siły oraz zdrowie. W niepodległej Polsce będzie czekać na nie wiele poważnych zadań, dlatego chcę, aby mogły się ich podjąć jako wolni ludzie” – tłumaczył w jednym z wywiadów. Oferta udzielenia schronienia przez Saheba ograniczała się tylko do dzieci – wiele z nich straciło całe rodziny, innym pozostał jeden rodzic lub nie znały ich dalszego losu. „Proszę powiedzieć im, że już nie są sierotami. Ja zostanę ich ojcem” – podkreślał „dobry maharadża”.

Mała Polska w Indiach

Mieszkający w Indiach polscy uchodźcy nazywali obozy, w których żyli na jej terenie, „Małą Polską”. W rzadko którym panowała jednak tak radosna i ciepła atmosfera jak w „Polish Children Camp” w Balachadi, gdzie mieszkały dzieci. Mogły do woli korzystać z należących do maharadży basenów, ogrodów, kortów tenisowych i pozostałych części przestrzeni. Uczęszczały na lekcje, także nie traciły kontaktu z polskim językiem i kulturą dzięki zabiegom właściciela ich nowego domu. Na terenie letniskowej miejscowości powieszono dużą, polską flagę, podopiecznych uczono też tekstów tradycyjnych polskich piosenek. 

littlepoland fot. YouTube/Dzieci pod opieką maharadży nie traciły kontaktu z polską kulturą

Podejście Saheba było, jak tłumaczą historycy, pokłosiem nurtu indyjskiej filozofii sanskrytu, która mówiła o tym, że „świat jest jedną rodziną”. Nawet biologiczne dzieci maharadży, księżniczka Hershad Kumari i książe Shatrusalyasinhji, wspominają, że ich ojciec bardzo poważnie podchodził do wcielenia tej idei w życie. „Grywaliśmy z polskimi dziećmi z Balachadi w piłkę, wymienialiśmy się tradycyjnymi strojami i wspólnie obchodziliśmy zarówno indyjskie, jak i polskie święta. Mój ojciec nie traktował ich jak uchodźców, których po prostu przygarnął, ale jak własne dzieci. W naszej rodzinie przekazujemy sobie tę historię z pokolenia na pokolenie, ciesząc się ilością dobra, które dała nam i innym. Jesteśmy dumni z dobrych uczynków naszego przodka” – komentował syn maharadży w jednym z dokumentów. 

Dobre uczynki maharadży nie zostaną zapomniane

Pod koniec wojny na terenie obozu pozostało już tylko około 200 dzieci. Kiedy komuniści zażądali ich powrotu do Polski, maharadża po raz kolejny udowodnił, że ma wielkie serce dla polskich dzieci. Razem z brytyjskim oficerem Jeffreyem Clarkiem oraz księdzem Franciszkiem Plutą adoptowali pozostałe maluchy, aby mogły pozostać w swoim dotychczasowym domu w Indiach. Dobre uczynki maharadży, który zmarł 3 lutego 1966 roku w Bombaju, nigdy nie zostały zapomniane w Polsce. Jego imieniem nazwano warszawskie Społeczne Liceum Ogólnokształcące im. Maharadży Jam SahebaDigvijay Sinhji, a również w Warszawie w 2014 roku odsłonięto zaprojektowany przez Marka Moderau pomnik wybitnej postaci na jednym z Ochockich skwerów.

W 50. rocznicę jego śmierci, która przypadła na 2016 rok pamięć „dobrego maharadży” uczczono także w Sejmie. „Sejm RP, przypominając w 50. rocznicę śmierci Jama Saheba Digvijay Sinhji czci pamięć o nim i oddaje hołd ogromnym zasługom oraz wielkiej bezinteresowności, jaką wykazał się ratując od głodu i cierpienia ponad tysiąc polskich dzieci” – głosił tekst projektu uchwały przyjętej przez sejmową Komisję Kultury i Środków Przekazu.

RadioZET.pl/źródło:AtlasObscura;WPolityce.pl;Wyborcza/AG

Oceń