Słuchaj
Mateusz Ptaszyński, Marcin Sońta
Aga Kołodziejska
Damian Michałowski, Ewelina Pacyna
Marcin Łukasik
Redakcja Radia ZET
Sprawdź co graliśmy

Teraz gramy

Pieskie życie w San Francisco, czyli pies i jego człowiek [Relacja z podróży]

05.03.2019 11:38
xxx zet

Poleciałam do San Francisco. Kalifornia zapraszała słoneczną aurą, wysokimi falami, pięknymi surferami i meksykańskim żarciem. Kolega powiedział mi, że to najpiękniejsze miasto, jakie w życiu widział. Owszem, ładne. Dla mnie może nie najpiękniejsze, ale zrobiło wrażenie.

San Francisco fot. Shutterstock

Zjadłam pyszne tacos, posiedziałam w restauracji Francisa Forda Coppoli, kupiłam sobie wielkiego czekoladowego penisa w Castro District (dzielnica przyjazna środowisku LGBT), podziwiałam miasto ze wzgórz Twin Peaks i mam cudowne zdjęcie pod mostem Golden Gate, które zebrało najwięcej lajków w całej historii mojego konta na Instagramie… Ale wspomnienie z San Francisco, które zostanie ze mną do końca życia, nie ma z powyższym nic wspólnego. Na zawsze zapamiętam psy z San Francisco. Psy i wszystko co się z nimi wiąże. Homer napisał w „Odysei”: Ze wszystkich stworzeń na tej ziemi, żadne nie zdradza się słabsze od człowiek”. O słaby człowieku San Francisco, żyjesz po to, żeby służyć swojemu psu.

Zacznę od tego, że już na początku mojej podróży poznałam Dominikę. Dziewczyna wkręciła się w trenowanie psów jeszcze w Polsce, jednak ojczysty kraj nie dawał jej możliwości solidnego kształcenia się w tym kierunku, więc wybrała prestiżową Akademię dla Treserów Psów w San Francisco. Kiedy zaprosiła mnie do psiego przedszkola – żebym zobaczyła, jak pracuje – pomyślałam: u nas też są miejsca, w których zostawiasz psa, jak gdzieś wyjeżdżasz, nic dziwnego. Och, jak bardzo się pomyliłam. To było jedno z najdziwniejszych, a zarazem najbardziej urokliwych miejsc, jakie odwiedziłam podczas swoich podróży. Wchodzisz i czujesz się jak w prawdziwym przedszkolu, w zasadzie można, by się pomylić i zostawić tam dzieciaka. Jest szatnia, są szafki podpisane imionami piesków, są kosze i klatki, w których zwierzaki są transportowane co rano do przedszkola specjalną „dog taxi”. Kosztuje to 25 amerykańskich dolarów za przewóz w jedną stronę. Kierowca odbiera psa od mamy, zawozi do przedszkola, a pod koniec dnia przywozi z powrotem. Kiedyś jeden kierowca pomylił psy, dostarczył rodzicom nie tego Fluffy’ego i stracił pracę. Aha, bo musicie wiedzieć, że człowiek posiadający psa to nie jego właściciel! Za takie określenie Kalifornijczyk skłonny jest obrazić się na całe życie. To rodzic. A więc Mamusia lub Tatuś swojego maleńkiego Fluffy’ego, Siggi’ego czy Trevorka.

psy 5 fot. Agnieszka Kołodziejska

Na wejściu przywitało mnie osiem lub dziewięć szczeniaków. Skakały na mnie i cieszyły się jak szalone. Były tak rozkoszne, że miałam ochotę zapakować któregoś w kieszeń i z nim uciec. Pomieszczenie było ogromne, stały w nim kojce, w których pieski o określonej godzinie idą na drzemkę (tak, jak leżakowanie w ludzkim przedszkolu), były tam przeróżne zabawki i przedmioty codziennego użytku. Na przykład parasol. Dla takiego szczeniaka to przedmiot kilka razy większy od niego, ma szpic, otwiera się hałasując i wygląda groźnie. Aby dorosły pies nie wycinał już rodzicom numerów w stylu: zerwał się ze smyczy i zwiał, gdzie pieprz rośnie, bo przechodzień otworzył parasol, oswaja się szczeniaki z takimi przedmiotami już od pierwszych tygodni życia.

W przedszkolu jest też kuchnia. Niektórzy rodzice przynoszą ulubione jedzenie swoich psinek, to jedzenie jest przygotowywane w kuchni, a kiedy przychodzi pora karmienia pieski są uczone, jak jeść z godnością, a nie rzucać się na miskę jak pierwszy lepszy kundel. Zresztą w San Francisco jest słynna piekarnia ze smakołykami dla zwierząt. Za ciastko trzeba zapłacić około 8 dolarów, ale mały urodzinowy torcik to już 35 dolarów. Jest też piwo. Tak, piwo. Trzy rodzaje. O smaku wołowiny, wieprzowiny i kurczaka. Próbowałam psich ciastek. Zwyczajne ciastka tylko bez cukru. Złamanego dolara nie dałabym za takie „terier misu”.

psy 3 fot. Agnieszka Kołodziejska

Kiedy psy idą na drzemkę, w przedszkolu zapada cisza. Gra tylko muzyka. Ale nie Elvis Presley tylko specjalnie skomponowana dla psów muzyka poważna. Kobieta, która zaczęła komponować psią muzykę podobno jest dzisiaj milionerką. A psy podobno uwielbiają te dźwięki i zasypiają przy nich jak dzieci.

Takie przedszkole oczywiście kosztuje. I to nie mało. Za miesiąc szkolenia ponad 2 tysiące dolarów. Po ukończeniu treningu pies ma tak zwane „graduation”. Na pewno setki razy widzieliście amerykańskich studentów w togach i czapkach odbierających dyplomy na zakończenie szkoły. Wygląda to mniej więcej tak samo. Opiekun i pies pozują do wspólnej pamiątkowej fotki.

psy 2 fot. Agnieszka Kołodziejska

W San Francisco wszystko kręci się wokół psów. Są specjalni fizjoterapeuci, którzy oferują masaże czy akupunkturę dla zwierzaka. Niektóre firmy wychodząc naprzeciw oczekiwaniom pracowników oferują nawet krótkie urlopy macierzyńskie na szczeniaka. W końcu trudno się dziwić, w tym mieście jest więcej psów niż dzieci.

Podsumowując: w San Francisco ludzie mają kota na punkcie psów. Ale podoba mi się to, jak o nie dbają. Szkoli się psa i trenuje od małego, by nie stwarzał problemów i był przyjacielem, a nie zabawką w domu. Pewnie to dlatego w wielu miejscach psy wolno wyprowadzać bez smyczy i kagańca. Są grzeczne i ułożone. No i próżno szukać w prasie nagłówków typu: pies znów pogryzł dziecko.

I na koniec: kilka lat temu w ramach kampanii zbierania funduszy na schronisko burmistrzem San Francisco na jeden dzień została suczka Frida. I jakoś miasto nie zeszło na psy :)

___

Agnieszka Kołodziejska - Radio Zet

Oceń