Rzym. Magia Włoch [Relacja z podróży]

15.02.2019 18:12

Tym, co najbardziej mnie zachwyciło w Rzymie, to jego nieprzewidywalność. W jakąkolwiek uliczkę nie skręciłam, odkrywałam coś nowego, niezwykłego. Chyba żadne miasto na świecie nie może pochwalić się tak niesamowitą przestrzenią pełną zabytków i jedynej w swoim rodzaju magii. To jedno z tych miejsc, których niezwykłość trudno opisać słowami. Jednak spróbuję.

Forum Romanum fot. Nina Czochara

Rzym nazywa się największym na świecie muzeum na wolnym powietrzu. Wcale się nie dziwię. To przecież niemal 3000 lat historii zapisanej w przeogromnej liczbie zabytków (podobno samych świątyń jest 900!). W to niezwykłe bogactwo architektoniczne i kulturowe zgrabnie wplata się atmosfera włoskiego dolce vita, co tworzy „najsłodsze” z możliwych połączeń. W czasie kilkudniowego pobytu przekonałam się, że Rzym jest miastem, w którym nigdy nie gasną światła, a życie toczy się tak naprawdę przez całą dobę. I chociaż momentami męczył mnie panujący tutaj zgiełk, chaos i ciągłe namowy od ulicznych sprzedawców, aby za jedno euro kupić wodę, to na ostatecznym wrażeniu zaważyły niewątpliwy urok i magia Rzymu, których na próżno szukać w innych europejskich miastach. Mówi się, że Rzym to jedno z tych miejsc, które trzeba odwiedzić chociaż raz w życiu. Ja mówię, że to miejsce, do którego się powraca, wielokrotnie.

Gdzie kończy się świat

Poznawanie bogactw „Wiecznego miasta” rozpoczynam od słynnej i nierozłącznej „trójcy” – Koloseum, Forum Romanum i Palatynu. Na zwiedzanie chyba najbardziej rozsławionych miejsc w Rzymie wybieram się rano. Przede wszystkim po to, aby ominąć „kolosalne” wręcz kolejki turystów, które powiększają się z każdą godziną. I choć po bilety stawiam się zaledwie pół godziny po otwarciu bramek, muszę odstać „swoje”. Ale wiem, że warto i, jak się później okazuje, nie mylę się. Wkraczam na teren Koloseum i jestem zaskoczona jego wielkością i majestatycznością. Uruchamiam wyobraźnię i widzę, jak trybuny amfiteatru wypełnione są po brzegi.

Koloseum fot. Nina Czochara

To fascynujące i wręcz przerażające wyobrażać sobie, jak 70 tys. widzów czeka z niecierpliwością i podekscytowaniem na mające się odbyć na arenie pojedynki gladiatorów i walki ludzi ze zwierzętami. Otwarcie amfiteatru odbyło się w 80 roku za panowania Tytusa (syna pomysłodawcy amfiteatru, Wespazjana), a ostatnie igrzyska odbyły się tutaj w 523 roku. Można jedynie przypuszczać, jak wielka była skala ofiar, które zginęły na arenie Koloseum. Tylko w czasie trzydniowej uroczystości inauguracyjnej krwawe pojedynki pochłonęły wielu z 3 tys. gladiatorów oraz setki zwierząt. Przemierzam dawne miejsce walk i robię pamiątkowe zdjęcia z trybunami w tle. Już czuję prażące słońce, które w sierpniu nikogo nie oszczędza.

Łuk Konstantyna przy placu Koloseum fot. Nina Czochara/Łuk Konstantyna

Wychodzę na zewnątrz Koloseum i wiem, że nie będę w stanie z tej odległości objąć w kadrze całej budowli. Nic dziwnego, słynny amfiteatr Flawiuszów ma niemal 530 metrów obwodu, trzy poziomy i prawie 50 metrów wysokości. Uwieczniam jednak na zdjęciu stojący na Piazza del Colosseo Łuk Konstantyna wzniesiony 315 roku. Podchodzę do Łuku bliżej i podziwiam niesamowite, zdobiące go płaskorzeźby przedstawiające m.in. historię życia cesarza i jego zwycięskie bitwy. Spoglądam raz jeszcze na dawny amfiteatr Flawiuszów i zastanawiam się nad cytatem, który wyczytałam w jednym z przewodników: „Gdy zostanie zburzone Koloseum, zburzony zostanie Rzym. Gdy przestanie istnieć Rzym, przestanie istnieć świat”. Chyba nie jestem do końca w stanie prawdziwie pojąć słów mnicha z VII wieku, ale jestem w stanie sobie wyobrazić, jak ważne musiało być to miejsce w ówczesnych czasach. 

Podróż w czasie

Z placu Koloseum przechodzę dalej, w kierunku kolejnych bramek, które prowadzą do Forum Romanum i Palatynu. Zwiedzanie ruin antycznego Rzymu przypomina mi swoistą podróż w czasie… o blisko dwa tysiące lat. Przemierzając Via Sacra, trudno mi uwierzyć, że to tutaj toczyło się niegdyś codzienne życie miasta i to tędy w 44 roku p.n.e. przemierzał orszak żałobny Juliusza Cezara. Nie spodziewałam się tak dobrze zachowanych pozostałości. Mijam Bazylikę Maksencjusza (Konstantyna), jedną z najbardziej imponujących pozostałości na Forum. Budowla ta podobno stała się inspiracją dla samego Bramantego – architekta Bazyliki św. Piotra. Nieco dalej wznoszą się Domek Westalek i świątynia Westy. Wiem, że to dopiero początek niezwykłej historii Rzymu zapisanej w bogactwie zabytków. Nie mylę się.

Moją uwagę zwracają ruiny Świątyni Antonina i Faustyny, po której do dziś zachowało się dziesięć 17-metrowych kolumn. Widzę też fragmenty świątyni Juliusza Cezara – wzniósł ją siostrzeniec rzymskiego władcy w miejscu, w którym spalono zwłoki Cezara. Jest też Kuria – dawne miejsce zebrań senatu i łuk Septymiusza Sewera (jeden z największych w starożytnym Rzymie) oraz świątynia Wespazjana z 81 roku. Zatrzymuję się i nie mogę nadziwić się, jak wyjątkowym „muzeum” jest to miejsce. I jaka szkoda, że za sprawą barbarzyńskich najazdów i rozbudowy zabytków dla potrzeb budowy innych (jak chociażby Bazyliki św. Piotra) tak niewiele zachowało się z dawnej świetności.

Forum Romanum fot. Nina Czochara

Spoglądam w górę i widzę zielony Palatyn – wiem, że właśnie w tym miejscu narodziło się niegdyś Imperium Rzymskie. Jak mówi legenda, i co później potwierdziły badania archeologów, w 753 roku p.n.e. na tym wzgórzu Romulus założył pierwszą rzymską osadę. Palatyn przez długi czas uznawany za miejsce święte, z czasem stał się jedną z najbardziej prestiżowych dzielnic starożytnego Rzymu. To tutaj cesarze – najpierw Oktawian August, a potem Tyberiusz, Klaudiusz, Neron czy Domicjan wznosili swoje wystawne pałace, których pozostałości można oglądać do dziś. Kiedy udaje mi się wspiąć na niewysokie wzgórze, jestem zaskoczona trudnym do opisania spokojem – jakby czas się zatrzymał. Na rozległym terenie, pośród zielonych drzew i krzewów, kryją się antyczne ruiny. Zatrzymuję się przy Pałacu Tyberiusza i podziwiam z góry antyczne Forum Romanum.

Na szczycie Palatynu zachował się kompleks zabudowań obejmujący Domus Augustana, czyli dawny pałac opisywany przez poetów jako siedziba bogów oraz Domus Flavia będący częścią oficjalną pałacu. Choć zachowały się jedynie ruiny pałacu, można sobie wyobrazić, jak majestatyczna i okazała była to budowla. Po kilkugodzinnym zwiedzaniu „Wielkiej Trójcy” i poznawaniu fascynującej wręcz historii starożytnego Rzymu postanawiam wrócić do hotelu, aby na chwilę odpocząć. Wiem, że przede mną jeszcze wiele do zobaczenia. A im więcej Rzymu widzę, tym jeszcze więcej chce zobaczyć. 

Rzym przez dziurkę od klucza

Nigdy nie sądziłam, że obraz podziwiany przez otwór wielkości dużej dziurki od klucza może mnie zachwycić. A jednak! Kolejnego dnia wybieram się na jedno z siedmiu wzgórz Rzymu – Awentyn. Za czasów rzymskim uznawane za miejsce przeklęte, dzisiaj zachwyca zielonymi terenami i spokojem, dalekim od atmosfery panującej w centrum miasta. Swój spacer „pod górę” rozpoczynam od Ogrodu Różanego, w którym co roku odbywa się konkurs na nowe gatunki róż. Aż trudno uwierzyć, że przez cztery wieki teren ten służył jako cmentarz żydowski. Skręcam w via di Santa Sabina, mijając po drodze ukryty za wysokim murem Ogród Pomarańczowy, i kieruję się do niewielkiego kościoła św. Sabiny. Surowa w swym wnętrzu świątynia naprawdę mnie urzekła, choć myślę, że niemałe znaczenie miał fakt, że kościół był przepięknie przygotowany do mającej się niebawem odbyć uroczystości ślubnej. Ale nie to było głównym celem mojej wyprawy.

Kościół św. Sabiny fot. Nina Czochara

Na Awentynie szukałam słynnej bramy z jeszcze słynniejszą dziurką od klucza. I udało się. Docieram do Piazza Cavalieri di Malta, przy którym mieści się (zamknięty dla zwiedzających) kompleks pałacowo-kościelny należący do zakonu maltańskiego. Dostrzegam kolejkę turystów stojących przed bramą (a właściwe dużymi, zielonymi drzwiami) i wiem, że to miejsce, na które czekałam. 

Awentyn - dziurka od klucza fot. Nina Czochara

Po raz kolejny, jak to w przypadku większości rzymskich atrakcji, muszę „odstać” swoje, ale naprawdę warto czekać. Kiedy wreszcie nadchodzi moja kolej, schylam się nieco, zerkam przez dziurkę i widzę kopułę Bazyliki św. Piotra na końcu szeregu równiutko przystrzyżonych krzewów. Widok jest urzekający, magiczny! I aby uwierzyć w prawdziwość tego stwierdzenia, trzeba to po prostu zobaczyć na własne oczy. Nie mogę jednak cieszyć się tym widokiem zbyt długo, bo czuję na plecach oddech innych, zniecierpliwionych turystów. Robię pamiątkowe zdjęcie, które zupełnie nie oddaje uroku tego miejsca. Odchodzę, ale obiecuję sobie, że jeszcze wrócę.

Rzymska gwiazda filmowa

Choć może to banalne stwierdzenie, Rzym to miasto niezwykle romantyczne. Właśnie tutaj romans przeżyli Audrey Hepburn i Gregory Peck, czyli główni bohaterowie jednego z moich ulubionych filmów – „Rzymskie wakacje”. Choć od daty premiery tego filmu minęło 65 lat, postanowiłam podążyć filmowym szlakiem, a właściwe jego częścią. Rozpoczynam od Via Margutta – niezwykle urokliwej uliczki, nazywanej też mekką artystów. Kiedy docieram na miejsce (od strony Piazza di Spagna), widzę wąską uliczkę z kolorowymi kamieniczkami porośniętymi bluszczem i jestem oczarowana. Rozglądam się dookoła i zmierzam w kierunku numeru 51, gdzie w „Rzymskich wakacjach” amerykański dziennikarz Joe Bradley wynajmował mieszkanie i przyprowadził księżniczkę Ann. Choć kamieniczkę z tym numerem znajduję, okazuje się, że ta część budynku (ze słynnym dziedzińcem i balkonem) jest obecnie w remoncie. Mimo wszystko cieszę się, że tu jestem, bo otoczenie jest naprawdę piękne. Czarno-biały film z lat 60. zdecydowanie nie oddaje uroku i oczywiście kolorów tego miejsca.

Via Margutta - śladami Rzymskich wakacji fot. Nina Czochara

Skoro jestem tak blisko, podchodzę jeszcze pod numer 53b, gdzie niegdyś swoje studio miał sam Pablo Picasso, a kilka kamieniczek dalej mieszkał amerykański pisarz Truman Capote. Nie dziwię się, że wybrali właśnie to miejsce, bo panuje tu prawdziwie magiczny, artystyczny klimat. Podobno dwa razy do roku przy Via Margutta organizowana jest plenerowa Wystawa Stu Malarzy, przez co uliczka staje się najbardziej kolorowym zakątkiem Wiecznego Miasta. Żałuję, że nie udało mi się zobaczyć tego na własne oczy. Z Via Margutta wracam w stronę Schodów Hiszpańskich. Trudno mi tutaj poczuć romantyczny klimat z filmu, cały Plac Hiszpański oblegany jest bowiem przez turystów. Nie zniechęcam się jednak i niczym Audrey Hepburn kupuję w jednej z pobliskich gelaterii fantastyczne włoskie lody i siadam na niewielkiej, wolnej przestrzeni schodów. Przed sobą widzę fontannę w kształcie łodzi, przy której tłoczą się zwiedzający i robią pamiątkowe zdjęcia. Żałuję, że nie mogę powrócić do lat 60., kiedy Wieczne Miasto nie było jeszcze tak przepełnione turystami. Choć może gdyby nie rosnąca sława tego miejsca (i bardzo tanie bilety!), sama bym się tu nie pojawiła…

Schody Hiszpańskie fot. Nina Czochara

Mówiąc o filmowej sławie, nie mogę pominąć jakże popularnego od momentu premiery „Rzymskich wakacji” miejsca, jakim jest kościół Santa Maria in Cosmedin. Choć może sama nazwa świątyni niewiele mówi, Usta Prawdy z pewnością tak. Słynna rzeźba, wmurowana w portyk tego kościoła w XVIII wieku, cieszy się niemałą popularnością wśród turystów. Przekonuję się o tym tuż po dotarciu na miejsce. Przed świątynią ciągnie się bowiem długa kolejka oczekujących, którzy chcą – niczym bohaterowie filmu – przekonać się o swojej prawdomówności. Jaki sposób? Wkładając rękę do potężnych, kamiennych Ust. Jak głosi bowiem średniowieczna legenda, rzeźba może odgryźć rękę kłamcy. Nie każdy jednak wie, że kiedyś Usta Prawdy były rzeczywiście miejscem wykonywania wyroków na krzywoprzysięzcach. Jeśli kogoś uznano za winnego… obcinano mu dłoń.

Jest jeszcze jedno miejsce, które muszę odwiedzić – Panteon. To właśnie tutaj, w jednej z kawiarni na placu Piazza della Rotonda, księżniczka Anna i dziennikarz Joe zajęli stolik i pili szampana. Odbiegam nieco od filmowego scenariusza i siadam na jednym ze schodów, niżej położonej na środku placu fontanny Giacoma della Porta z wystającym egipskim obeliskiem. To idealne miejsce, aby podziwiać położony na wprost Panteon. Powstała w 27 roku p.n.e. budowla w kształcie rotundy, wsparta 16 kolumnami i poświęcona niegdyś siedmiu bóstwom planetarnym, robi na mnie niemałe wrażenie. Próbuję objąć w kadrze cały obiekt, co okazuje się nie lada wyzwaniem. Kiedy w końcu mi się udaje, postanawiam wrócić tu jeszcze wieczorem. Chcę jeszcze lepiej poczuć niezwykły klimat tego miejsca, a może nieco romantyzmu z amerykańskiej komedii.

Rzym nocą? Magiczny!

Kiedy nadchodzi wieczór i temperatura w końcu spada, wybieram się na nocne zwiedzanie miasta. I ku memu zdziwieniu, Rzym w tej nocnej odsłonie jest jeszcze piękniejszy. Mam nocleg niedaleko Zamku świętego Anioła, dlatego właśnie to miejsce podczas wieczornego spaceru mam okazję zobaczyć jako pierwsze. Widok iluminacji zamku oraz oświetlonego mostu Ponte San Angelo, który przecina Tyber, jest naprawdę magiczny. Idę przed siebie i podziwiam podkreślone światłem lamp rzeźby, które dumnie strzegą mostu. Nie spieszę się, lecz staram się poznać to miasto po raz kolejny, w nocnym klimacie.

Kieruję się w stronę Watykanu i po raz kolejny jestem zaskoczona. Plac św. Piotra z Bazyliką prezentuje się naprawdę przepięknie. Brak też tłumu turystów, co pozwala mi spokojnie podziwiać plac, usiąść, odetchnąć, poczuć niemal mistyczny klimat. Robię kilka pamiątkowych zdjęć, ale zupełnie nie oddają one magii tego miejsca. Wiem jednak, że ten widok na długo pozostanie w mojej pamięci. Słyszałam, że nocą najbardziej niezwykle prezentuje się Koloseum. I postanawiam to sprawdzić kolejnego wieczoru.

Rzym nocą - Watykan fot. Nina Czochara

Wysiadam przy Piazza Venecia, by wcześniej zobaczyć słynny pomnik Wiktora Emanuela II. Po raz kolejny przekonuje się, że Rzym nocą jest piękniejszy. Wykonany z białego marmuru pomnik wprost emanuje swym blaskiem. Robię kolejne pamiątkowe zdjęcie i kieruję się w stronę Koloseum. Kiedy docieram do ulicy Labicana, z daleka słyszę grę na gitarze i śpiewy ulicznych artystów. Im bliżej antycznego zabytku, tym większa liczba turystów. Ale nie jest to już ten sam zatłoczony Rzym, w którym trudno przejść swobodnie uliczkami i zrobić pamiątkowe zdjęcie, aby nie wejść komuś w kadr. Tutaj ludzie się nie spieszą, lecz siedzą na murkach i podziwiają imponujące, trzypoziomowe Koloseum, relaksują się przy ulicznych wystąpieniach i po prostu… czerpią garściami z niesamowitego klimatu. Żałuję, że nie da się w jakiś cudowny sposób „zrobić zdjęcia” atmosferze tego miejsca – choć może to i dobrze, bo inaczej nawet wieczorem miasto nie odpoczęłoby od ludzi biegającym ze słynnymi już selfie stickami.

Miasto, które nie zasypia

Ale Rzym nocą to nie tylko spokój i magiczna atmosfera. Przekonuję się o tym, wybierając się po zmierzchu do najpopularniejszych miejsc o tej porze dnia. Zaczynam od Piazza Navona – jednego z najbardziej znanych placów Rzymu. Dawny stadion Domicjana, choć stale oblężony przez turystów, posiada swój niepowtarzalny urok zarówno dniem, jak i nocą. Jednak lepiej zapamiętuję nocny obraz tego miejsca – otwarte do późnych godzin knajpki wypełnione roześmianymi turystami, grajkowie uliczni i klauni, wokół których gromadzą się grupki zainteresowanych i pięknie oświetlone fontanny, przy których co jakiś czas połyskuje flesz robionych zdjęć. Magicznie, na swój sposób.

Niemal równie tłoczno jest na Campo de’ Fiori. W godzinach porannych to głośny plac wypełniony kolorowymi owocowo-warzywnymi straganami, a wieczorem… jedno z najmodniejszych miejsc na nocne schadzki turystów i rzymskiej młodzieży. Plac otaczają urokliwe kamieniczki, w których do późnych godzin otwarte są eleganckie knajpki z lokalną kuchnią. Jak przystało na takie miejsca, ceny do przeciętnego turysty mogą być wysokie.

Jest jeszcze jedno miejsce, które w Rzymie zobaczyć nocą po prostu trzeba – Fontana di Trevi. Choć może przytłoczyć liczba turystów okupujących tę słynną fontannę rzymską, warto przyjrzeć jej się w nocnej odsłonie. Barokowa fontanna, z pomnikiem Neptuna w centralnej części i dwoma postaciami symbolizującymi Zdrowie i Obfitość po bokach, jest wówczas oświetlona i, o dziwo, prezentuje się jeszcze piękniej niż za dnia. Choć widzę, że wiele osób wrzuca do Fontany di Trevi monetę, wierząc, że dzięki temu tutaj wrócą, ja decyduję się jedynie na pamiątkowe zdjęcie. Wierzę, że to czy wrócę, zależy tylko ode mnie… I zrobię wszystko, aby tak się stało.

___

Nina Czochara

Oceń