Zamknij
Gdynia. Młodsza siostra Gdańska
fot: Łukasz Strenk/ Photo Storytellers
EMIGRACJA WEWNĄTRZ POLSKI

Moda na Gdynię. Młodzi zamieniają stolicę na Trójmiasto

Sylwia Wamej
Sylwia Wamej Redaktor Radia Zet
13.08.2021 14:07
13.08.2021 14:07

Soczyście zielone lasy, morze, większy luz i spokój. Powodów, dla których ludzie przeprowadzają się do Gdyni, można wymieniać jeszcze długo. Złośliwi powiedzą, że jeżeli już się przeprowadzać do Trójmiasta, to koniecznie Gdańsk, bo to w końcu przecież stolica. Na własnej skórze sprawdziłam, co ma do zaoferowania Gdynia.

Przed laty Gdynia była wioską rybacką, gdzie większość mieszkańców zajmowała się rybołówstwem. Obecnie to jedno z najmłodszych miast w Polsce. Prawa miejskie uzyskała w 1926 roku, a sporym impulsem do rozwoju miasta była budowa portu, który powstał m.in. w celu zapewnienia II Rzeczpospolitej dostępu do morskich szlaków.

Festiwalowiczom „młodsza siostra Gdańska i Sopotu” najbardziej kojarzy się z Openerem. Zawitał do niej 18 lat temu i od tamtego czasu stał się jednym z najpopularniejszych i prężnie działających festiwali muzycznych w Polsce. Przed laty, gdy Opener dopiero zaczął się rozkręcać, niektórzy fani zapamiętali Gdynię jako miasto, w którym nie za wiele się dzieje. Tak przynajmniej wspomina Kasia, zapalona fanka muzyki. - Pierwszy raz pojechałam na Openera w 2006 roku. Gdynia wtedy była nijaka i szara. Poza koncertami nie za bardzo miałam tam co robić, więc jeździliśmy ze znajomymi do Gdańska. Można było pozwiedzać tam chociażby Stare Miasto – zdradza.

Kasia wraz z kolejnymi edycjami Openera widziała, jak zmienia się w Gdynia i z każdym rokiem coraz bardziej się do niej przekonywała. - Rok przed pandemią przyjechałam na spotkanie służbowe. Postanowiłam przedłużyć sobie mój pobyt w mieście. Pamiętam, że była jesień, praktycznie zero turystów, a Orłowskie molo i klif wyglądały po prostu pięknie. Dałam szansę temu miastu i co jakiś czas tutaj częściej wpadam, głównie jesienią, po sezonie – opowiada.

"Przecież w Gdyni nic nie ma"

Ja sama również często przyjeżdżałam do Trójmiasta w okresie, gdy turystów było znacznie mniej, niż w wakacje. Aż w końcu postanowiłam przeprowadzić się do Gdyni. Sama trochę śmieję się, że „wyjeździłam ją sobie”, bo od wielu lat spędzałam w niej kilka dni, lub weekendy. Znajomi mnie pytali: „Ale dlaczego Gdynia, a nie Gdańsk? Przecież w Gdyni nic nie ma, za to w Gdańsku tyle się dzieje, imprezy, koncerty, więcej możliwości”. Odpowiadałam im, że mieszkając w głośnej stolicy przez 11 lat, potrzebuję więcej spokoju, a Gdańsk jest dla mnie zbyt duży i turystyczny. Zresztą, przyzwyczajona do warszawskich odległości, gdzie z mojej dzielnicy do centrum jechałam ponad 40 minut (w godzinach szczytu) podjechanie SMK-ką z Gdyni do Gdańska w ok. 35 minut to bułka z masłem.

Skorzystałam z tego, że w pandemii można pracować zdalnie i z początkiem czerwca zamieniłam zabieganą i tłoczną Warszawę, na dużo spokojniejszą Gdynię. Choć bardzo lubię Trójmiasto jesienią, nie czekałam do niej. Latem jest przecież tutaj co robić, a dodatkowym plusem, przynajmniej dla mnie jest znacznie mniejsza ilość turystów niż w Sopocie i Gdańsku. Jak twierdzi Łukasz, który od urodzenia tutaj mieszka, z małą przerwą na pobyt w Wielkiej Brytanii, pory roku w Gdyni są szczególnie widoczne.

Nocna panorama Gdyni
fot. Filip Olejowski/Shutterstock

- Latem są turyści i duży tłum, jednak gdy kończy się sierpień i zaczyna wrzesień, na ulicach robi się pusto i odzyskujesz swoje miasto, takie, jakim ono jest. I możesz wtedy znaleźć spokój. Przez to, ze nie ma tutaj tylu lokali gastronomicznych, co w Sopocie czy Gdańsku, nie jest się skazanym na ciągłą obecność ludzi – mówi. Zdaniem Łukasza to dobre miasto dla kreatywnych osób. - Mam wrażenie, że mieszka tutaj wielu wykręconych artystów. Jeżeli lubisz w jakiejś formie sztukę i idziesz swoją drogą przez większość życia, to nie potrzebujesz być celebrytą i nie afiszujesz się z tym, że robisz coś ciekawego. Tacy ludzie wybierają Gdynię, a przynajmniej ja takie osoby poznaję – tłumaczy.

„To miasto kojarzy mi się z Chicago”

Artyści z pewnością łatwo odnajdą się w Gdyni, tak jak Gabriela Wasilewska, której pasją jest muzyka. Na co dzień śpiewa w trzech zespołach. Gabi poznałam w kawiarni Tłok, do której często chodzę pracować. Gabrysia jest drobną, bardzo energiczną dziewczyną, uwielbiającą kontakt z ludźmi. Pochodzi z Podlasia, a dokładniej z Białegostoku. Choć mieszkała już w Gdańsku i Sopocie, zdecydowała się żyć w Gdyni.

Gabi opowiada: - Nigdy nie sądziłam, że tu wyląduję. Pamiętam, że jak mieszkałam w Gdańsku, sporo osób narzekało na Gdynię, było „na nie”. Głównie za sprawą odległości. Mówili, że to jest „koniec świata” i że tam się nie jeździ, bo nie ma po co. Z kolei jak mieszkałam w Sopocie, wielu moich tamtejszych znajomych jeździło do Gdyni głównie po to, żeby zjeść coś dobrego w gdyńskich knajpkach. I tak w niektórych kręgach miasto zaczęło kojarzyć się z dobrymi miejscówkami i jedzeniem.

Gabriela Wasilewska
fot. arch. prywatne

Do miasta sprowadziła ją przyjaciółka – Gdynianka. Pomogła jej ze znalezieniem mieszkania, gdy moja rozmówczyni była na uczuciowym zakręcie. - Miałam wtedy rozterki miłosne i rozstawałam się z chłopakiem. Na początku pobytu w Gdyni, byłam do miasta sceptycznie nastawiona. Przez kilka pierwszych miesięcy musiałam się do niego przyzwyczaić. Mieszkało mi się zupełnie inaczej niż w Gdańsku czy Sopocie. Wiadomo, w Gdańsku żyje się szybciej, a w Sopocie bardziej można się wyciszyć. Gdynia jest tak trochę po środku. Odczuwa się większy ruch, na przykład w centrum na ulicy Starowiejskiej już od szóstej rano jest tłok – mówi.

Nigdy nie sądziłam, że tu wyląduję. Pamiętam, że jak mieszkałam w Gdańsku, sporo osób narzekało na Gdynię, było „na nie”.

Dodaje: - Już dawno wyprowadziłam się z Białegostoku, lecz w Gdyni mogę poczuć się nieco jak w domu. To miasto kojarzy mi się też z Chicago, w którym mieszkałam będąc w szkole podstawowej. Może przez to, że w Chicago też był bulwar, tak jak w Gdyni. Niektóre ulice miasta również dość podobne. Więc trochę te wspomnienia z dzieciństwa wracają.

Gabriela zauważa, że ktoś, kto lubi imprezowy tryb życia, mieszkając w Gdyni może się nie odnaleźć. Wszak prym w klubowym życiu nocnym wiodą Sopot i Gdańsk. Według Gabi minusem tego miejsca jest właśnie ubogość wydarzeń kulturalnych i muzycznych. - Więcej koncertów i kulturalnych wydarzeń jest w Gdańsku. Jednak w Gdyni otworzona została nowa scena przy muszli koncertowej, więc mam nadzieję, że będzie się działo znacznie więcej pod kątem muzycznym. A wtedy nie będę miała już żadnych zastrzeżeń. Ale poza tym, tutaj i w całym Trójmieście panuje taki luz, że można na niektóre niedogodności przymknąć oko. Mam wrażenie, że tej otwartości brakuje w innych częściach Polski. Gdy jestem u siebie na Podlasiu lub w Warszawie, nie czuję aż tak bardzo tej życzliwości, obecnej tutaj – podsumowuje.

"Tutaj wszystko jest pod ręką"

Portugalkę Marianę Ferraze poznałam dzięki jej koledze. Choć nasz kontakt był mailowy, Mariana najbardziej rozbroiła mnie zdjęciem, które przesłała mi w załączniku. "Na zdjęciu ja i zima w Gdyni. Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam na żywo i poczułam śnieg” – napisała. 26-letnia Mariana do miasta przyjechała trzy lata temu, w ramach projektu wolontariatu finansowanego przez Unię Europejską. - Tak zaczęła się moja podróż. Nie miałam wtedy pracy w Portugalii. Byłam ciekawa innego kraju, chciałam pozwiedzać i dlatego przyjechałam do Polski – tłumaczy.

Mariana znalazła pracę związaną z jej kierunkiem studiów w Gdańsku, jednak zdecydowała się zamieszkać w Gdyni z kilku powodów. - Uznałam, ze tutaj jest taniej i mogę mieszkać w Gdyni za mniejsze pieniądze niż w Gdańsku. Poza tym jeśli mieszkasz w centrum, wszystko jest pod ręką. W mieście jest wiele miejsc związanych z kulturą i nie trzeba korzystać z transportu publicznego, aby się do nich dostać. Wokół jest również mnóstwo przyrody, którą mam na wyciągnięcie ręki. Poza tym z Gdyni łatwo mi dotrzeć do mojego biura w Gdańsku i innych części Trójmiasta. Wreszcie tutaj jest dużo spokojniej, niż w Gdańsku – podkreśla.

Mariana Ferraze
fot. arch. prywatne

Mariana nie ukrywa, że bywają momenty, gdy nie jest jej łatwo być cudzoziemką w Trójmieście. - Zdarzały mi się tutaj sytuacje na tle rasistowskim. Jechałam kiedyś autobusem i rozmawiałam przez telefon z rodzicami w moim ojczystym języku. Pewna pani próbowała mnie obrazić, nazywając dziwką. Na szczęście takie sytuacje zdarzają się rzadko – wyjaśnia. 26-latka podkreśla też, że w Trójmieście bywa jej czasem ciężko ze względu na barierę językową.

- Nie ma zbyt wielu zajęć czy aktywności w języku angielskim. Ale to już problem ludzi, którzy nie byli w stanie nauczyć się języka polskiego, czyli mój problem. Zdarza się i to jest zrozumiałe – mówi. Mimo wszystko Mariana cieszy się Gdynią, choć nie ukrywa, że w przyszłości chciałaby pomieszkać też w innych zakątkach świata.

Wokół jest również mnóstwo przyrody, którą mam na wyciągnięcie ręki. Jest dużo spokojniej niż w Gdańsku.

Przyszłość wciąż jest niepewna. Mariana właśnie dostała nową pracę, więc przeprowadzka do innego kraju na razie nie wchodzi w grę. - Zaznaczę też, że Polska jest jednym z krajów o najniższej stopie bezrobocia, co dodatkowo motywuje do pozostania tutaj. Jednak kiedyś chciałabym pomieszkać w innych zakątkach świata. Tymczasem cieszę się Gdynią i jej pięknym otoczeniem, śniegiem oraz doceniam gościnnych ludzi, mieszkających tutaj - podsumowuje.

"Gdynia jest bardziej kameralna"

Pawła Budzisza poznałam na Instagramie. Podrzuciła mi do niego kontakt nasza wspólna znajoma. Jest Gdynianinem, który na jakiś czas wyprowadził się do Warszawy. Jednak pożegnał życie w stolicy i wrócił do rodzinnego miasta. Byłam bardzo ciekawa, jako osoba mieszkająca 11 lat w stolicy, co takiego się wydarzyło, iż Paweł porzucił Warszawę i zdecydował się na powrót do korzeni.

Paweł tłumaczy: - U mnie to akurat takie love story. Mam tendencję do ucieczek od trudnych emocjonalnie sytuacji. Poznałem dziewczynę w 2018 roku, nie wyszło z tego niestety nic więcej, wspomnienia szybko zaczęły mnie przytłaczać, więc postanowiłem wyjechać jeszcze w tym samym roku. Zawsze chciałem "iść w świat", więc uznałem to za dobry bodziec. Znalazłem więc pracę w Warszawie i tam się przeprowadziłem w grudniu 2018 roku, jako typowy imigrant zarobkowy. Wciąż pracuję w firmie, ale z powodu zamkniętych biur i ze względu na to, że mam w Gdyni własne mieszkanie, postanowiłem w trakcie pandemii koronawirusa wrócić. Wykruszyli mi się najemcy, a nie chciałem w niepewnej sytuacji rynkowej szukać nowych.

Choć Paweł lubi Warszawę, nie mógłby w niej mieszkać. - Warszawa jest klawa i lubię ją odwiedzać. Ale to mrowisko. Gdynia jest bardziej kameralna, spokojna, zieleńsza. No i leży na mojej starej, pruskiej ziemi, która jest dla mnie domem – podkreśla. Mimo że Paweł ceni Gdynię za m.in. jej historię i architekturę, wolałby żyć w Gdańsku.

Paweł Budzisz
fot. arch. prywatne

- Gdyby nie moje mieszkanie, zdecydowanie wolałbym mieszkać w Gdańsku, który jest bliższy mojemu sercu, ma więcej możliwości, klimatu i ciekawych miejsc. Na korzyść Gdyni przemawia fakt, że ma bardzo ciekawą historię i architekturę, jest mniej turystyczna. Chociaż wydaje mi się, że przez ostatnie dwa lata ilość ludzi w Trójmieście zwiększyła się trzykrotnie. Sopot ma wiele zieleni, ale jest też jedną wielką tancbudą, więc spokojniejsza i nie mniej zielona Gdynia wydaje się o wiele trafniejszym wyborem. Gdynia jest typową "sypialnią" Trójmiasta. Mniej biznesowo i turystycznie, przez co ma mniej możliwości, za to oferuje większy spokój i wolniejsze życie – podkreśla.

Gdańsk i Sopot przyciągają wielu różnych ludzi, jednak ich charakter turystyki wydaje mi się bardziej konsumpcyjny i homogeniczny

Zdaniem Pawła, osoby ciekawe świata lecz jednocześnie o nieco spokojniejszej naturze z pewnością tutaj łatwo się odnajdą. - Wydaje mi się jednak, że ludzie zaczynają szukać czegoś innego, niż kiedyś (przynajmniej w moim kręgu społecznym) - oryginalnych historii, ciekawostek, bliskości z naturą; Gdynia ma tego pod dostatkiem. Jeżeli ktoś szuka "hiltonów" i "gucci sklepów" czy "epickich imprez" to ten rodzaj turystyki nie znajduje tu zaspokojenia i dobrze. Jednak dla ludzi ciekawych świata i o nieco spokojniejszej naturze jest to miejsce zdecydowanie godne polecenia – wyjaśnia. Choć Gdynia nie jest tak turystyczna, jak Gdańsk czy Sopot, zdaniem Pawła to bardzo duży plus.

Podkreśla, że turystyka jest niewątpliwie dochodową gałęzią i pozwala na rozwój. Niestety, niesie za sobą wiele negatywnych następstw i zagrożeń. - O wiele bardziej wolałbym, żeby Gdynia przyciągała bardziej "podróżników" niż turystów (albo chociaż turystów, którym bliżej do ciekawego świata podróżnika, niż konsumenta) - i tak o chyba działa. Gdańsk i Sopot przyciągają wielu różnych ludzi, jednak ich charakter turystyki wydaje mi się bardziej konsumpcyjny i homogeniczny – podsumowuje.

„Brakuje mi bazarków osiedlowych"

Zuzannę Wronkę zaczepiłam na Facebooku. Gdy okazało się, że jest z Lublina, a to moje miasto studenckie, postanowiłam do niej natychmiast napisać. Jak podkreśla Zuzia, decyzja o przeprowadzce do Gdyni była szybka, gdyż podjęła ją zaledwie w tydzień. Mieszka tutaj już od ośmiu lat. - Przeprowadziłam się częściowo z powodów rodzinnych, ale również dlatego, że mam tu bliskich przyjaciół. Decyzję i przeprowadzkę ogarnęłam w tydzień, więc była dość spontaniczna. Jestem tu już osiem lat i nie żałuję. Lublin wciąż jest "moim" miastem, jednak nie chcę wracać w rodzinne strony. W Gdyni mieszkam, pracuję w Gdańsku, w domu kultury, zbliżam się do obrony pracy magisterskiej – opowiada Zuzanna.

W mieście przydałaby się ustawa krajobrazowa jak w Gdańsku, która sprawiła, że zniknęły wszechobecne billboardy, reklamy, banery.

Według niej ludzi ciągnie tutaj m.in. dlatego, że miasto jest dobrze zarządzane i rozwija się. Dodatkowym atutem jest według niej brak smogu. - Miasto jest dobrze zarządzane, nowoczesne, rozwija się. Jest gdzie pracować i miasto daje możliwość rozwoju w wielu branżach. Mamy tu dużo zieleni, nie tylko morze, ale i parki krajobrazowe, lasy. Wiele osiedli jest położonych tuż przy lesie, albo z lasem pośrodku, więc nie dość, że powietrze jest lepsze, to jeszcze jest po prostu przyjemniej. Są ośrodki naukowe, ośrodki kulturalne, uczelnie, festiwale, dobra infrastruktura i świetna komunikacja miejska, bez porównania z lubelską - wskauzje Zuzanna.

W minusach Gdyni wymienia brak ustawy krajobrazowej, a także znikoma ilość bazarków osiedlowych. - Zacznę od minusów i porównam z Gdańskiem. W mieście przydałaby się ustawa krajobrazowa jak w Gdańsku, która sprawiła, że zniknęły wszechobecne billboardy, reklamy, banery. W porównaniu z Lublinem, z którego jestem, brakuje mi bazarków osiedlowych. Tam właściwie każde osiedle ma jakiś bazarek lub dwa ze świeżymi warzywami i owocami. W Gdyni bywa z tym różnie – tłumaczy. 

"Okno na świat"

Przewodnik trójmiejski Paweł Lipski rozmawiając ze mną o Gdyni, zwraca uwagę na jeszcze inną rzecz. Jego zdaniem przyciąga tutaj energia ludzi, którzy przed laty włożyli całe serce w budowanie portu. -Obecnie Gdynia liczy 127 tysięcy mieszkańców i jest jednym z najnowocześniejszych portów na Bałtyku. Myślę, że Gdynia to energia wielu osób. To są ludzie, którzy ją zbudowali. Oni przybywali z całej Polski po to, żeby ten port budować. Jak się wgryzasz w gdyńską historię, pokazuje ona, jak wielki i niesamowity był zapał i jak duże było zrozumienie II Rzeczpospolitej i jej obywateli. Ten port, dostęp do morza był bardzo ważny. Wszyscy rozumieli, że to jest okno na świat - podkreśla Lipski.

Lipski wyjaśnia, że Gdynia nie przyciągnie do siebie wszystkich. Szczególnie dotyczy to studentów, którzy wybierają naukę i imprezowanie w stolicy Trójmiasta – Gdańsku. - Gdańsk daje największe możliwości, jeśli chodzi o pracę. Zresztą młodzi ludzie, dopiero zaczynający studia, decydują w nim zamieszkać. Nic dziwnego, w końcu w stolicy Trójmiasta jest największe zaplecze uniwersyteckie oraz imprezowe - mówi.

Gdynia może się pochwalić terenami zielonymi
fot. Łukasz Strenk/ Photo Storytellers

Zresztą w statystykach widać, że liczba mieszkańców w Gdyni była zdecydowanie wyższa dziesięć lat temu, niż obecnie. Jeszcze w 2011 roku mieszkało 248 939 osób, natomiast w 2020 roku 244 969 – tak wynika z Biuletynu Informacji Publicznej Urzędu Miasta Gdyni. Zdaniem Lipskiego do Gdyni ciągną ludzie otwarci i ceniący sobie większy spokój. Wyjaśnia też, że za czasów PRL to właśnie w Gdyni można było dostać żywność czy odzież, niedostępną w innych rejonach Polski.

- Gdynia przyciąga ludzi, bo to miasto otwarte dla otwartych osób. Tak było kiedyś postrzegane i tak jest teraz. Gdy w Polsce w czasach komunizmu nie było niczego, w Gdyni dostać można było dosłownie wszystko. Dzięki marynarzom kwitł czarny rynek. W gdyńskiej hali targowej można było kupić to, co w tamtych czasach było niedostępne w Polsce – zdradza. Choć zdaniem niektórych przewodników miasto nie ma ciekawej historii, Grzegorz Lipski uważa, że jest zupełnie inaczej i zachęca wszystkich do jej odwiedzenia. - Konserwatywni przewodnicy uważają, że w Gdyni w ogóle nie ma historii. Ja myślę zupełnie inaczej. Według mnie jest tutaj fantastyczna historia i energia ludzka, która zbudowała to miasto. Ona wciąż przyciąga – podsumowuje.

Sylwia Wamej
Sylwia Wamej

Studiowała w Lublinie, m.in. na Uniwersytecie Marii Curie Skłodowskiej. Po godzinach chodzi na koncerty i czyta, zwłaszcza reportaże. Gdy nie pracuje, włóczy się po mieście i próbuje swoich sił w fotografii ulicznej. Od prawie dwóch lat wkręcona w naukę improwizacji teatralnej.

Kontakt: sylwia.wamej@radiozet.pl