Zamknij

Raj na ziemi? „Wojtek na Zanzibarze” szczerze o życiu na afrykańskiej wyspie

10.06.2021 13:53
Wojciech Żabiński - Zanzibar
fot. ---

Ponad cztery lata temu przyjechał na Zanzibar na wakacje. Jak przyznał, afrykańska wyspa od razu „zawróciła mu w głowie”. Jako pamiątkę z urlopu kupił sobie dom, który dał początek sieci hotelowej Pili Pili. O tym, jak wygląda życie na popularnej wyspie, czego nauczył się od mieszkańców i czy to rzeczywiście „raj na ziemi” opowiada Wojciech Żabiński, znany jako „Wojtek na Zanzibarze”.

Nina Czochara: W ostatnim czasie sporo mówiło się o ogólnopolskim najeździe na Zanzibar. Można odnieść wrażenie, że w Polsce zapanowała swego rodzaju moda na tę wyspę.

Wojciech Żabiński: Wiem, że wcześniej niektórzy żartowali, że nie wiedzą, czy morsować, czy jechać na Zanzibar. Trochę trudno mi ocenić ten turystyczny najazd w skali całej wyspy, bo ja w swojej sieci hotelowej miałem zawsze dużo gości. Na pewno liczba przybywających turystów wzrosła od października ubiegłego roku, od kiedy zacząłem mieć własne czartery z Polski dowożące bezpośrednio na Zanzibar.

Wydaje mi się jednak, że Zanzibar był ostatnio bardziej „widoczny”, bo po prostu w pandemii Polacy nie zrezygnowali z przyjazdu na tę wyspę.

Na Zanzibar z pewnością przyciągał brak restrykcji pandemicznych przy wjeździe...

Moim zdaniem to nie jest do końca tak, że ludzie chcą podróżować bez testów i restrykcji, ale potrzebują po prostu jasnych zasad. W przypadku mojej sieci hotelowej restrykcje pandemiczne obowiązywały turystów od samego początku. Chociaż przez długi czas władze Tanzanii nie wymagały testów czy kwarantanny, ja miałem swoją politykę i wymagałem negatywnego wyniku jeszcze przed wylotem z Polski.

Zanzibar - Wojciech Żabiński

Jak realnie wygląda sytuacja na Zanzibarze? Czy jest bezpiecznie? Od maja 2020 roku rząd Tanzanii nie podawał danych dotyczących liczby zachorowań na COVID-19.

To oczywiście prawda, że od ubiegłego roku władze przestały przekazywać takie dane. Ale nieprawdą jest, że w kraju nie są przestrzegane żadne restrykcje i że np. na lotnisku na Zanzibarze nikt nikogo nie pilnuje. Niestety bardzo często nie pilnują się turyści. Lokalna społeczność, urzędnicy chodzą w maseczkach i korzystają z płynów do dezynfekcji. Jednocześnie z przymrużeniem oka patrzą na podróżujących, którzy tego nie robią, bo uważają, że nie trzeba.

Warto przypomnieć, że na samym początku Tanzania była jednym z najbardziej restrykcyjnych krajów. Ja pamiętam, że w lutym ubiegłego roku, gdy cała Europa dość luźno podchodziła do COVID-19, po przylocie na Zanzibar „przywitali mnie” lekarze. Każdy podróżujący był przebadany, a osoby, które miały symptomy sugerujące zakażenie koronawirusem, były od razu izolowane w specjalnym hotelu i tam wykonywano im test.

Wbrew pozorom kraj na początku bardzo mocno się izolował. Później rzeczywiście nastąpiło rozluźnienie, ale ono obowiązuje tak naprawdę w miejscach typowo turystycznych, w tym m.in. w hotelach. Do urzędu, banku nie wejdziemy bez maseczek czy dezynfekcji rąk. Nie jest więc tak, jak twierdzą niektórzy, że w Tanzanii nikt nie wierzy w istnienie koronawirusa.

Prawdą jest jednak, że problem z pandemią oraz liczba zachorowań są realnie mniejsze niż w Europie. Sprzyjają temu oczywiście warunki panujące na Zanzibarze.

To znaczy?

Żyjąc w takim klimacie jak Zanzibar, życie może toczyć się tak naprawdę cały czas na świeżym powietrzu. Wszystkie restauracje są na zewnątrz, jest dużo przestrzeni, stoliki poustawiane są w odległości 2-3 metrów, dzięki czemu ryzyko zachorowania jest niskie. W Polsce też przecież otwarto już ogródki restauracyjne.

Na wyspie nie ma również dużych budynków zamkniętych – na całym Zanzibarze jest chyba tylko jeden biurowiec. Co więcej, autobusy miejskie nie mają w ogóle szyb, przez co cały czas jest przepływ powietrza. Właśnie dlatego uważam, że panują tu niesprzyjające dla wirusa warunki. I dlatego wyspa również w pandemii cieszy się dużą popularnością.

W Pana przypadku zainteresowanie Zanzibarem zaczęło się dużo wcześniej. Co sprawiło, że zdecydował się Pan tu przenieść na stałe?

To dość zwariowana historia. Około 4,5 roku temu wybrałem się na Zanzibar na urlop – taki typowo turystyczny wyjazd. Jeszcze przed dotarciem na wyspę, w samolocie, koleżanka powiedziała mi: „zobaczysz, jeszcze będziesz wracał na Zanzibar”. Ja odpowiedziałem: „zwariowałaś, nigdy w życiu, to za daleko!”.

Po przylocie najpierw pojechałem do stolicy, Stone Town. Przyznam szczerze, że to miejsce nie zrobiło na mnie szczególnego wrażenia. Zupełnie inaczej było, gdy dotarłem do Jambiani… to miejsce oczarowało mnie od razu.

Zanzibar - Pili Pili - Wojciech Żabiński

Co szczególnie urzekło Pana w tym miejscu?

Urzekli mnie tak naprawdę mieszkańcy – niezwykle otwarci, serdeczni, bezinteresowni. W dodatku nigdzie się nie spieszą i zawsze znajdą czas, aby porozmawiać, pomóc.

Bardzo ważny był moment, w którym idąc plażą w Jambiani, zauważyłem przepiękny dom. Fale oceanu rozbijały się o jego taras. Wtedy przypomniało mi się moje najstarsze marzenie o domku nad morzem… Okazało się, że ten dom w Jambiani jest na sprzedaż.

I postanowił go Pan kupić?

Tak, kupiłem go. Jego właścicielem był Polak, który przyznał, że przez 10 lat spędził w tym domku łącznie może trzy miesiące. Powiedział mi: „bierz go w diabły, bo dla mnie jest tylko utrapieniem”. Spotkaliśmy się później, dogadaliśmy się i dom na Zanzibarze był mój.

Rodzina patrzyła na mnie jak na wariata. Moja mama łapała się za głowę, ale stwierdziła, że „jeden mały domek na Zanzibarze jest okej. Może dzięki temu odpocznę i przestanę tak dużo pracować”.

Zanzibar - Wojciech Żabiński

Na „jednym małym domku” się nie skończyło. Stworzył Pan przecież całą sieć hoteli na Zanzibarze.

Ten dom musiałem tak naprawdę zburzyć, bo okazało się, że do niczego się nie nadaje. Ale dokupiłem działkę dookoła i właśnie w tym miejscu zbudowałem Pili Pili House, czyli mój pierwszy hotel na Zanzibarze.

Z czasem powstała cała sieć – dzisiaj mamy otwartych 11 hoteli, a do końca roku chcę, aby działało już 20 takich obiektów.

Zanzibar nie kojarzy się z najtańszym kierunkiem. Ile kosztują dwutygodniowe wakacje w jednym z hoteli Pili Pili?

Za dwutygodniowe wakacje all inclusive dla dwóch osób (z przelotem) trzeba zapłacić od 10 do 20 tys. złotych. Ale zdarzają się też naprawdę super promocje. Ostatnio miałem bardzo dobrą ofertę last minute w porze deszczowej – wychodziło około 5,5 tys. złotych za dwie osoby.

Warto przyjeżdżać na Zanzibar w porze deszczowej? Wiele osób obawia się jednak niesprzyjającej pogody w czasie urlopu.

Ja uważam, że warto. Przede wszystkim dlatego, że ceny bardzo mocno spadają. Jeśli chodzi o pogodę, na przykład w tym roku deszcz pojawiał się raz na kilka dni. W międzyczasie była piękna pogoda i mocne słońce. Oprócz tego deszcz na Zanzibarze jest bardzo ciepły, więc nie przeszkadza to na przykład w kąpieli w oceanie, który ma temperaturę około 30 stopni Celsjusza. Co ciekawe, moi goście czasami sami wybierają się na godzinne spacery w deszczu. Tutaj nie wieje, temperatura powietrza jest wysoka, dlatego taki spacer stanowi dla niektórych atrakcję.

Na Zanzibarze stworzył Pan nie tylko sieć hoteli, ale też swoistą „polską społeczność” na krańcu świata.

Tak, rzeczywiście udało mi się taką społeczność stworzyć i było to możliwe dzięki dwóm źródłom. Po pierwsze, są to moi pracownicy – obecnie zatrudniam ponad 50 osób z Polski. Po drugie, taka „polska grupa” powstała dzięki mediom społecznościowym i osobom zintegrowanym wokół profilu „Wojtek na Zanzibarze”.

Bardzo często goście wybierający się na wakacje do jednego z moich hoteli mówią, że „lecą do Wojtka”. Przywożą mi nawet z Polski ogórki kiszone czy kabanosy. Przyjeżdżają na Zanzibar jak w odwiedziny.

Zanzibar - Wojciech Żabiński

Jak wygląda takie mieszanie się dwóch kultur – Polaków i Zanzibarczyków – czyli tak naprawdę dwóch odmiennych światów?

Mogłoby się wydawać, że to dwa zupełnie odmienne światy, ale tak naprawdę jesteśmy ze sobą bardzo „spójni”. Musimy się jednak nieco cofnąć w czasie – na Zanzibarze jest tak, jak w latach 70., 80. czy początku lat 90. XX wieku w Polsce. Ludzie są bardziej serdeczni, wspólnotowi, nie unikają kontaktów. Na Zanzibarze pół wioski się schodzi, aby oglądać coś wspólnie na jednym telewizorze.

Zanzibarczycy zastanawiali się nawet, dlaczego Polacy mają czasem po kilka telewizorów w jednym domu. Pytali mnie – „Wy się nie lubicie? Nie chcecie razem spędzać czasu?”.

Oprócz tego zastanawiali się, po co nam lodówki. Jeden z mieszkańców powiedział mi kiedyś: „Wy niby tacy bogaci, a jecie stare jedzenie”. Kiedy zupełnie nie rozumiałem, o co chodzi, wyjaśnił mi, że przecież codziennie można kupić nowe, świeże. "Po co trzymać tak długo jedzenie w lodówce"?

A co Polaków najbardziej zaskakuje przy pierwszym zetknięciu z Zanzibarem?

Dużym zaskoczeniem dla moich gości jest samo położenie hoteli Pili Pili, a dokładniej bliskość wioski. Z przodu jest piękna plaża, ocean, a z tyłu – zaraz za furtką – sąsiedzi i prawdziwa zanzibarska wieś. Wychodząc z hotelu, można obserwować codzienne życie mieszkańców, zobaczyć za płotem kury, gęsi, kozy. Tu wszystko funkcjonuje w taki sposób, że turyści są blisko lokalnej społeczności. Mają okazję integrować się z mieszkańcami, odkrywać lokalną kulturę, taki prawdziwy Zanzibar. Tutaj uciekamy od typowej turystyki.

Okazuje się, że takie nawiązywanie więzi z lokalną ludnością, poznawanie prawdziwego oblicza wyspy sprawia, że moi goście chcą tu wracać i wracają. Są osoby, które przyjeżdżają na Zanzibar kilka razy w roku.

Zanzibar - Wojciech Żabiński

Czytając o Zanzibarze, często pojawia się określenie „raj na ziemi”. Czy to rzeczywiście raj?

Dla mnie Zanzibar to jest raj. Ale mówię to z perspektywy osoby, która przeszła już pewne etapy w życiu i zrozumiała, co jest naprawdę ważne, a co mniej istotne. Aby pokochać Zanzibar i uznać go za raj, to trzeba przyjąć go z wszelkimi wadami... z tym, że czasem nie ma tu prądu i wody lub że czasami mocno popada i zaleje nam mieszkanie.

Dla mnie najważniejsi na tej wyspie są ludzie – serdeczni sąsiedzi, którzy zawsze we wszystkim pomogą, nigdy nie przejdą obojętnie obok człowieka w potrzebie. Złapiesz gumę – zaraz znajdzie się mnóstwo osób, które będą chciały pomóc. Zabłądzisz w jakimś miejscu – złapią cię za rękę i zaprowadzą. Nigdy nie zostawią cię samego.

Ale to raj również z innego powodu – warunków atmosferycznych. Na Zanzibarze przez cały rok mamy przepiękną, słoneczną pogodę. Wyjątkiem jest pora deszczowa (od marca do maja), kiedy może nieco mocniej popadać. Chociaż jak wspominałem, w tym roku deszcz pojawiał się tylko raz na kilka dni. Ale pomijając ten okres, zwykle warunki do wypoczynku są fantastyczne – temperatura powietrza waha się od 28 do 32 stopni Celsjusza, a oceanu – od 30 do 39 stopni. Do tego sprzyjający rząd, który pomaga w prowadzeniu działalności gospodarczej. Dla mnie to zdecydowanie raj na ziemi.

Czy żyjąc, pracując na tak pięknej, egzotycznej wyspie można czuć się jak na wiecznych wakacjach?

Zdecydowanie nie. I takie myślenie to pierwsza zguba przedsiębiorców. Jeśli ktoś przyjmuje, że prowadzenie biznesu na Zanzibarze to tylko wakacje, jest skazany na niepowiedzenie i niestety wiele osób w ten sposób „poległo”.

Ja tak naprawdę wyjeżdżam na wakacje – albo na inną część Zanzibaru, albo wylatuję z wyspy. Ostatnio wybrałem się na kilkudniowy urlop do RPA.

Zanzibar - Pili Pili

Od Zanzibaru też sobie trzeba zrobić wakacje?

Ja jestem trochę takim „zwierzęciem miejskim”. Potrzebuję raz na jakiś czas poczuć smród spalin samochodowych. W ostatnim czasie poleciałem do RPA, do Johannesburga – tam zaznałem trochę miasta, większego świata. Po trzech dniach urlopu wróciłem do mojego raju, czyli na Zanzibar.

Jakie największe różnice dostrzega Pan między życiem w Polsce i na Zanzibarze? Czym najbardziej się różnimy?

Pierwsza rzecz to egzekwowanie czasu. Zanzibarczycy często żartują, że my mamy zegarki, oni mają czas. I rzeczywiście tak jest. Aby umówić się z Zanzibarczykiem na konkretną godzinę, to potrzebna jest dłuższa relacja. Dla niego to po prostu „dzisiaj”.

Pamiętam sytuację, jak zamawialiśmy z menadżerem hotelu u jednej pani koszyki na sztućce. Rozmawialiśmy z nią w listopadzie. Pani pojawiła się u nas ponownie z tymi koszykami… w kwietniu. Okazało się, że menadżer w czasie rozmowy nie ustalił konkretnego terminu odbioru tego zamówienia, a padło jedynie określenie „w miarę szybko”. To w miarę szybko okazało się kilka miesięcy później.

Kolejna rzecz jest taka, że Zanzibarczycy żyją zgodnie z zasadą „pole pole”, czyli powoli. Zupełnie inaczej niż większość Polaków, którzy są stale zabiegani, nie mają czasu. Mieszkańcy wyspy zupełnie nie rozumieją tego naszego denerwowania się, stresowania. Wcześniej potrzebowałem nawet kilku dni na wyciszenie, gdy wracałem z dłuższego pobytu w Polsce na Zanzibar. Zdarzało się, że prosto z lotniska na wyspie jechałem do mojego lokalnego prawnika i od razu go pospieszałem. On tylko patrzył na mnie i mówił: „Wróciłeś właśnie z Polski? Przyjdź do mnie za trzy dni, bo z tobą nie da się rozmawiać”. I wracałem do niego po kilku dniach, gotowy na spokojne załatwianie spraw.

Trzecia, bardzo istotna różnica jest taka, że Zanzibarczycy nie są w stanie oddać swojej wolności, czasu wolnego dla pieniędzy. Jeśli Zanzibarczyk ma możliwość zarobienia dodatkowych pieniędzy, ale kosztem swojego czasu wolnego, to tego nie weźmie. Może zdarzyć się tak, że będzie miał ochotę coś zrobić – i wtedy może się tym zajmie, nawet za darmo. Natomiast, jeśli uzna, że nie chce, nie podejmie się tego za żadne pieniądze.

Zanzibar

Zanzibar wydaje się idealnym miejscem dla tych, którzy chcą zwolnić, zatrzymać się.

Tak, zwykle na Zanzibarze dobrze odnajdują się osoby, które trochę w życiu przeżyły i chcą odpocząć od wielkomiejskiego pędu. Chcą uciec od swoistego materializmu i ganiania za rzeczami. Tutaj tak naprawdę nie ma na co wydawać pieniędzy, nie ma znanego nam konsumpcjonizmu. Jeśli potrzebujemy coś ze sklepu spożywczego, to albo uda nam się kupić, albo też nie. Nie ma czegoś takiego, że idąc po jedną rzecz, kupujemy kilka innych, bo tego towaru po prostu nie ma. Na pewno nie można powiedzieć o nadmiarze jakichkolwiek rzeczy. Konsumpcyjność jest na bardzo niskim poziomie. Nie ma też znanej nam gonitwy za pieniędzmi.

Gdyby ktoś Pan zapytał, czy warto rzucić wszystko i zamiast w Bieszczady przenieść się na Zanzibar…

Ja zawsze powtarzam, że trzeba znaleźć swoje Bieszczady. I nikogo nie przekonuję do tego, aby przeniósł się na Zanzibar. Ja zawsze mówię, „przyjedź, wynajmij coś na dwa, trzy miesiące i sprawdź, czy Zanzibar jest dla Ciebie”.

Ja mam bardzo bliskich przyjaciół, którzy przeprowadzili się na wyspę za mną i poddali się po miesiącu czy dwóch. Afryka nie jest dla każdego. Ale każdemu radzę, aby spróbował tu na jakiś czas zamieszkać i wtedy ocenić, czy to miejsce jest dla niego.

Zanizbar - Wojciech Żabiński

Tęskni Pan czasem za Polską?

Tak, tęsknię. Ale na szczęście mam duże możliwości przemieszczania się i powrotu do kraju. Jednocześnie moja rodzina, dzięki bezpośrednim czarterom na wyspę, zaczęła częściej przyjeżdżać do mnie. Moi rodzice myślą nawet o przeprowadzce na Zanzibar, chociaż jeszcze trzy lata temu twierdzili, że „to miejsce absolutnie nie jest dla nich”. Ja sobie żartuję, że nie muszę wracać do Polski, bo to Polska zaczęła przyjeżdżać do mnie.

Gdyby 10 lat temu usłyszał Pan, że będzie mieszkał na Zanzibarze...

Gdybym to usłyszał 4,5 roku temu, to bym nie uwierzył. Nawet po tym, jak kupiłem dom w czasie pierwszego pobytu, nie wiedziałem, czy będę mieszkał na Zanzibarze. Raczej myślałem o tym, że zbuduję hotel i coś kiedyś uda mi się zrobić. Ale wtedy te plany nie były realne. Zanzibar zawrócił mi jednak w głowie i całkowicie mnie pochłonął. Dlatego podjąłem decyzję o przeprowadzce i wciąż tutaj jestem.