Słuchaj
Mateusz Ptaszyński, Marcin Sońta
Michał Korościel
Damian Michałowski, Ewelina Pacyna
Marcin Łukasik
Redakcja Radia ZET
Sprawdź co graliśmy

Teraz gramy

Janusz Piechociński o mięsie z chorego bydła: Czeka nas upokarzająca kontrola Komisji Europejskiej

03.02.2019 08:00
xxx zet

- Czeka nas upokarzająca kontrola Komisji Europejskiej, co tworzy dodatkowe zamieszanie, bo zawsze pojawi się pytanie: skoro w mięsie tak skrajny przypadek mógł mieć miejsce, to co w mleku, co w innym przetwórstwie? - mówi w Radiu ZET były wicepremier Janusz Piechociński, komentując doniesienia na temat mięsa z chorego bydła, które trafiło z Polski na zagraniczny rynek. Jak duży problem może mieć nasza gospodarka po ujawnieniu skandalu z wołowiną od chorych krów? Zdaniem polityka PSL-u, będzie to gigantyczne wyzwanie. - Rządy się zmieniają, a problemy zostają i są bardzo głębokie (...) Nigdy taki fakt nie powinien mieć miejsca - mówi Janusz Piechociński. Gość Radia ZET dodaje, że konkurencja na rynku hodowli bydła tylko czeka na takie skandale. - Francja, Hiszpania - to są duzi konkurencyjni producenci wołowiny na rynku europejskim - wykorzystują okazję. Polska wołowina przez ostatnie lata zyskiwała olbrzymie uznanie na rynkach międzynarodowych (...) 92 procent polskiej wołowiny, to była wołowina eksportowa - tłumaczy Janusz Piechociński. Były wicepremier przewiduje, że ten skandal będzie skutkował zerwanymi kontraktami na eksport mięsa i brakiem zainteresowania ze strony zagranicznych importerów, szczególnie z rynków azjatyckich. Mówi, że winę za taki stan rzeczy ponosi rząd, który pokazał "brak profesjonalizmu", bo administracja nie skoncentrował się na sprawach najważniejszych takich jak np. walka z ASF.

Joanna Komolka: Janusz Piechociński, były wicepremier i minister gospodarki. Jak duży problem ma polski rząd, a przede wszystkim może mieć polska gospodarka po ujawnieniu tego skandalu z wołowiną pochodzącą od chorych krów?

Janusz Piechociński: Rządy się zmieniają, a problemy zostają i są bardzo głębokie i będą gigantycznym wyzwaniem. Po pierwsze, nigdy taki fakt nie powinien mieć miejsca. Nie zapominajmy o tym, że my jako konsumenci żywności też chcemy mieć zaufanie także do polskiej żywności, do sposobu jej wytwarzania, przetwarzania, chronienia, przechowywania, a w końcu także w sprzedaży i dlatego każdy tego typu sygnał wywołuje tak olbrzymie reperkusje w naszej debacie.

Wywołał już spore też w naszej debacie, ale też w debacie europejskiej, bo kilkanaście krajów, do których to mięso trafiło, i słyszymy od ministra francuskiego: „To straszne oszustwo, oszustwo gospodarcze, oszustwo zdrowotne w polskiej rzeźni”. Państwa unijne mówią, żeby unikać polskiego mięsa.

No i teraz bije się w polskie piersi ci, którzy też pewnie mogą mieć różne własne problemy z produkcją i przechowaniem nie tylko żywności, ale konkurencja, a przecież Francja, Hiszpańska to są duzi konkurencyjni producenci wołowiny na rynku europejskim, wykorzystują okazję. Pamiętajmy o jednym: młode bydło w rzeźni to był jeden z nielicznych niestety w ostatnich trzech latach działów produkcji żywności w Polsce opłacalny dla polskich rolników, po drugie ta polska wołowina przez ostatnie lata zyskiwała olbrzymie uznanie na rynkach międzynarodowych, stąd wiele wystąpień takich krajów jak Indonezja, Malezja o to, aby ta wołowina spełniała wymogi religijne typu halal, bardzo ważne. Byliśmy także i jesteśmy bardzo dużym eksporterem i nie tylko do Izraela czy do zachodniej Europy. To świadczy o tym, że 92% polskiej wołowiny to była wołowina eksportowa. Wręcz się mówiło z niechęcią, że oto polska wołowina jest tak dobrej jakości, że zrobiła się za droga na naszą polską, Kowalskiego, kieszeń, i tutaj nadrabiamy kurczakiem w tej naszej piramidzie mięsnej, na poziomie 40 kg została wieprzowina.

No tak, ale co teraz? Bo pan mówi, że były kraje spoza Europy również zainteresowane naszą wołowiną i co teraz, przestaną ją importować?

Ja trzy lata temu założyłem Izbę Polska-Azja, mieliśmy lecieć na początku kwietnia do Malezji, rysowały się kontrakty na poziomie tysiąca ton miesięcznie dla trzech-czterech polskich firm, rynek bardzo ciekawy, bardzo interesujący także cenowy, na którym mogliśmy trwale zakotwiczyć i teraz – powiem wprost – już nie ma tematu. Tak samo jak za chwilę upowszechnione przez konkurencję zostaną te scenki nie tylko procesu bardzo przykrego, który mieliśmy okazję w tym programie obejrzeć, ale także konkurencja dopowie parę rzeczy. W związku z tym czeka nas upokarzająca kontrola KE.

Od jutra.

Tak. Co tworzy dodatkowe zamierzanie, bo zawsze podświadomie pojawia się pytanie: „No skoro w mięsie tak skrajny przypadek czy przypadki mógł mieć miejsce, to co w mleku czy w innym przetwórstwie, co z weryfikacją naszych ekologicznych miodów. Popatrzmy...

To już też się zaczęło, prawda?

Kontrolę mamy Inspekcji Handlowej, i słusznie. Okazało się, że w słoikach nie zawsze mamy w 100% miód zwany miodem.

A co zawiodło w tej sytuacji pana zdaniem? Nadzór? Zbyt późna reakcja później, kiedy słyszymy ministra rolnictwa Krzysztofa Ardanowskiego, który właściwie na samym początku to ma pretensje do dziennikarzy, że to ujawnili?

Brakuje profesjonalizmu,profesjonalizmu i koncentracji polityki, administracji na sprawach najważniejszych i to jest widoczne. Bo z jednej strony te protesty w służbach weterynaryjnych, po drugie musimy wrócić do roku 2014, 2015, przyszły minister rolnictwa objechał wschodnią Polskę i na recepty Marka Sawickiego bardzo ostrej bioasekuracji: maty, gumowe, rękawice, zakazy ściągania ściółki z terenów przyleśnych, to miała być nasza skuteczna odpowiedź na dwa ogniska ASF-u, głosił proste hasło: „Zostawcie, drodzy rolnicy Podlasia, to wszystko. Wybijemy te wszystkie dziki, zbudujemy mur i będzie”. No i wie pani, czym się to kończy. Znowu mamy kolejne ognisko na Warmii i Mazurach, to już jest 200 ponad tych ognisk.

A czy to też wpłynęło na to, że rolnicy zaczęli się organizować i poza tymi protestami w całej Polsce w przyszłym tygodniu chcą przyjechać do Warszawy i protestować, i chcą już rozmawiać z prezydentem, bo twierdzą, że w rolnictwie jest bardzo źle?

To bierze się z głębokiego załamania się – i mówię to z olbrzymim smutkiem – produkcji rolnej. Dlatego że ceny w skupie zostały na starym poziomie, już mamy pewien pierwszy impuls inflacyjny w polskiej żywności. Chociaż od czasu do czasu mamy tak zaskakujące nawet dla mnie, ekonomisty po SGH, sygnały jak z grudnia, że dzięki wzrostowi cen żywności tylko o 1,3% inflacja spadła do 1,8%. No tak, tylko idziemy do naszego sklepiku i bułka, która kosztowała tydzień temu 40 groszy, dzisiaj kosztuje 50 groszy. A chleb w ciągu ostatniego roku z tradycyjnej małej, średniej piekarni, w której ten chleb najbliżej jest smaku tradycyjnego dobrego polskiego chleba, który mamy w pamięci z dzieciństwa, zdrożał w ciągu roku o złotówkę.

Mają rację polscy rolnicy zatem?

No jest dramat, jeśli chodzi o rentowność produkcji i tego się nie da naprawić tym, że się podniesie o parę groszy dopłatę do paliwa rolniczego, bo pamiętajmy o tym, że to są zupełnie inne gospodarstwa niż kilka czy kilkanaście lat temu. To są gospodarstwa, które wymają zupełnie innej techniki, olbrzymiego zaangażowania kapitałowego i ta produkcja musi być wysoko wydajna, bo na rynkach światowych czy europejskich nikt się nie pyta, czy masz chlewnię, w której jest 10 prosiaczków i produkujesz o bardzo przyjazne, ekologiczne formy, czy masz fermę, na której jest milion prosiaczków.

Czy to będzie trudna wiosna dla rządu Zjednoczonej Prawicy pana zdaniem?

Trzy lata koncentrowania się po stronie budżetowej, czyli tego, co chcieliśmy usłyszeć, rozdawnictwa często, i zapominania o starej prawdzie, że wzrost płac musi być skorelowany ze wzrostem wydajności pracy, zapomnienie o całych grupach, mówię tu o budżetówce, które z różnych powodów zostały bez waloryzacji, spowodowały te napięcia takie, także o charakterze płacowym.

A wie pan, dlaczego mówię o wiośnie? Bo mówi się, że wiosna, a przynajmniej taka partia z takim słowem ma się pojawić dzisiaj już. Mówię o ugrupowaniu Roberta Biedronia.

Przyjdzie złota jesień, jak dostanie pani 1600 zł powszechnej obywatelskiej emerytury, nawet jak nie pójdzie pani ani razu do pracy.

Mówi pan, że to rozdawnictwo?

Nie, ja tylko pokazuję, że dzisiaj cała Europa zastanawia się w relacjach z rządem włoskim, krajem, który ma potężne problemy, ale ma przecież potężne też zasoby, jest krajem świetnego designu, świetnej małej, średniej przedsiębiorczości, konkurencyjnym w wielkich obszarach, no to ten dochód obywatelski czy przychód obywatelski, przyjęta ustawa, na poziomie 750 euro miesięcznie, może być przenoszony w kampaniach do takich krajów jak Polska, tylko za dwa lata zapytajmy, gdzie będą Włochy.

Wyjaśnijmy słuchaczom, że chodzi o obietnicę Roberta Biedronia, który dzisiaj jak rozumiem ten program chce poszerzyć i pokazać, jak będzie wyglądała jego kampania, program, jak ma nazywać się partia rzeczywiście. Ale wczorajszy sondaż, IBRiS dla Onetu, pokazuje, że w wyborach parlamentarnych PiS może liczyć na ponad 36%, PO, Koalicja Obywatelska 29,6%, a Biedroń jest na trzecim miejscu – 6,4%.

6,4% to nie jest wiele.

To nie jest wiele, ale jednak to jest trzecie miejsce.

Pamięta pani, jak Marek Borowski odchodził z SLD i zakładał własną partię, to tam było kilkanaście procent na początek. A skończyło się, jak się skończyło. Ja życzę wszystkim nowym inicjatywom, bo konkurencja jest potrzebna, ba, w mojej ocenie jest wielka przestrzeń na nowe środowiska tylko to, co mnie niepokoi, to jest to, że po tym wielkim wysiłku i transferze socjalnym, który niewątpliwie dokonał PiS, bardzo oczekiwanym przez znaczną część społeczeństwa, nie da się już w mojej ocenie iść tak radykalnie w tę stronę.

Czyli Robert Biedroń pana zdaniem nie jest w stanie wypełnić tej luki, o której pan mówi?

Nie, jest w stanie, jeśli nie popełni błędu. Bo tak jak mówię, jest zapotrzebowanie na nowe na tej centro-lewicy, tak to nazwijmy. Plus jest powszechne, po tym, co wydarzyło się, po tej odsłonie, po  kolejnym „taśmociągu”, następuje obrzydzenie polityką i politykami, bez względu na to, kto przeskrobał, wszystkimi dotychczasowymi. W związku z tym z łatwością wytworzyć, tak jak to było, kiedy pojawił się pan Lepper, czy tak jak się pojawił po raz pierwszy pan Kukiz czy pan Palikot, no takie...

Świeżość.

Nowe, świeżość, ugrupowania. „Oni kradli wszyscy, trzeba elity wymienić, to są złodzieje”.

A ta Koalicja Europejska, czyli deklaracja byłych premierów, byłych ministrów spraw zagranicznych to ma szanse powodzenia, czy nie? Waldemara Pawlaka chyba tam zabrakło.

Ale znowu zajmujemy się pewnymi incydentami, a w ciągu tego miesiąca wydarzyło się tak wiele.

Nazywa pan to incydentem?

Tak, bo to jest jedna ważna konferencja, na której się buduje bardzo wiele, a nie przesadzałbym tego. Ta konferencja, która zakończyła się urągającym komentarzem paskowego w telewizji PiS, że wybór jest taki: albo dobra zmiana, albo postkomuna. I tak się podsumowuje 30 lat polskiej przemiany, w której także PiS miał znaczący udział.

A dlaczego nie było tam PSL-u?

Nie wiem, to pytanie do Władysława Kosiniaka-Kamysza...

A powinien być?

...i pytanie do Waldemara Pawlaka.

Ale pańskim zdaniem Waldemar Pawlak jako były premier też powinien się też podpisać pod tą deklaracją?

Nie wiem, organizował to spotkanie Grzegorz Schetyna i trzeba do organizatora spotkania kierować pytanie. Ważne, to jest pewien ważny, symboliczny sygnał, o tym, że Europa wymaga solidarnego wsparcia ze strony Polaków. Nie tylko to, co wydarzyło się na Wyspach, jest dzisiaj problemem. Problemem jest 15% AfD w Niemczech, problemem jest sytuacja we Włoszech, problemem jest sytuacja we Francji, nasza dyplomacja, która wypuszcza dziwne, często zaskakujące sygnały, w których jest mało pragmatyzmu i potencjalnych sukcesów dla Polski. Jest masę chaosu w tym wszystkim i bardzo dużo radykalizmu. Otóż mądrzy ludzie jak na to patrzą, zadają sobie chwilami pytanie, czy jesteśmy w trzydziestym, trzydziestym pierwszym czy dwudziestym którymś roku XX wieku, i co przyszło potem.

A pan by się widział na listach do PE?

Nie, ja nie kandyduję i obiecałem...

A dostał pan taką propozycję może?

Nie, ja obiecałem mojej żonie po pięciu kadencjach parlamentarnych i dwóch kadencjach samorządowych, bo w polityce dopiero prawdziwym politykiem politykiem jest się wtedy kiedy co najmniej trzy razy się wygra i przynajmniej dwa razy się przegra, bo każda porażka uczy pokory.

Czyli pan już wypełnił ten limit?

Nie, ja obiecałem swojej żonie i rodzinie, że przynajmniej w perspektywie, być może nawet dłużej niż na razie, zajmę się czymś innym, co daje mi satysfakcję, bo w którymś momencie polityka taka nie daje mi satysfakcji. Otóż Bogu i wyborcom dziękuję za to, że nie siedzę w tej kadencji w tym Parlamencie, który się zbiera raz w miesiącu na tydzień, udaje, że pracuje, po czym wychodzą z tego takie buble jak ustawa energetyczna z tym gigantycznym zamętem. Otóż jak prześledzi pani historię polskiego parlamentaryzmu, to w każdej mojej kadencji byłem razy czy dwa, w każdej kadencji, w tej dziesiątce najlepszych posłów. I nie byłem tylko wybierany, bo często chodziłem i kontaktowałem się z dziennikarzami, ale także byłem bardzo pracowitym legislatorem i bardzo bardzo merytorycznym posłem.

No to może przyszła kadencja jest kusząca dla pana?

Chciałaby pani siedzieć na komisji i dialogować z panią profesor Pawłowicz?

Ja się nie wybieram do polityki.

No widzi pani, a ja się zdystansowałem od polityki, chociaż ze smutkiem patrzę, bo można się bardzo mocno napracować, tak jak ja w relacjach z Irakiem...

A czym się pan teraz tak konkretnie zajmuje?

Teraz wprowadzam polskie firmy, a przede wszystkim polskie produkty na wiele rynków azjatyckich, bo głupotą byłoby stracić także osobiste kontakty, które wypracowałem w służbie publicznej, także kiedy byłem wicepremierem i ministrem gospodarki.

A Władysław Kosiniak-Kamysz to dobry następca pana zdaniem?

Bardzo ciekawy i rozwijający się polityk, wyrastał ponad przeciętność w przeszłości, mam to szczęście, że mogę z olbrzymią satysfakcją powiedzieć, że współuczestniczyłem w tworzeniu nowej generacji polityków takich jak Krzysztof Hetman...

Europoseł.

Tak. Właśnie Władek Kosiniak, Adam Jarubas, świetny człowiek, a i mniej ci znani, Jarek Rzepa,  to są naprawdę wspaniali ludzie i warto, żeby w polityce, w samorządzie, w służbie państwowej byli jak najdłużej.

A dostaną się do PE pana zdaniem? Bo na razie tworzenie list, koalicji po tej stronie wygląda kiepsko.

Nie tylko pani zadaje sobie to pytanie i mamy narastający chaos, a czas sobie tyka banalnie tik-tak, jak to było z pewnej piosenki, jak z dzieciństwa pamiętam.

Wybory coraz bliżej.

Wybory coraz bliżej, ale gdyby to tylko o to chodziło. Pytanie jest takie, czy my, nie tylko w płaszczyźnie politycznej, mamy swoją wizję Europy, która jest i która nadchodzi, i na którą Europę się godzimy.

PSL ma nową wizję?

Myślę, że tak. Myślę, że jak się spotyka człowiek nie tylko z Andrzejem Grzybem i rozmawia, albo z czołówką europejskich chadeków rozmawiamy, to mówimy tam jasnym i klarownym głosem pragmatyzmu i racjonalności.

Mało czasu zostało, żeby to pokazać potencjalnym wyborcom.

Pytanie jest też takie, czy ci potencjalni wyborcy chcą tym żyć, skoro dzisiaj najważniejsze jest to,  czy bokserka całowała pewnego ważnego polityka.

No ale pewnie trzeba będzie ten program w końcu przedstawić. A do maja mało czasu.

O tej bokserce pani mówi?

Nie, o programie przed wyborami.

Ja pokazuję po prostu szerzej, że ta Europa to nie jest tylko zadanie dla polityków, europosłów obecnej, kończącej się kadencji czy następnej. Ta Europa to jest wyzwanie przede wszystkim dla nas i dla naszych dzieci.

Janusz Piechociński, dziękuję bardzo.

Dziękuję bardzo.

Pozostajemy na RadioZET.pl.

RadioZET.pl/DG 

Oceń