Krzysztof Łapiński o działalności PFN: Ugryzę się w język

17.02.2018 08:00
xxx zet

– Mamy ambasady, Instytut Adama Mickiewicza, muzea, ale brakuje efektu synergii, żeby jedni wiedzieli, co robią drudzy, żeby było współdziałanie. Co do Polskiej Fundacji Narodowej, ugryzę się w język – powiedział Krzysztof Łapiński, rzecznik prezydenta. Pytany przez Joannę Komolkę o sposoby skutecznej promocji Polski na świecie podkreślił, że to przede wszystkim rola rządu i instytucji, które już istnieją. – Musimy, jako państwo, pomyśleć, jak stworzyć systemowo mechanizm, żeby naszą narrację historyczną przedstawiać w sposób kompetentny, a jednocześnie atrakcyjny – przyznał Łapiński. Jeśli chodzi o działalność Polskiej Fundacji Narodowej po dłuższym wahaniu stwierdził, że w tym przypadku woli ugryźć się w język. Na pytanie, czy należałoby zmienić skład zarządu tej fundacji odpowiedział, że to decyzja fundatorów. – Prezydent nie wypowiada się, czy jest zadowolony w sprawie tej czy innej fundacji, bo gra idzie o większą stawkę. Teraz jest czas, żeby stworzyć mechanizmy współpracy między tymi organizacjami, żeby promocja Polska odbywała się w sposób fachowy, kompetentny i całościowy – stwierdził Krzysztof Łapiński.

Joanna Komolka: Gościem Radia ZET jest dziś Krzysztof Łapiński, rzecznik prezydenta. Prezydent na Litwie, ale rozumiem, że o 13.30 gdzieś tam zerknie na skoki naszych skoczków na igrzyskach?

Krzysztof Łapiński: Dokładnie na Litwie, myślę, że duchem będzie kibicował naszym skoczkom. Jak patrzyłem na program tej dzisiejszej wizyty, no to wtedy akurat będą spotkania z panią prezydent Litwy, więc pewnie będzie tylko duchem, ale będzie liczył, że jak coś się będzie działo ważnego, współpracownicy dadzą jakiś sygnał.

Rozumiem, że SMS-a pan wyśle do prezydenta?

Będziemy śledzić, kibicować. Pan prezydent na pewno będzie kibicował. A że tak się ułożyły obowiązki, że dziś są spotkania oficjalne, wizyta na Litwie, to niestety troszeczkę uniemożliwi takie bezpośrednie kibicowanie, ale pośrednio na pewno będzie kibicował.

Pan prezydent sam lubi jeździć na nartach. Ile razy był w tym sezonie już?

W tym sezonie to nie wiem, czy na jakimś wyjeździe był, bo nawet jak był ostatnio w Rabce na Memoriale im. Marii Kaczyńskiej, to sam nie jeździł, bo wrócił ledwo co z wizyty w Korei, więc po kilkunastogodzinnym locie to nie był najlepszy pomysł. W tym roku nie wiem, czy była okazja.

A czy to jest jakaś tajna informacja? Pytam, bo nasz dziennikarz zwrócił się do Kancelarii Prezydenta z pytaniem konkretnym: "Ile razy prezydent był na nartach?" i dostał odpowiedź, że to nie jest informacja publiczna. Chyba jest informacją publiczną, kiedy prezydent jako głowa państwa jeździ na nartach?

Prawnicy dobrze wiedzą, jak wygląda ustawa i jakie pytania podpadają pod informacje publiczne, a jakie nie. To nie jest tajemnicą, że prezydent lubi jeździć na nartach. Natomiast w tym roku jeszcze za bardzo okazji nie było. Zresztą takich wyjazdów, że prezydent wyjechał specjalnie na narty, jest mało. Jeśli prezydent jest na południu Polski czy w Wiśle, czy w Zakopanem...

To nie bierze urlopu?

Jeśli są jakieś uroczystości, w których uczestniczy, spotkania czy inne, a zdarzy się, że potem jest kilka godzin, żeby pojechać na stok i kilka razy zjechać - pytanie, jak to wtedy liczyć.

Ale rozumiem, że na urlopie wtedy nie jest?

Nie jest.

Jest interpelacja posła Bartosza Arłukowicza z PO, który chce wiedzieć, ilu oficerów ochraniających prezydenta podczas tych wyjazdów było z tego powodu kontuzjowanych, bo podobno kilka kontuzji było. Mówię o oficerach Służby Ochrony Państwa.

Nie mam na ten temat żadnej wiedzy. Nie słyszałem, żeby się zdarzały jakieś kontuzje.

Czyli dobrze jeżdżą na nartach, tak jak prezydent?

Podejrzewam, że funkcjonariusze BOR, a dziś Służby Ochrony Państwa są profesjonalistami w każdym calu i mają wszelakie umiejętności, strzeleckie, pływania, jazdy na nartach i inne. Natomiast nie mam żadnej wiedzy, żeby cokolwiek tutaj się złego działo z funkcjonariuszami w związku z ich działalnością ochronną prezydenta szeroko rozumianą.

Pytanie od słuchacza: dlaczego skoro PiS podczas kampanii wyborczej obiecywało, że nie będzie nagród dla ministrów, a tu są nagrody od premier Beaty Szydło i u państwa - prezydent Andrzej Duda przeznaczył 1,5 mln zł na nagrody, w tym 270 tys. na ministrów. Pan również jest beneficjentem tychże nagród. Co z tymi obietnicami?

Zgadza się, były nagrody w Kancelarii Prezydenta. Były także dla pracowników szeregowych, w żaden sposób nie ministrów, nie sekretarzy czy podsekretarzy stanu.

Ale nagrody za co?

Każdy pracownik czasem dostaje nagrodę za dobrą, ciężką pracę. Ja sam jeśli jestem szefem biura prasowego, dostaję pulę na nagrody dla moich pracowników i je rozdzielam.  Jeśli ja w swoim biurze mam osoby, które ciężko pracują, które np. dziś obsługują wizytę prezydenta na Litwie, a więc pracują też w wymiarze weekendowym, jeśli często wyjeżdżają, obsługują wizyty krajowe prezydenta czy pracują w zakresie większym, niż to by wynikało z ich obowiązków, bo więcej się poświęcają, no to potem tych ludzi też trzeba w jakiś sposób nagrodzić, jak w każdej firmie.

Pan też zasłużył na nagrodę?

To była decyzja prezydenta, ja sobie sam nagrody nie przyznaję. Pewne regulacje dotyczą tak jak w innych zakładach pracy...

Tylko państwo też głośno krytykowali przez te 8 lat wcześniej, kiedy Bronisław Komorowski, Donald Tusk przyznawali nagrody, państwo głośno mówili: to był skandal. Słuchacze pytają: wtedy to był skandal, a teraz nie?

Myślę, że wtedy krytykowaliśmy rząd za więcej rzeczy, za większe rzeczy: za słabą ściągalność podatku VAT i te mafie VAT-owskie wyciągają...

Ale za nagrody również. Czyli pan uważa, że te nagrody, które zostały przyznane w Kancelarii Prezydenta, one się po prostu pracownikom należały?

Ja nie chcę mówić o osobie, mogę mówić o tych pracownikach, którym ja jako zwierzchnik przyznawałem nagrody. Jeśli pracownicy, ludzie, którzy zostali zatrudnieni i za prezydenta Andrzeja Dudy, i za prezydenta Bronisława Komorowskiego, i za prezydenta Kaczyńskiego, bo u mnie w biurze pracują ludzie, którzy pracują 2 lata, 5, 10 czy nawet 15, zmienia się prezydent, a oni zostają, bo są urzędnikami, to nie widzę przeszkód, by ich nie nagrodzić za ich pracę. Tak jest w wielu firmach. Staram się, jeśli ja przyznaję nagrody, żeby pracownicy zostali docenieni za ciężką pracę. W biurze mam ludzi, którzy pracują 10, 15 lat.

I też dostali nagrody?

Też. I to jest właśnie ta suma, o której pani mówiła.

Dlaczego prezydent nie zawetował ustawy o IPN-ie, skoro w uzasadnieniu wniosku do TK, do którego ta ustawa trafiła, pisze, że może zagrażać wolności wypowiedzi, że mogą być kłopoty ze stosowaniem tego prawa za granicą, że może wpływać na swobodę wyrażania poglądów, że pojawiają niedookreślone pojęcia jak np. "ukraińscy nacjonaliści". Cały szereg wątpliwości, a prezydent mimo to podpisuje ustawę.

Prezydent jasno wyjaśniał, dlaczego tę ustawę podpisuje - bo uważa, że trzeba walczyć z takimi kłamliwymi sformułowaniami, które przypisują Polsce czy państwu polskiemu współodpowiedzialność za Holokaust, takimi jak "polskie obozy śmierci" czy "polskie obozy zagłady".

Pytanie, czy trzeba walczyć za pomocą Kodeksu karnego.

Od razu prezydent powiedział, że skieruje ustawę do TK, bo ma wątpliwości w kilku aspektach. Prezydent jasno na konferencji wskazywał, że ustawa budzi pewne wątpliwości w zakresie, czy nie zagraża wolności słowa i czy jest na tyle precyzyjna, że obywatel czytający tę ustawę wie, za co dokładnie ma być karany.

To może należało ją zwrócić Sejmowi po to, żeby ją poprawił?

Nie, już na tym etapie prezydent mógł zawetować, ale Sejm już by jej nie mógł poprawić, mógłby tylko weto odrzucić albo przyjąć.

Ale mógłby napisać swoją, tak jak w przypadku ustawy o KRS i SN.

Prezydent wywiązał się ze swojej obietnicy. Powiedział wprost publicznie, dlaczego ustawę podpisuje i powiedział też, dlaczego skieruje ją do TK, i bardzo szybko z tej obietnicy się wywiązał.

A rozmawiał z Zofią Romaszewską na ten temat? Pani Zofia Romaszewska mówi, że ta ustawa jest - cytuję - idiotyczna i powinna zostać zmieniona.

Także po prawej stronie sceny politycznej były różne głosy w dyskusji, także krytyczne, bo i pani Zofia Romaszewska, i pan mecenas Olszewski, były premier, o tym mówił, choć on wskazywał akurat, że najlepszym rozwiązaniem jest podpisanie tej ustawy i wysłanie jej do TK, ale także historycy jak prof. Cenckiewicz wskazywali na mankamenty i słabości tej ustawy. Była po prawej stronie sceny politycznej dyskusja, jedni ją popierali, drudzy nie. Rozwiązanie, które zaproponował, moim zdaniem jest rozwiązaniem optymalnym.

Czyli takim pośrodku?

Teraz jest tak, że słychać różne głosy, ze strony premiera Morawieckiego, że jest możliwość dyskusji nad tym, jak pewne przepisy zmiękczyć czy doprecyzować.

Ale ustawa wchodzi w życie 1 marca.

Wchodzi już za kilkanaście dni, ale zawsze można ustawę znowelizować, jeśli taka będzie wola Parlamentu.

To po co było ją uchwalać?

Prezydent uważa, że pewne rzeczy, które są w niej zawarte, czyli walka z kłamstwami, walka z takimi kłamliwymi sformułowaniami jak "polskie obozy śmierci" jest rzeczą ważną.

Ale pytanie, czy do tej pory to się nie działo. Czy pan prezydent jest zadowolony z tej ofensywy, którą przyjął rząd premiera Mateusza Morawieckiego? Mówię o tej ofensywie i dyplomatycznej, i spotkania z dziennikarzami, tłumaczenie, o co chodzi w tej ustawie. Dobrze to rząd wykonuje?

Na pewno dobrze się stało, że rząd, szczególnie pan premier jest aktywny. Pan prezydent też swoją pracę wykonuje.

Spotyka się z kimś, rozmawia na ten temat?

Jeśli jest o to pytany, się spotyka, to to tłumaczy.

Z kim się spotyka? Są zaplanowane rozmowy w tym temacie?

W tym temacie to niekoniecznie, ale wczoraj np. - nie wiem, czy ten temat był w tej rozmowie poruszany - była rozmowa na Litwie z prezydentem Niemiec. Należy tę ustawę traktować jako jeden z elementów walki o prawdę, może nawet nie najważniejszy, bo ważniejsze jest to, co powinniśmy robić jako państwo w przestrzeni publicznej, medialnej, szczególnie na świecie. Nawet nie w Polsce. Wczoraj czytałem bardzo dobry wywiad w PAP z profesorem Cenckiewiczem i on faktycznie zwracał na wiele aspektów uwagę, że Polska nie ma dzisiaj...

Że niekoniecznie powinna walczyć Kodeksem karnym.

Tak, dokładnie, ale też zwracał uwagę na wiele ciekawych aspektów tego, że w Polsce wiele instytucji, muzeów, instytutów zajmuje się oddzielnie promocją Polski i brakuje efektu synergii. Tutaj trzeba przyjąć krytykę czy propozycje...

To jaka będzie rola prezydenta w tej walce o dobre imię Polski?

Tutaj przede wszystkim jest rola rządu i instytucji, które są.

Ale rozumiem, że będzie wsparcie ze strony prezydenta?

Oczywiście, zawsze jest wsparcie, tylko teraz my musimy jako państwo polskie pomyśleć, jak stworzyć systemowo mechanizm tego, żeby naszą narrację historyczną przedstawiać w sposób kompetentny, a zarazem atrakcyjny na świecie.

Ale jak to zrobić? Mamy Polską Fundację Narodową, która chyba pana zdaniem się nie spisuje za bardzo?

Ale mamy też ambasady, instytuty, Polski Instytut Adama Mickiewicza, muzea, mamy PFN.

Ale zdaje egzamin Polska Fundacja Narodowa pana zdaniem?

Mnie tam brakuje efektu synergii - żeby jedni wiedzieli, co robią drudzy, żeby tutaj było współdziałanie. Co do PFN-u... Tutaj ugryzę się w język, dyplomatycznie.

To może trzeba wymienić zarząd.

To już jest decyzja fundatorów Fundacji.

Pan by to zrobił?

Ja mam o tyle łatwiej, że nie należę do decydentów, którzy mają wpływ na obsadę zarządu czy rady nadzorczej tej fundacji.

Rozumiem, że prezydent nie bardzo jest zadowolony z tego, w jaki sposób PFN działa?

Prezydent nie wypowiada się w sprawie tej czy innej fundacji, bo gra idzie o większą stawkę. Nie chodzi o to, czy jedna fundacja działa, czy nie, tylko czy Polska ma dobre mechanizmy, dobre instytucje i potrafi wykorzystać te środki, które ma, na promocję swojej historii czy państwa na świecie, czy nie. Mam wrażenie, że teraz jest czas na to, żeby to przemyśleć i stworzyć takie mechanizmy współpracy między tymi wieloma organizacjami, żeby promocja Polski odbywała się w sposób fachowy, kompetentny, całościowy i przemyślany nawet na wiele lat naprzód. Bo takie kampanie trzeba planować nie na trzy miesiące naprzód, tylko często ten horyzont czasowy musi być kilkuletni.

Bo na razie nie jest najlepiej.

Zawsze może być lepiej.

RadioZET.pl/DG 

Oceń