Wojciech Wilk: po nalotach na Syrię wszyscy odetchnęli z ulgą, ale wojna będzie trwała długie lata

14.04.2018 21:44

– Wszyscy odetchnęli z ulgą, że sobotnie naloty na Syrię nie rozwinęły się w duży konflikt zbrojny – mówi w Radiu ZET Wojciech Wilk z Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej. Dodaje, że istniało niebezpieczeństwo wojny pomiędzy Izraelem i USA z jednej strony, a Iranem, Syrią z udziałem rosyjskim z drugiej strony.

Łukasz Konarski: Wojciech Wilk, prezes Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej. Po ataku chemicznym w Dumie 105 pocisków spadło na trzy cele w Damaszku i Hims. Donald Trump pisze: "Misja wykonana". A mieszkańcy Syrii również odetchnęli z ulgą?

Wojciech Wilk: Wydaje mi się, że wszyscy odetchnęli z ulgą, także nasi pracownicy, którzy pracują na granicy syryjskiej w Libanie, dlatego że ten atak amerykański niósł ze sobą niebezpieczeństwo, że to się rozwinie w dość duży konflikt zbrojny. Konflikt zbrojny, który potencjalnie mógł się przerodzić między Izraelem i Ameryką z jednej strony a Iranem, Syrią, potencjalnie nawet z udziałem rosyjskim z drugiej strony. Tu najbardziej niebezpiecznym ogniwem jest konflikt między Izraelem i Iranem, który coraz już bardziej dziś zaczyna się pojawiać na terytorium Syrii. Dzisiaj w nocy została zbombardowana baza irańska w okolicach Aleppo, gdzie zginęło przynajmniej 20 irańskich żołnierzy. Dzisiaj nie wiadomo, kto stoi za tym zamachem i za tym atakiem. Cały czas mówimy o sytuacji w Syrii, gdzie te bombardowania, które kiedyś zdarzały się raz na kilka miesięcy, teraz stają się rzeczą dość codzienną, powszechną. I to jest bardzo niebezpieczne. Ale z drugiej strony  ten duży amerykański atak nie spowodował przejścia od tego ograniczonego konfliktu do pełnego konfliktu, więc na chwilę obecną na Bliskim Wschodzie odetchnęliśmy z ulgą.

"Atak Zachodu na cele w Syrii tylko bardziej zdeterminuje Syryjczyków do dalszej walki i zmiażdżenia terroryzmu na każdym centymetrze ziemi" - to już Baszszar al-Asad.

Tak się domyślam po tym cytacie. Prezydent Syrii cały czas deklaruje, że chce odzyskać każdą piędź ziemi w Syrii, co oznaczałoby nie tylko rozprawienie się z islamską opozycją, ale także z Kurdami, a Kurdów wspierają Amerykanie i kontrolują oni dobrą 1/4 kraju na północnym wschodzie Syrii, więc ta wojna jeszcze będzie trwała długie lata. A niestety to oznacza, że cierpienie ludności cywilnej w Syrii będzie się przedłużać, a także się będzie przedłużać poniewierka uchodźców, którzy są poza Syrią, a  jest to ponad pięć milionów ludzi. W samym Libanie, gdzie nasza fundacja pracuje, jest to ponad milion osób.

To może żeby szybko opisać, co tam się dzieje, kto tam z kim walczy. Bo to skomplikowana sytuacja.

Sytuacja jest bardzo skomplikowana, ale powoli się klaruje w takie trzy obozy. Z jednej strony mamy obóz rządowy rządu w Damaszku, który jest wspierany przez Rosję, przez Iran, przez różnego rodzaju bojówki szyickie z innych krajów Bliskiego Wschodu oraz libański Hezbollah, który jest bardzo potężna organizacją militarną. Z drugiej strony mamy islamistów, którzy kontrolują obecnie już coraz mniejsze obszary Syrii. Obecnie ich kontrola jest skupiona tylko w północno-zachodnim narożniku Syrii oraz na niewielkich obszarach na granicy z Jordanią oraz inny odłam islamistów, czyli Państwo Islamskie kontroluje pustynię bez jakichkolwiek miast na wschodzie kraju. Trzecią częścią tej rozgrywki są siły kurdyjskie, które kontrolują północno-wschodnią część Syrii i którą wspierają właśnie Amerykanie, Francuzi, Brytyjczycy, ze względu na to, że Kurdowie byli główną siłą zbrojną walczącą z Państwem Islamskim. To, co było bardzo ciekawe i niepokojące w przypadku konfliktu w Syrii, to było to, że rząd syryjski niewiele walczył z Państwem Islamskim. On sie skupiał na walce z innymi grupami rebelianckimi czy islamistycznymi, ale konfliktu zbrojnego pomiędzy Państwem Islamskim a rządem syryjskim tak dużo nie było. Właśnie ta główna walka z Państwem Islamskim szła ze strony Kurdów wspieranych przez Zachód.

Rozumiem, że linie frontu cały czas się przesuwają i każdy walczy z każdym.

Każdy walczy z każdym i jest to typowa wojna domowa, w której ofiarami przede wszystkim są cywile. Mówi się obecnie o pół miliona zabitych w Syrii. Najbardziej strasznymi statystykami jest to, że ponad 1/3 domów została całkowicie zniszczona. Już nie mówimy tutaj o skutkach gospodarczych, ale poziom zniszczeń w Syrii jest większy niż w Polsce podczas II wojny światowej. Niektóre oceny mówią, że Syria będzie potrzebowała 70 lat, żeby powrócić o tego poziomu rozwoju, który miała w roku 2011. Więc ten kraj stoi de facto przed straconymi dekadami, zanim będzie mógł wrócić na ten poziom rozwoju, który będzie miał siedem lat temu, a w tym czasie świat będzie szedł do przodu.

Czy takimi atakami jak ten z piątku na sobotę da się powstrzymać trwającą tam rzeź mieszkańców?

Każda wojna domowa, która trwa tak długo jak wojna w Syrii, a to jest siedem lat, ona sie degeneruje do konfliktu, który nie jest konfliktem rozwiniętych, nowoczesnych armii, lecz grup zbrojnych, bojówek, grup uzbrojonych żołnierzy, którzy naprawdę dysponują kilkoma karabinami, samochodami i mało wyrafinowaną bronią. Więc to nie są cele, które da się zwalczyć z powietrza, rakietami. Aby zaprowadzić pokój, jeżeli dochodziłoby do takiego ruchu, najlepszym ruchem byłoby wysłanie do Syrii wojsk pokojowych ONZ, które by rozdzieliły strony walczące. Natomiast aby błękitne hełmy mogły do Syrii przyjechać, musi być nie tylko zgoda wszystkich członków Rady Bezpieczeństwa, czyli też i Rosji, ale z drugiej strony rząd syryjski musi wyrazić zgodę na przyjazd takich wojsk, a nigdy to nie zostało nawet poważnie dyskutowane, gdyż ten brak zgody na zaprowadzenie stałego rozejmu i zawieszenia broni ze strony rządu jest dość oczywisty.

Czyli krótko mówiąc, na coś takiego na razie nie ma żadnej opcji?

Nie ma opcji, Francja wspominała o konieczności odnowienia procesu pokojowego przez dyplomację w Genewie, ale ten proces jest martwy od kilku lat, więc rzeczywiście rząd syryjski dąży do całkowitego zwycięstwa, którego jest dużo bliższy niż kilka lat temu. Opozycja została militarnie pokonana, ale niestety smutnym faktem jest to, że Syria jest w totalnej ruinie i nie tylko to będzie kraj zrujnowany, ale będzie potencjalnie takim zarzewiem niestabilności, gdyż Syryjczycy stracili wszystko, nie tylko swoje domy, ale swoje jakiekolwiek możliwości utrzymania się przy życiu dzięki działalności gospodarczej.

USA, Wlk. Brytania i Francja złożyły projekt rezolucji potępiającej użycie broni chemicznej w Syrii. No i co to da?

Niestety skuteczność ONZ w ciągu ostatnich lat w przypadku kryzysu syryjskiego jest bliska zeru. ONZ nie jest w stanie wymusić na władzach syryjskich, żeby dopuszczały regularnie konwoje humanitarne do oblężonych, zamkniętych miast. Pomoc humanitarna wewnątrz Syrii jest w ogromnym stopniu kontrolowana przez władze państwowe w ten sposób, że władze państwowe nakazują ONZ rozdawać ją poszczególnym osobom czy poszczególnym miastom, co jest całkowicie sprzeczne z zasadami niesienia pomocy humanitarnej, która powinna być odpowiedzią na potrzeby, powinna być niesiona niezależnie, w sposób całkowicie neutralny. Tu mówimy sytuacji, gdzie ONZ i pod kątem militarnym, czyli błękitnych hełmów, wojsk pokojowych, i pod kątem politycznym, czyli jakichś negocjacji pokojowych, i nawet pod kątem pomocy humanitarnej w Syrii całkowicie oblał egzamin. I wydaje mi się, że jak będziemy patrzeć na historię stosunków międzynarodowych za 50 lat, niestety Syria może być taką cezurą, że ten system ładu międzynarodowego, który został zbudowany po II wojnie światowej, nie wiem, czy już będzie adekwatny do tych wyzwań i problemów, z którymi obecnie mamy do czynienia.

Każde państwo odtrąbiło sukces swój. Amerykanie twierdzą, że nalot się udał. Reżim w Damaszku nie został realnie osłabiony, a Rosja twierdzi, że ich systemy przeciwrakietowe przechwyciły większość pocisków. Chyba tu każdy zapomniał o tych Syryjczykach, których już prawie pół miliona zginęło. 

Każdy zapomina o tym, że w Syrii w ciągu ostatnich pięciu lat dokonano dziesiątek ataków przy użyciu broni chemicznej. Ten w Dumie, którzy spowodował ostrzał ze strony wojsk amerykańskich, był jednym z wielu ataków, które skutkowały w dziesiątkach ofiar śmiertelnych. Tutaj broń chemiczna jest stosowana z przez obydwie strony najprawdopodobniej, ale ze strony rządu cel wykorzystywania broni chemicznej jest po prostu sterroryzowanie tych miast, które jeszcze popierają opozycję i zmuszenie tych osób albo do ucieczki, albo do podania się, czyli kapitulacji przed siłami rządowymi.

Syria to jest 21 mln mieszkańców, w tym 11 mln ludzi, którzy musieli uchodzić z domów i znajdują się albo w granicach Syrii, albo poza granicami. Jak wygląda codzienność tych ludzi?

Syria jest połączona z wojną w Iraku. Te dwa kraje poprzez podobne problemy oraz działalność państwa islamskiego zlały się w jeden konflikt. Na obszarze Syrii i Iraku jest nie 11, ale ponad 15 mln uchodźców. Jest to największy kryzys uchodźców od czasów II wojny światowej. Więc mówimy tutaj o sytuacji, gdzie - szczególnie w Syrii - nie ma nadziej na pokój, nie ma nadziei, że szybka odbudowa życia i gospodarki tych osób, tego kraju nastąpi. Natomiast co jest najgorsze to jest to, że uchodźcy, którzy są poza granicami, którzy uciekli w obawie przed rządem, przed przymusowym wcieleniem do sił zbrojnych, całkowicie stracili nadzieję na powrót, stracili nadzieję na to, że w ciągu najbliższej przewidywanej przyszłości będą mogli wrócić do swoich domów i odbudować swoje życie. Np. wśród uchodźców syryjskich w Libanie liczba samobójstw jest 28 wyższa niż w Polsce w przeliczeniu na mieszkańca. Ludzie nie mają nadziei, ludzie odbierają sobie życie, gdyż wiedzą, że tak długo jak trwa wojna, jak obecny rząd nie daje im to po prostu będą żyć z dnia na dzień, egzystować na uchodźstwie, a jest to los straszny.

Ambasador USA Nikki Hailey powiedziała, że bombardowania celów w Syrii są częścią nowej polityki mającej odstraszyć od używania broni chemicznej. To odstraszy?

Do tej pory nie odstraszały te bombardowania. Nasza fundacja pracuje na granicy syryjskiej od 2012 r. i są to już trzecie bombardowania, z którymi mieliśmy do czynienia, a ta broń chemiczna jest cały czas używana, więc czy te konkretne bombardowania odstraszą od używania po raz kolejny broni chemicznej? Nie wiadomo. Poza tym pamiętajmy, że Syria jest tak skomplikowanym konfliktem że ciężko tutaj mówić o odpowiedzialności tylko jednej strony. Np. atak chemiczny w Dumie, czyli dzielnicy pod Damaszkiem, która się nazywa Duma, jest atakiem, na którym ciąży cały czas wiele znaków zapytania. Oczywiście państwa oskarżają rząd syryjski o odpowiedzialność, ale nie jest wykluczone, że to było w jakiś sposób ukartowane. Więc tak długo, jak nie będzie możliwości wysłania niezależnych obserwatorów na miejsce takich ataków chemicznych i naprawdę zbadanie tego z dokładnością normalnego procesu śledczego, ciężko będzie mówić o odpowiedzialności jednej ze stron. A chciałbym zauważyć, że atak amerykański juz się odbył, a inspektorzy organizacji ds. zwalczania broni chemicznej dopiero co zaczynają swoją misję w Syrii.

Projekt rezolucji ONZ zakłada to, że dojdzie do rozejmu, że stworzone będą warunki dla nieskrępowanej pomocy humanitarnej i ewakuacji chorych i rannych cywilów. Szanse na to jakie są?

Bliskie zeru, dlatego że już dwa miesiące temu była uchwalona podobna rezolucja ONZ i ona praktycznie do niczego nie doprowadziła. Mamy tutaj do czynienia z erozją władzy czy pewnego poważania dla Rady Bezpieczeństwa ONZ, szczególnie w przypadku Syrii. Ta instytucja jest wobec Syrii całkowicie bezsilna, więc naprawdę nie zdziwiłbym się, gdyby kolejne rezolucje Rady Bezpieczeństwa zostały w Damaszku czy w Moskwie zostały powitane skinięciem ramionami i stwierdzeniem: "No, to niech sobie uchwalają rezolucje, one i tak nie mają żadnego wpływu na sytuację na miejscu". Niestety.

A czy korytarze humanitarne są w stanie realnie pomóc czy to w ogóle nie ma sensu?

Korytarze humanitarne, mówimy tutaj o takim stwierdzeniu typowo humanitarnym, czyli bezpieczny przejazd przez linię frontu, gdzie w tym miejscu jest zawieszenie broni na pewien czas, one są koniecznością, dlatego że w Syrii cały czas mamy do czynienia z kilkunastoma miastami, które są oblężone, otoczone, do których dostawy żywności i wody są odcięte. Mówimy o takim średniowiecznym oblężeniu, które trwa czasami trzy lub cztery lata. I do tych miast konieczne jest dostarczenie pomocy humanitarnej. Jednakże tutaj mamy do czynienia z dwoma problemami. Z jednej strony aby taki konwój mógł bezpiecznie wjechać, to muszą na ten wjazd wydać zgodę z jednej strony władze syryjskie i armia syryjska, z drugiej strony różne grupy zbrojne, głównie islamistyczne, które takie miasteczka kontrolują. Z drugiej strony, z czym mieliśmy do czynienia przy konwojach do tego samego miasta Duma przed kilkoma tygodniami, często władze syryjskie arbitralnie zabierają rzeczy z tych ciężarówek tuż przed ich wjazdem. I np. ostatni konwój, który wjeżdżał do dumy, przed kapitulacją tej enklawy, z tego konwoju zostało zabrane całe wyposażenie medyczne w tym leki i środki opatrunkowe dla umierających osób. Więc tutaj cały czas w Syrii pomoc humanitarna jest to najcięższa operacja tego typu na świecie. I na niej naprawdę ONZ nie jest w stanie dużo zdziałać, gdyż jest skrępowany zasadami suwerenności państwowej, której Syria i kraje wspierające Syrię bardzo ściśle przestrzegają.

Jeszcze jedno pytanie. Te korytarze humanitarne w szerszym znaczeniu, czyli transport najbardziej potrzebujących do Europy, np. na leczenie?

Jest to o tyle trudne, że jeśli te osoby przyjechały do Europy, to już z tej Europy nie wyjadą. Od razu złożą wniosek uchodźczy, nie będziemy mogli ich w żaden sposób przymusić do wyjazdu. To jest bilet w jedną stronę. Z drugiej strony korytarze humanitarne są potrzebne, ale powiedziałbym, że spokojnie dziewięćdziesiąt dziewięć, dziewięćdziesiąt osiem procent różnego rodzaju ran da się wyleczyć na Bliskim Wschodzie. W Libanie jest kilka bardzo dobrych szpitali, w Turcji są bardzo dobre szpitale. Jordania w dużym stopniu żyje z turystyki medycznej, więc to nie jest tak, że na Bliskim Wschodzie nie ma szpitali, nie ma specjalistów. Tutaj chodzi z europejskiej strony o konieczność pokazania solidarności z ludźmi z Syrii. My się w jakiś sposób czujemy odpowiedzialni za to, co się dzieje.

Szukamy jakieś formy pomocy.

Szukamy jakiejś formy współpracy i solidarności. Ale pamiętajmy, że to nie jest wojna, którą Europa zaczęła, to nie jest wojna, do której rozwoju Europa się przyczyniła, a Europa jest największym dostawcą pomocy humanitarnej, jest grupą państw, w tym i Polska, którą na pomoc humanitarną dla Syrii wyłożyła najwięcej pieniędzy spośród wszystkich państw świata.

Wojciech Wilk, dziękuję bardzo.

Część internetowa:

Utworzenie takiego korytarza to jest skomplikowana sprawa?

Mówimy o takim korytarzu przez linię frontu?

Tak.

Jest to bardzo skomplikowane, dlatego że mówimy tu o konieczności negocjacji z grupami zbrojnymi, które są po drugiej stronie linii frontu, do których bardzo często nie ma dostępu. Takie korytarze humanitarne negocjuje ONZ. Więc o ile ONZ ma otwarte kontakty i jest oficjalnie akredytowane przy rządzie, to nie jest oficjalnie akredytowane przy islamskich siłach zbrojnych czy islamistycznych siłach zbrojnych i w tym momencie konieczność wyrobienia sobie kontaktów wśród takich różnych grup zbrojnych, a w Syrii są to setki grup zbrojnych, mówimy o sytuacji, gdzie takie kontakty są realizowane nie do końca oficjalnie, rząd do tego nie dopuszcza, utrudnia te kontakty. W tym momencie jeżeli trzeba negocjować otwarcie korytarza humanitarnego, bardzo często nie ma z kim rozmawiać po drugiej stronie linii frontu. I to jest ogromny problem. Pamiętajmy o tym, że w Syrii nie działały, nie ma praktycznie organizacji pozarządowych. Znaczy w 2011 r. ten kraj cały czas był na tyle autorytarny, że w tym kraju praktycznie nie było NGO. Nie ma dobrych organizacji czy kontaktów w tych oblężonych miastach, które mogłyby zapewnić ONZ czy organizacje humanitarne, że mają zabezpieczone bezpieczeństwo, że nie będzie ostrzałów czy ataków snajperów podczas wjazdu konwoju humanitarnego. Jednakże także pamiętajmy o tym, że największym zagrożeniem dla tego typu konwojów są działania rządu, które przede wszystkim nie dopuszczają tych konwojów. Ponoć ponad 90% konwojów nie otrzymało zgody na wjazd do tego typu enklaw i nawet jeżeli otrzymywały, to bardzo często były z nich zabierane różnego rodzaju sprzęty czy wyposażenie humanitarne.

Pan mówi, że ci ludzie, którzy są w Libanie czy w tych państwach, które są dookoła Syrii, nie mają praktycznie już szans na to, żeby wrócić tam i normalnie wieść swoje życie. Zatem czy przyjmować ich w Europie?

Na pewno jest konieczność, aby niewielkiej części uchodźców syryjskich dać szansę na rozpoczęcie nowego życia. Nigdy nie jest to 100% uchodźców, ale w przypadku innego rodzaju kryzysów humanitarnych, znaczy kryzysów uchodźczych od 5-10% uchodźców otrzymywało szanse rozpoczęcia nowego życia w innym kraju dzięki procedurze przesiedlenia. To jest procedura, która jest składową częścią konwencji ONZ-owskiej o statusie uchodźców. Jest to konwencja ONZ-owska, którą Polska podpisała w 1951 r. Mówimy tutaj o rozwiązaniu, które jest zagwarantowane w ramach prawa międzynarodowego. Ta konwencja jest częścią prawa polskiego i w bodajże 2014 r. Polska zobowiązała się do przyjęcia 100 uchodźców syryjskich z Libanu, właśnie po to, żeby tym 100 Syryjczykom dać możliwość rozpoczęcia nowego życia. W kraju, który jest dla nich bezpieczny, w kraju, gdzie nie toczy się wojna, w kraju, gdzie będą mogli zostawić za sobą ten ciężar i bagaż pobytu w strefie wojennej w Syrii czy życie na uchodźstwie w Libanie i rozpocząć po prostu nowy etap życia. Z punktu widzenia czysto ludzkiego i humanitarnego, taka pomoc jest potrzebna, ale znowu, to nie jest rozwiązanie kryzysu uchodźców. Rozwiązaniem kryzysu uchodźców jest powrót tych ludzi do domu. Więc o ile przyjęcie określonego, dość niewielkiego procenta uchodźców na pewno byłoby wspaniałą pomocą humanitarną i takim odruchem serca, to nie jest to rozwiązanie możliwe dla wszystkich i jedynym rozwiązaniem, które by zakończyło kryzys uchodźców na Bliskim Wschodzie, jest ich, po pierwsze, dobrowolny, a po drugie bezpieczny powrót uchodźców do kraju, a żaden z tych dwóch czynników na chwilę obecną nie jest spełniony.

Rozumiem, że patrząc na ten kryzys, na wojnę w Syrii, jest tak, że albo zwycięży rząd, czyli Asad, który używa najgorszych środków wobec ludności, która się z nim nie zgadza. Albo zwyciężą islamiści, więc ciężko powiedzieć, że ktoś by tam chciał wracać po prostu.

Po pierwsze nie ma tam bezpieczeństwa i osoba, która wracałaby do Syrii, z jednej strony jest cały czas narażona na różnego rodzaju groźby aresztowania czy zabójstwa czy prześladowania albo ze strony rządu, albo ze strony różnych grup islamistycznych. Z drugiej strony ciąży nad nimi ryzyko przymusowego wcielenia albo do wojska, albo do jakichś grup zbrojnych, więc te osoby mają pełne prawo obawiać się, że powrót do Syrii oznacza albo śmierć, albo po prostu narażenie ich na ogromne niebezpieczeństwo. I z tego powodu nie ma masowego powrotu uchodźców do Syrii i zapewne jeszcze wiele lat nie będzie. Natomiast musimy tutaj pamiętać, że Syria jest konfliktem, jest wojną domową, której nikt zewnętrznie nie wywołał. Jest to wojna, która powstała z ogromnej frustracji społecznej, która trwa ponad 50 lat, gdzie rząd syryjski nie zmieniał się praktycznie od 50 lat i w końcu te trzymane pod taką pokrywką dość opresyjnej władzy społeczne nastroje eksplodowały w 2011 r. Więc jest to konflikt, który narodził się w Syrii ze względu na wieloletnie konsekwencje polityki rządu syryjskiego. Stroną tego konfliktu jest rząd syryjski, więc sami Syryjczycy muszą go rozwiązać. I im mniej będzie na nich narzucony jakiś zewnętrzny sposób rozwiązania tego konfliktu, tym rozwiązanie tego konfliktu będzie bardziej trwałe, gdyż na Bliskim Wschodzie cały czas pokutuje takie rozwiązanie, że do jednego z tych krajów Bliskiego Wschodu wejdą siły zachodnie, załagodzą sytuacje, wprowadzą pokój, ale nie rozwiążą właśnie tych nierówności, tych sprzeczności, które są podstawą tych konfliktów. Więc ja osobiście uważam, że tego typy konflikty jak ten w Syrii powinny być rozwiązane przez samych Syryjczyków. Oczywiście na drodze pokojowej, a nie wojskowej.

A jak wygląda sytuacja w Libanie?

Liban jest to kraj, który jest bardzo mały. Jest to kraj wielkości województwa świętokrzyskiego i tam na 5 mln osób zamieszkujących ten kraj są 4 mln Libańczyków i aż 1 mln uchodźców z Syrii. To jest taka sytuacja, jakby na ulicy co piąta osoba była uchodźcą, np. w Libanie jest to uchodźca z Syrii, ale w przełożeniu na polskie realia jest to sytuacja, jakby do Polski dotarło 8 czy 9 mln uchodźców z jakiegoś sąsiedniego kraju, więc to byłaby gigantyczna liczba osób, która by polską gospodarkę i społeczeństwo ogromnie obciążyła, a Polska na całe nasze szczęście nie jest zniszczona wojną domową tak jak Liban, gdzie ta wojna trwała 15 lat w latach 70. i 80. Więc jest to kraj, który naprawdę przyjął ogromną liczbę uchodźców jak na swoje możliwości i ci uchodźcy pomimo wszystko mają tam dość dobre warunki. Rząd podjął bardzo kontrowersyjną politykę, ze nie chce na swoim obszarze dużych obozów dla uchodźców. Ci uchodźcy są rozproszeni po 4 tys. takich niewielkich obozowisk namiotowych, ale ponad 80% uchodźców, czyli ponad 800 tys. ludzi, mieszka po prostu w libańskich domach, są porozrzucani po różnego rodzaju wsiach i miejscowościach i właśnie tym osobom mieszkającym w libańskich domach nasza fundacja pomaga. Ci ludzie muszą zapłacić czynsz zapłacić za pokój, mieszkanie, piwnicę czy garaż, w którym mieszkają, i właśnie my pomagamy im zapłacić ten czynsz, dzięki pana i państwu podatkom, gdyż to są fundusze przekazane naszej fundacji przez polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. I one właśnie pozwalają Libańczykom zapewnić bezpieczny dach nad głową, mam nadzieję, do tego szybkiego i rychłego momentu, kiedy bezpiecznie i dobrowolnie będą mogli wrócić do swoich domów w Syrii.

A jak wygląda ogólnie polska pomoc?

Polska pomoc, czyli program Ministerstwa Spraw Zagranicznych i polskiego rządu dla zagranicy jest to z jednej strony bardzo duży program, a z drugiej strony bardzo niewidoczny, gdyż większość tych funduszy, które Polska inwestuje w pomoc dla innych krajów świata np. dla Afryki, Bliskiego Wschodu, czy na pomoc humanitarną, są to fundusze, które idą przez budżet UE jako część polskiej składki członkowskiej do UE, albo jako polskie wpłaty do rożnego rodzaju organizacji ONZ-owskich. Jest to razem kwota 2,8 mld zł, czyli bardzo duża. Ale z tego jedynie 100 mln złotych są to programy realizowane pod polską flagą, pod polskim logo, jak gdyby przez odbiorców utożsamiane z Polską, a jak na możliwości kraju będącego bodajże szóstą największą gospodarką Unii Europejskiej to nie jest duża kwota, to jest tyle, ile Warszawa wydaje na remonty ścieżek rowerowych podczas jednego roku. Więc to, że wielu krytyków polskiego zaangażowania zagranicznego mówi, że ta pomoc jest niewidoczna - tak, jest niewidoczna, bo na tę pomoc pod polską flagą, pod polskim szyldem, taką pomoc, która byłaby bezpośrednio utożsamianą z Polską, są przekazywane za małe fundusze. Natomiast polska opinia publiczna, pomimo całej hojności dla programów PCK, Caritasu czy innych organizacji, skupia swoje prywatne finansowanie na potrzebach w Polsce i mają do tego pełne prawo. Więc jeżeli Polska by chciała mieć większe programy pomocy zagranicznej, czy na Ukrainie, gdzie jest tak samo duży kryzys uchodźców, tak samo duże potrzeby, a jest to kraj bezpośrednio graniczący z Polską, czy na Bliskim Wschodzie, to na to potrzeba zaangażowania większych funduszy rządowych, ale te fundusze rządowe będą mogły mieć bezpośrednie przełożenie na to, jak Polska jest np. postrzegana w ramach Unii Europejskiej: że kraj, który rzeczywiście realizuje innowacyjne programy pomocowe i zdejmuje z innych krajów członkowskich Unii Europejskiej tę presję rozwiązania sytuacji humanitarnej np. na Ukrainie. Ale niestety polskie zaangażowanie na Ukrainie jest bardzo, bardzo małe. Tam jesteśmy praktycznie nieobecni.

Wojciech Wilk, Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Dziękuję bardzo.

RadioZET.pl

Oceń