Zamknij

Joanna Scheuring-Wielgus: Kobiety są naprawdę wkurzone! W piątek jedziemy na Warszawę!

Mikołaj Pietraszewski
20.03.2018 07:29
Gość Radia ZET. Joanna Scheuring-Wielgus u Konrada Piaseckiego
fot. Radio ZET

„Rządzący potkną się o zakaz aborcji. Kobiety są naprawdę wkurzone i nie dopuszczą do tego, by taki projekt wyszedł z parlamentu” – ocenia gość Radia ZET, Joanna Scheuring-Wielgus z Nowoczesnej. Zapowiada także, że w środę będzie strajk ostrzegawczy studentów UW, a dwa dni później „Czarny piątek”, pod hasłem „Jedziemy na Warszawę”. „Jest mobilizacja. Wczoraj w ciągu godziny 90 tys. osób podpisało się pod sprzeciwem wobec tego, co wydarzyło się na komisji” – mówi Scheuring-Wielgus.

Konrad Piasecki: Joanna Scheuring-Wielgus z Nowoczesnej. Pani się też szykuje na kolejny czarny protest?

Joanna Scheuring-Wielgus: Oczywiście, nie tylko czarny protest w piątek, ale również na strajk ostrzegawczy studentów UW, którzy też się mobilizują na środę.

Wierzy pani w to, że studenci UW solidarnie wystąpią przeciwko projektom zmian ustawy antyaborcyjnej?

Tak, wczoraj pokazała się taka informacja, jest już wydarzenie.

Od hasła na Facebooku do strajku jednak strasznie daleka droga.

Jest mobilizacja, proszę mi uwierzyć, w środę będzie strajk ostrzegawczy. Mało tego, wczoraj też odbyła się akcja Akcji Demokracji. W ciągu godziny 90 tys. osób podpisało się pod takim sprzeciwem wobec tego, co się wczoraj wydarzyło na komisji. W piątek będzie czarny piątek....

Ten czarny piątek to będzie co, czarny marsz? Taka powtórka z tego, co się wydarzyło półtora roku temu?

Czarny piątek organizuje Strajk Kobiet i Marta Lempart. Jest pod hasłem: "Jedziemy na Warszawę". Kiedy wieczorem przychodziłam do domu po komisji, harmonogram Sejmu pokazywał, że głosowania będą w piątek rano. Dzisiaj już wiem, że te głosowania są przerzucane na czwartek wieczór, więc myślę, że trzeba będzie podjąć decyzję...

Ale w tym bloku głosowań będzie już projekt zmian ustawy aborcyjnej?

Wszystko na to wskazuje. Tego chce pani Kaja Godek.

Ma pani pewność, że rządzący są przekonani do zaostrzenia ustawy aborcyjnej? Bo ja tego przekonania nie mam.

Jeżeli rządzący reagują bardzo szybko na głos biskupów, żeby zająć się legislacją i bardzo szybko zwołują komisję sprawiedliwości i praw człowieka, ona była wczoraj od godziny dwunastej, żeby nad tym procedować i są już zapowiedzi, że w środę komisja polityki społecznej, która będzie nad tym obradowała, to wydaje mi się, że jest w nich determinacja. Ale oni się potkną o to.

Bo? Bo nie zbiorą większości w Sejmie?

Nie, to nawet nie chodzi o to. Kobiety są naprawdę wkurzone. Przepraszam za to słowo, ale naprawdę są wkurzone i nie dopuszczą do tego, żeby taki projekt wyszedł z Parlamentu.

O wkurzeniu kobiet, opozycji, KOD-u słyszałam wielokrotnie i wielokrotnie było też tak, że wkurzenie wkurzeniem, a Parlament robił to, co do niego należało. Gdyby do tej ustawy wpisano, że zakazana jest aborcja tylko w tych przypadkach, kiedy jedyną przesłanką jest zespół Downa, pani też by protestowała?

My nie możemy, nie mamy żadnego prawa w dyskusję na temat aborcji wrzucać ludzi z zespołem Downa. To jest hipokryzja.

Dzisiaj jest tak, że zespół Downa jest przesłanką aborcyjną. Różne są statystyki i różnie o tym się mówi, ale zespół Downa bywa jedyną przesłanką do wykonania aborcji.

Statystyki są proste: za 2016 rok, tych aborcji legalnych, które zostały wykonane, jest 1098. 221 dotyczyło zespołu Downa, a 821 - wad śmiertelnych płodu. I spłycanie...

Ale ja mówię o tych 221. Gdyby było tak, że tych 221 aborcji by nie było, to pani naprawdę by cierpiała?

Ale my nie możemy spłycać tematu aborcji do osób z zespołem Downa.

Ale ja nie spłycam. Ja pytam, czy gdyby uznano, że zespół Downa nie jest przesłanką do aborcji, też by pani protestowała?

Właśnie chodzi o to spłycenie. Ja się nie zgadzam z tym. Ja uważam, że kobieta powinna mieć wybór. I nikt nie ma prawa mi narzucać swojego światopoglądu. Jeżeli pani Kaja Godek i całe jej środowisko chce decydować się na to, żeby urodzić dzieci, które wodogłowie, jakieś inne choroby, chce się na to zdecydować, to przecież nikt jej tego nie zabrania. Ale jeżeli ja jestem kobietą i przypuśćmy, mam bardzo trudną sytuację rodzinną i dowiaduję się, że moje dziecko będzie mocno upośledzone, to ja mam prawo do wyboru. Mogę urodzić albo nie rodzę, proste.

Trudno przy takiej argumentacji nie zadać pytania zwolenników zmiany przepisów: dlaczego ograniczać się do nienarodzonych? Dlaczego nie pójść dalej, dlaczego nie uznać, że skoro są niesamodzielni - bo pani wczoraj mówiła, że ludzie z zespołem Downa są niesamodzielni - nie załatwiać tego za ich życia?

Najbardziej wczoraj mnie uderzyło to, kiedy pani Kaja Godek rozpoczęła swoją debatę w ten sposób, że ona jest przedstawicielką wszystkich osób niepełnosprawnych w Polsce i osoby niepełnosprawne czekają na tę ustawę. To jest kłamstwo i hipokryzja. Dlatego że my mówimy zupełnie o czymś innym. Nikt w Polsce nie zajmuje się na poważnie problemami osób, które rzeczywiście wychowują dzieci z upośledzeniami, najróżniejszymi, nie ma na ten temat debat. Matki, które decydują się na to, żeby urodzić dziecko z zespołem Downa, zostają same. Kiedy rodzą dziecko z zespołem Downa, 80% mężczyzn odchodzi od kobiet, te kobiety zostają z tym same, rezygnują z pracy. Dostają zasiłek pielęgnacyjny 1300 zł. Nie pracują, ponieważ całe swoje życie poświęcają dziecku. I super, że to robią, ale powinny mieć wsparcie o wiele, wiele większe od państwa.

Czyli, rozumiem, każdemu zaostrzeniu ustawy, również gdyby to zaostrzenie dotyczyło wyłącznie trisomii chromosomu 21, bo tak się nazywa zespół Downa, pani mówi: "nie", bo pani uważa, że dzieci z zespołem Downa nie powinni się rodzić.

Absolutnie tak nie uważam. Jeżeli kobieta zdecyduje się na urodzenie dziecka z zespołem Downa, to przecież to jest jej wybór i ja będę jej bardzo kibicować. Nie wiem, czy pan wie, że moja siostra prowadzi teatr z ludźmi z zespołem Downa. Teatr istnieje przeszło 10 lat. Pamiętam początki zakładania tego teatru.

Pani patrzy na tych aktorów teatru i pani myśli: "Rzeczywiście nie powinniście żyć, bo z wami jest tylko problem? Mówiła pani wczoraj podczas posiedzenia komisji: "Czy wiecie, że osoby z zespołem Downa to osoby niesamodzielne? Czy wiecie, że te osoby mają bardzo duże trudności w znalezieniu pracy?". Wiemy, tylko co z tego?

Oczywiście, że tak. Mówię o tym dlatego, żeby uświadomić pani Kai Godek, że państwo nie pomaga rodzicom, które decydują się na to, aby całe swoje życie poświęcić dla dziecka, które ma zespół Downa. Bo problemy, które mają osoby z zespołem Downa już później - bo do 18. r.ż. jest jakaś opieka, są ośrodki, do których można pójść i jakąś tam pomoc się dostaje - ale w momencie, kiedy osoba z zespołem Downa staje się pełnoletnia, i tak jest niesamodzielna. Dlatego, że ma problemy z dostaniem pracy. Gdy dwie osoby z zespołem Downa się w sobie zakochają, sąd nie udziela im ślubu, ponieważ uważa, że są niesamodzielne. Te osoby są niesamodzielne i państwo powinno pomóc, a państwo nic nie robi.

To może w takim razie zmieńcie ustawę, solidarnie zaostrzcie ją, ale też solidarnie przyjmijcie przepisy, które będą życie ludzi z zespołem Downa ułatwiały.

Ale my o tym mówimy. W 2016 r. jako Nowoczesna, Kornelia Wróblewska złożyła ustawę, która zwiększa świadczenia dla rodziców, którzy opiekują się osobami z niepełnosprawnościami i ta ustawa po prostu leży, nikt się tym nie interesuje. Mam dużo odwiedzin w biurze poselskim. I np. przychodzi do mnie babcia 19-letniego Dominika. Mama tego Dominika jest też osobą niepełnosprawną. W związku z tym, że dostaje rentę, nie może dostawać świadczenia. To są takie problemy, z którymi ci ludzie się mierzą.

Źle jest pani z nową przewodniczącą Nowoczesnej?

Nie, absolutnie nie jest mi źle, bardzo lubię i cenię Katarzynę Lubnauer.

Ale nie jako przewodniczącą partii - tak postrzegam to, i jak słyszę pani wypowiedzi kolejne, to mam poczucie, że ta pani, Ryszarda Petru i Katarzyny Lubnauer Nowoczesna staje się za ciasna, za mała.

Ja w zasadzie wszystko już na ten temat powiedziałam.  Kibicuję Katarzynie Lubnauer i każdej osobie, która jest w Nowoczesnej. Co będzie, to będzie, zobaczymy.

Co będzie? Bo pani, mam wrażenie, już myśli o czymś nowym, o jakimś nowym projekcie.

Ja myślę o tym, o czym myślałam zawsze, i tutaj się nic nie zmieniło, tylko bardziej to zintensyfikowałam. Jestem mniej w Warszawie, jeżdżę w teren.

I w tym terenie pani słyszy: "Potrzebujemy nowej partii"?

W tym terenie słyszę to, co zawsze słyszałam, nawet nie będą w polityce: "Dlaczego wy nie słuchacie nas, ludzi...?".

Ale jakbyście posłuchali, to co by z tego wynikło?

Problem jest taki, że politycy odlatują na Wiejskiej, nie słuchają tego, co ludzie mają do powiedzenia. I mnie to na przykład strasznie denerwuje.

Ale gdyby nie odlatywali, gdyby stali twardo przy ziemi, to co by robili albo czego by nie robili?

Gdyby słuchali ludzi, gdyby słuchali tego, co ludzie mają do powiedzenia, to np. pomyśleliby o tym, że wyborów samorządowych nie wygra sie, mówiąc z trybuny sejmowej: "My jesteśmy fajni i teraz wy do nas dołączcie", tylko robią coś innego: siadają przy stole i jesteśmy wszyscy na tym samym poziomie.

Czyli uważa pani, że w Katarzynie Lubnauer za mało jest schodzenia na poziom ludzi?

Ale nie rozmawiajmy o Katarzynie Lubnauer, ja naprawdę cenię Katarzynę Lubnauer. Chodzi o to, że politycy w ogóle wszyscy w Sejmie nie rozumieją tego, że środowiska obywatelskie, które jak grzyby po deszczu powstały po 2016 r., mają też coś do powiedzenia.

To dlaczego pani nie skieruje Nowoczesnej w tym kierunku?

Staram się kierować i mam nadzieję, że Nowoczesna też pójdzie w tę stronę.

A nie uważa pani, że Nowoczesna to już jest dla pani zamknięty projekt?

Nigdy nie mówię "nie". Decyzję podejmuję rankiem, jak wstaję z łóżka.

Nie wstanie pani 21 marca i nie powie pani: "O, pierwszy dzień wiosny, zakładam nową partię".

Absolutnie nie.

To musi być przygotowanie trochę dłuższe.

Przypatruję się temu, co się dzieję, kibicuję, mieliśmy teraz w sobotę radę krajową.

To zapytam inaczej: pani uważa, że jest klimat, nastrój, ciśnienie na nową partię?

Ostatnie badania - nie wiem, czy pan widział takie badania - 45% osób nie ma partii, która reprezentuje ich poglądy. To pokazuje, że jest ciśnienie na nową organizację. Zobaczymy, co będzie.

I pani by chciała w tę lukę wejść?

Nie chcę wchodzić w żadną lukę, chcę robić to, co robiłam zawsze, czyli rozmawiać z ludźmi, pomagać ludziom tym, których spotykam na ulicy.

To są banały. Każdy polityk, który siedzi w tym studiu, mówi, że on chce rozmawiać z ludźmi, że chce odpowiadać na zapotrzebowania ludzi, że chce być blisko ludzi. Wszyscy to powiedzą, od prawa do lewa. Tylko teraz pytanie, czym to ugrupowanie, na które jest ciśnienie, miałoby się różnić od dzisiejszych ugrupowań?

To zacznijmy inaczej: w 2014 r. do wyborów samorządowych weszły ruchy miejskie, po raz pierwszy postawiły się partiom politycznym i wskazały swoich reprezentantów. Ja uważam, że w 2014 r. rozpoczął się pewien proces, który trwa. Ten proces mocno zakorzenił się w 2016 r., kiedy zaczęły powstawać nowe organizacje: Obywatele RP, Strajk Kobiet, czarne protesty, Akcja Demokracja. To pokazuje, że jesteśmy w pewnym procesie zmiany politycznej, zmiany idei, zmiany pokoleniowej. I to się dzieje. I wydaje mi się, że po wyborach samorządowych, które nie wiem, czy przegramy, czy wygramy jako opozycja parlamentarna i pozaparlamentarna, coś się jednak wydarzy. Wydaje mi się, że albo połączenie wszystkich sił demokratycznych - nie wiem, w jakim tworze, nie wiem jak, ale coś się wydarzy, dlatego że  ludzie tego oczekują, po prostu.

Czyli albo połączenie sił demokratycznych, albo powstanie czegoś nowego?

Dokładnie.

Ale to coś nowego, to rozumiem, że stare sztandary poszłyby do lamusa albo pani by je chętnie odłożyła i jakiś nowy sztandar utworzyła?

Ja nie chcę niczego tworzyć sama. Gdybym chciała założyć partię, zrobiłabym to dawno temu.

Z kim, skoro nie sama?

Jest mnóstwo świetnych polityków...

Trzy nazwiska. Pięć nazwisk.

...w Nowoczesnej, w PO i poza parlamentem, jest mnóstwo świetnych ludzi, którzy jeszcze się zastanawiają, czy wejść w to bagno polityczne.

I pani by ich chętnie połączyła pod swoim berłem?

Chętnie łączę ludzi.

Będzie pani kandydować na prezydentkę Torunia?

Jeszce nie podjęłam takiej decyzji, rozważamy różne scenariusze.

Również taki?

Też taki.

Bardzo dziękuję.

„Mój syn przyszedł do domu i powiedział, że jak kobieta bierze tabletki antykoncepcyjne, to straci rękę albo nogę. Tak nauczono go w szkole”

Mój syn, który w gimnazjum miał wychowanie do życia w rodzinie, przyszedł do domu i powiedział, że jak kobieta bierze tabletki antykoncepcyjne to na pewno straci nogę albo rękę. To kuriozalne. W szkole go tego nauczono, powiedziano mu to na lekcji – mówi Scheuring-Wielgus w internetowej części programu. Posłanka Nowoczesnej ubolewa, że szkoły nie edukują seksualnie dzieci. Filmiki, które są pokazywane, są filmikami z lat 60. i 70. – dodaje. Jej zdaniem „świadomość i wiedza na temat człowieka jest żadna”. Są takie wytyczne UE, które pokazują, jakie są rekomendacje do nauczania edukacji seksualnej w szkołach. Polska nigdy z tego nie skorzystała. W małych miejscowościach często to księża mówią o tym, jak się zachowywać – komentuje gość Radia ZET.

Uważam, że PO i .N to za mało – odpowiada Scheuring-Wielgus, pytana o zjednoczenie opozycji. Jej zdaniem koalicja dwóch partii to za mało. Najlepszy pomysł to okrągły stół z partiami parlamentarnymi i pozaparlamentarnymi. To już dawno powinno się wydarzyć – uważa gość Radia ZET.

Nowoczesna nigdy nie była przystawką PO. To raczej PO miała zakusy, żebyśmy stali się młodszą siostrą, którą oni przytulą. Nigdy nie byliśmy i nie będziemy takim tworem – zapewnia Joanna Scheuring-Wielgus i dodaje, że „nikt nie ma nawet takiego pomysłu w .N, żeby przechodzić do PO, albo żeby stać się jedną partią”.

RadioZET.pl/MP