Zamknij

Anna Komorowska: Pierwsza dama powinna dostawać pensję. Miałaby zakres obowiązków i można by wówczas oczekiwać od niej publicznego zaangażowania

Mikołaj Pietraszewski
31.03.2018 08:00
Anna Komorowska
fot. Radio ZET

- Jestem za tym, by pierwsza dama była wynagradzana, ale też z wynagrodzeniem powinien zostać określony zakres obowiązków - mówi w Radiu ZET była pierwsza dama Anna Komorowska. Jak dodaje w rozmowie z Joanną Komolką, jeśli pierwsza dama miałaby pensję, to miałaby także zakres obowiązków i można by ją z tego rozliczać. - Społeczeństwo mogłoby wtedy oczekiwać zaangażowania publicznego. Teraz żona każdego z prezydentów wypełnia swoje obowiązki tak, jak jej w duszy gra: z czym się zgadza, z czym się nie zgadza, co lubi, co mniej lubi - wylicza Komorowska w Radiu ZET. Wspomina też, że dla niej okres prezydentury jej męża to był czas najbardziej intensywnej pracy. - A żadne składki w tym czasie nie były odprowadzane - podkreśla. 

Joanna Komolka: Anna Komorowska, była pierwsza dama. Rozmawiamy w szczególnym czasie. Państwo będą rodzinnie spędzać te święta?

Anna Komorowska: Tak, jak zwykle. Pełna rodzina. Spora. Rozstrzał wieku 90 plus do rok plus. Więc cztery pokolenia i wszystko po środku też, nawet psy.

Państwo rozmawiają przy świątecznym stole także o polityce?

Staramy się nie, ale to nie jest temat, od którego można uciec.

A jakie tematy polityczne pojawiają się najczęściej?

To trudno powiedzieć, w zależności od sytuacji.

A teraz?

Zobaczymy, wszystko przed nami. Wydaje mi się, że trzeba jednak ograniczyć te tematy polityczne, te emocje ogromne, żeby skupić się na zbudowaniu przyjemnej atmosfery, takiej świątecznej. Też obecność dzieci trochę limituje tematy, bo trzeba się nimi zajmować też.

Od polityki, tak jak sama pani powiedziała, uciec się nie da, zwłaszcza od tej bieżącej. Powróciła niedawno dyskusja o zaostrzeniu prawa antyaborcyjnego. Za jakim rozwiązaniem pani się opowiada? Jest pani za tym, żeby trzymać kompromis, prawo zaostrzyć, zliberalizować?

Wydaje mi się, że to, co do tej pory lepiej lub gorzej funkcjonowało, jest na obecnym etapie, przy tych rozpalonych emocjach jest optymalnym rozwiązaniem. Zresztą chciałam przypomnieć, że półtora roku temu, czy dwa lata już nawet minęło, byłam inicjatorką listu, który żony byłych prezydentów...

Byłe pierwsze damy.

Nie lubię tego określenia, więc tego unikam.

Więc była prezydentowa.

Zdecydowanie lepiej. Podpisały i to był głos za tym, żeby nie ruszać tego, ponieważ przy tak rozbuchanych emocjach przez ujawnianie się tych ekstremalnych nastrojów dojdzie do jakiejś zmiany, która nikomu nie będzie odpowiadała i będzie to gorący kartofel przepychany w jedną i w drugą stronę.

A w tej sytuacji, kiedy jesteśmy teraz, kiedy ten temat znów powrócił, to jest moment, żeby byłe prezydentowe zabrały głos publicznie? Bo powracamy do tego, co było w 2016 r., o czym pani mówiła. Mamy protesty na ulicach, i to nie tylko wielki marsz w Warszawie, ale także w wielu innych miastach w Polsce.

No tak, one się pojawiły, ponieważ znowu podniosły się głosy i dochodzi do próby zmiany tego, co lepiej czy gorzej jakoś funkcjonowało.

No właśnie, ale pytanie jest, czy to funkcjonowało, bo mówi się o tym, że w wielu miejscach w Polsce mimo tego, że to prawo wciąż obowiązuje, że można z trzech względów dokonać legalnie aborcji, to się nie dzieje. O tym mówi rzecznik prawo obywatelskich.

Dlatego mówię: lepiej czy gorzej. Wydaje mi się, że tutaj idealnego rozwiązania nie będzie.

Czyli myśli pani, że powinno zostać tak, jak jest?

Ja bym uważała, że nie ruszać w tej atmosferze, która się zrodziła.

A czy w tej atmosferze, o której pani mówi, kiedy mamy tak bardzo spolaryzowane społeczeństwo, spolaryzowanych polityków, ich poglądy, ale też społeczeństwo, bo to widać... Dlatego pytam o rolę pierwszej damy, prezydentowej, być może aktualnej. co by pani poradziła Agacie Kornhauser-Dudzie? czy ona powinna zabrać głos w tej sprawie?

Ja nie jestem doradcą żony obecnego prezydenta i nigdy się w tej roli nie obsadzę. Każda żona urzędującego prezydenta czuje, co powinna w danej sytuacji wobec pojawiających się wyzwań robić. I tylko tyle.

A pani uważa, że przyjdzie taki moment, że będzie pani musiała ponownie wyjść publicznie czy też ponownie wystosować taki list?

Wydaje mi się, że warto się odwołać i przypomnieć to, co było. To był bardzo wyważony list i zarówno pani Danuta Wałęsowa, jak i pani Kwaśniewska podpisały złożoną przeze mnie propozycję, nie zmieniając żadnego nawet przecinka.

Czyli były panie zgodne w tej kwestii?

Tak. On był zresztą tak sformułowany, żeby pomieścić jak najszerszy wachlarz możliwości i wrażliwości.

To, co się dzieje wokół tego tematu spowodowało, że na ulicę wyszły kobiety, ale też mężczyźni. Czy to jest taki moment, że PiS powinno odpuścić, powinno ten temat schować, być może zamknąć?

No te reakcje tak sugerują, że to idzie za daleko i że to jest nieakceptowalne.

Wiele mówi się o zarobkach w ostatnim czasie wiceministrów dla odmiany. Czy taka osoba jak pierwsza dama jak prezydentowa być może też powinna zarabiać?

Tak jak patrzę z perspektywy, ja już nie jestem osobą aktywną zawodowo z różnych względów, nie mogę powiedzieć, że wychowanie piątki dzieci plus jeszcze inne moje obowiązki, które wypełniałam przez całe życie, to ten okres prezydentury mojego męża to był czas, kiedy najintensywniej pracowałam. Ten czas przynajmniej powinien się liczyć jako okres składkowy, do emerytury. I to jest minimum.

No właśnie, bo pani nie odprowadzała, bo pani nie zarabiała.

Nie. Ale wiedziałam, z czym to się wiążę, to nie była dla mnie niespodzianka, że żona prezydenta nie ma możliwości czy kontynuowania pracy zawodowej i w związku z tym nie ma wynagrodzenia.

Byłaby pani za tym, żeby prezydentowa otrzymywała jakieś wynagrodzenie?

Tak. Ale z wynagrodzeniem powinien być też kanon obowiązków. Zakres obowiązków powinien być ustalony przynajmniej minimum minimorum i zostawienie takiej przestrzeni na aktywność własną, własne pomysły. Ale jeżeli jest wynagrodzenie, powinien być zakres obowiązków.

A teraz tego zakresu nie ma?

Nie ma. zona każdego z prezydentów może wypełnić te obowiązki tak, jak jej w duszy gra, z czym się zgadza, z czym nie zgadza, co lubi, co mniej lubi.

A czy wtedy, gdyby czysto hipotetycznie ustalić zakres obowiązków, wynagrodzić prezydentową, społeczeństwo mogłoby od niej wymagać, żeby zaangażowała się publicznie?

Jeżeli to by było w zakresie obowiązków, to wtedy można. Natomiast teraz nie można niczego oczekiwać. Są takie oczekiwania społeczne, co też jest szalenie ważne. Jeżeli chcemy, żeby coś konkretnie było, to musi być w zakresie obowiązków.

Zbliżają się wybory samorządowe. Urodziła się pani w Warszawie, jest pani warszawianką. Którego kandydata pani, państwo poprą, może wesprą w kampanii przed wyborami samorządowymi?

Na razie częściowo znamy kandydatów na prezydenta miasta stołecznego Warszawy, natomiast poczekajmy, co będzie dalej.

Czyli nie podjęli państwo jeszcze decyzji, czy to będzie Rafał Trzaskowski? Bo tych kandydatów będzie więcej.

A kogo mamy jeszcze do wyboru?

No nie wiem...

No właśnie. No więc w tej chwili jedyny, którego można poprzeć, to jedyny, który się zgłosił, no więc Rafał Trzaskowski.

A gdyby się okazało, że będzie kandydowała kobieta, mówi się na przykład o Barbarze Nowackiej, to może kobieta?

Wydaje mi się, że nie płeć powinna decydować, a kompetencje doświadczenie - to są znacznie ważniejsze rzeczy niż płeć. Ale to nie jest tak, że kobiety głosują na kobiety.

Nie. Ale być może kobieta mogłaby po raz kolejny zostać prezydentem stolicy.

Ale mogłaby. Nic nie stoi na przeszkodzie. Ja przeciwko temu się nie buntuję, że kobieta dlatego, że jest kobietą, będzie gorszym prezydentem miasta dużego jak Warszawa. Natomiast nie płeć jest tutaj czynnikiem decydującym.

Myśli pani, że Warszawie potrzeba prezydenta młodszego, bardziej prężnego czy też uważa pani, że to, co Hanna Gronkiewicz-Waltz zrobiła dla stolicy, to zrobiła wystarczająco, czy można było więcej?

Zawsze można powiedzieć, ze coś można było więcej. Ja bardzo dobrze oceniam prezydenturę Hanny Gronkiewicz-Waltz. Uważam, że w czasie sprawowania przez nią tego urzędu Warszawa się zmieniła bardzo in plus.

Myśli pani, że ta afera, która w tej chwili dominuje nad Hanną Gronkiewicz-Waltz, mówię o aferze reprywatyzacyjnej , to może być kłoda pod nogi dla Rafała Trzaskowskiego i dla PO w Warszawie?

Zobaczmy, co z tego wyniknie. Wszystkie wiadomości negatywne są zawsze obciążeniem. Natomiast zobaczmy, co jest prawdą, czy to nie są fałszywe oskarżenia.

Myśli pani, że PO łatwo będzie wygrać w Warszawie? Do tej pory bardzo duży bastion dla PO, bez większego problemu wydawało się, że Rafał Trzaskowski, jeżeli wystartuje - wiadomo, że wystartuje - wygra z kandydatem PiS-u, kimkolwiek on nie będzie - bo na razie mówi się o kilku nazwiskach. Czy to rzeczywiście będzie pstryknięcie palcami?

Doświadczenie nasze pokazuje, że nie ma wyborów, które się wygrywa bez problemu. Natomiast życzę Warszawie, żeby to był Rafał Trzaskowski.

Wracając do czasów, kiedy pani mąż był prezydentem, jest taki moment, którego pani żałuje? Być może odbyło się to kosztem rodziny? Była pani bardzo zajęta, mówiła pani, że bardzo dużo państwo podróżowali, no bo są to obowiązki prezydenta i prezydentowej.

Trudno powiedzieć, że moment, którego żałuję. Mam świadomość, ile rzeczy mi uciekło: mówię o sprawach rodzinnych, może mniej towarzyskich. Ale też bardzo dużo zyskałam. Coś za coś. Akurat prezydentura męża przypadła na okres, kiedy nasze dzieci już były dorosłe, więc tutaj nie mam żalu, że coś z ich rozwoju... Chociaż to ograniczyło kontakty, ale nie wykluczyło z nich, bośmy się widywali dosyć często. Uciekły mi pierwsze lata moich wnuków, ale to jest do nadrobienia.

Brakuje pani polityki?

Nie...

Powrotu do czynnej polityki?

Ale ja nigdy nie byłam czynnym politykiem.

Ale mąż bardzo często zabiera głos w bieżących tematach politycznych. Myśli pani, że byłby w stanie wrócić czynnie do polityki, pani razem z nim?

Ja nie wiem, czy razem, jesteśmy jednak osobnymi bytami. Życie dotychczasowe pokazuje, że nie można mówić nigdy. To pani wie dobrze, bo to nie ja jedyna to mówię. To jest cytat często przytaczany.

Widziałaby pani męża na jakim stanowisku na przykład? Gdyby się zdecydował na powrót taki czynny rzeczywiście, nie w roli byłego prezydenta, komentatora rzeczywistości politycznej? Może przyjdzie taki moment. Pani mówi: nigdy nie mówmy nigdy.

Nie, ja też się nauczyłam, żeby nie obstawiać stanowisk męża. Jak myśmy się poznali, jak za niego wychodziłam za mąż, do głowy by mi nie przyszło, że on zostanie prezydentem Polski. Bo myślę, że mało kto wtedy myślał, w latach 70.,  że taka sytuacja się wydarzy.

Mówi pani, że kosztowało to takiego życia rodzinnego, mówi pani o wnukach.  A zdrowie męża?

Nie najgorsze jest. Myślę, że wśród rówieśników swoich jest w stanach średnich.

Polityka zabrała jemu trochę zdrowia?

Trudno powiedzieć, że nie było sytuacji nerwowych i na pewno to nie był czas wyłącznie komfortowy. Ale jak na swoje lata, zupełnie dobrze funkcjonuje.

A gdyby pani dzieci powiedziały: wybieramy się do polityki, polityki czynnej. Będziemy startować w wyborach samorządowych, w wyborach parlamentarnych?

 Są dorosłe, mogą wybierać, ale nie sądzę, żeby to nastąpiło.

Zraziły się trochę do tego, co się dzieje?

Nie, bo one są zwierzętami politycznymi bardzo, ale jednak to, że tata był w polityce, było dla nich sygnałem, że powinny wybrać inną drogę, mimo że skończyły politologię, nauki społeczne itd. Poszły inną drogą.

Wspierały ojca?

Na forum rodzinnym zawsze tak. Były dyskusje, krytyka i pokazywanie różnych stron, ale to nie zerwało więzi i nadal mamy głęboki poczucie, że te więzi są silne i ta prezydentura nas od siebie nie oddaliła, a zbliżyła.

Dziękuję bardzo.

Anna Komorowska gościem Radia ZET. Część internetowa 

Przypomnę, że gościem Radia Zet jest dzisiaj Anna Komorowska, była prezydentowa, bo nie chce mówić o sobie była pierwsza dama. Zbliża się ósma rocznica katastrofy smoleńskiej - to będzie znowu moment, który podzieli Polaków, bo dzieli np. kwestia postawienia pomników. Nie mówię już o sporach, ale mówię też o tych sporach, które niestety pojawiają się wewnątrz tych osób, które ucierpiały najbardziej, czyli wewnątrz rodzin ofiar katastrofy. Czy nie uważa pani, że błędem było to, że te pomniki nie powstały tak krótko po katastrofie? Że wtedy być może zatrzymałoby to, co dziś się dzieje w tej sprawie?

Ale ile tych pomników można postawić? Nie może być tak, że na każdym skrzyżowaniu jest pomnik.  Nie można powiedzieć, że ci, którzy zginęli w tej katastrofie, nie zostali godnie upamiętnieni. Zawsze można powiedzieć, że można bardziej godnie. I niestety w to się wdała polityka i to się stało paliwem politycznym. Ja nie mam takiego poczucia, że tego upamiętnienia było za mało. Poza tym upamiętnianie w takiej atmosferze to dolewanie oliwy do ognia.

A gdyby pani mąż, prezydent, powiedział wtedy w 2011 r.: "Postawmy pomnik wszystkim ofiarom na Krakowskim Przedmieściu, byłby takim inicjatorem, to może byłby ten moment rzeczywiście i nie byłoby powodu do dyskusji teraz?

Ale tych spotkań z rodzinami w sprawie budowy pomnika było bardzo dużo, ja w niektórych z nich też uczestniczyłam i były uzgodnione z miastem...

Wtedy po katastrofie?

Tak, przez 5 lat prezydentury. Były uzgodnienia, ale zawsze ktoś powiedział, że to nie jest godne miejsce albo że powinien być wyższy albo inny... Przy tej polaryzacji i przy włączeniu polityki w to upamiętnienie, myślę, że to nie było do przeprowadzenia drogą uzgodnień, negocjacji i koncyliacyjnie. To, co się dzieje, to są siłowe rozwiązania, ale o tym trudno mówić.

Jeżeli będą uroczyste obchody ósmej rocznicy katastrofy smoleńskiej, będą państwo brali w tym udział?

My za bardzo świętujemy wszystkie klęski i katastrofy i wydaje mi się, że takie obchody można organizować przy okazji jakichś okrągłych rocznic, jeżeli już. Takie mają się odbywać.

Brała pani udział w takich manifestacjach, marszach organizowanych np. przez Komitet Obrony Demokracji, np. 11 listopada. Nadal pani bierze udział?

Tak, jak jestem w Warszawie i są jakieś protesty, mam potrzebę wyrażenia niezgody na to, co się dzieje.

A nie obawia się pani tego, że to sformułowanie o zagrożeniu demokracji nieco straciło na sile, że coraz mniej osób decyduje się brać udział w tego typu zgromadzeniach manifestacjach, przeciwko ograniczeniu praworządności, kiedy na stole była dyskusja w sprawie polskiego sądownictwa.

Ale ten głos wybrzmiał i inna sprawa, co z tym zrobią władze, ale on brzmi, jest podnoszony co i rusz i warto się jednak w tej sprawie nawet w ten sposób przez protesty wypowiadać.

A czy KOD-owi nie zaszkodziła ta cała sytuacja z Mateuszem Kijowskim?

Oczywiście, że to nie pomogło, ale ludzie są tylko ludźmi i poczekajmy, aż to się sfinalizuje. Natomiast przychodziliśmy tam w dobrej wierze, nie oceniając tego czy innego lidera. Też powinniśmy być wdzięczni, że nas skrzyknął, że miał taki pomysł i że tyle osób na to odpowiedziało.

Czy KOD ma szanse przetrwać, czy potrzeba teraz trochę czasu albo znalezienia nowego lidera, który podobnie jak wtedy Mateusz Kijowski będzie w stanie przyciągnąć do siebie najwięcej osób?

Nie potrafię powiedzieć, to jest pytanie do osób które zajmują się analizą różnych takich ruchów społecznych. Ja nie jestem filologiem klasycznym i tutaj tych mechanizmów... Czasami się pojawia coś, co by wydawało się, jest mało znaczącym incydentem, urasta i zaczyna taką lawinę działań ludzkich. Nie potrafię powiedzieć.

A zwróciły się do pani... Czytałam o takim liście, byłych policjantek i wdów po policjantach, to było w związku z ustawą dezubekizacyjną, z prośbą o pomoc, wsparcie. Pani z nimi się spotkała?

Mąż się z nimi spotkał.

I co wyniknęło z tego spotkania?

Nie wiem. Do tego spotkania wiem, że doszło.

Te panie w tym liście pisały o tych dramatach, które je spotkały, ale też o tych, które je czekają w związku z brakiem godnego życia finansowego. Jak pani ocenia tę ustawę, to, co się wydarzyło, że tak naprawdę do jednego worka zostały wrzucone wszystkie te osoby?

Odbieranie praw nabytych - nikt tego nie lubi po prostu. Zwłaszcza osoby, które mają już jakoś ułożone życie, wiedzą, że dysponują takimi a nie innymi środkami.

No tak, ale pieniądze straciły też te osoby, które nawet jakoś specjalnie nie zasłużyły się tamtej władzy, przepracowały kilka dni, a całe swoje życie zawodowe związane były z wolną Polską. I to, o czym pisały panie w tym liście...

Ale tutaj trudno mówić o sprawiedliwości.

Nie jest to sprawiedliwe, chociaż PiS mówi, że sprawiedliwość dla wszystkich, którzy wtedy służyli innemu systemowi.

Ale inne osoby nie miały tych środków w ręku. To trochę jest inna też sytuacja. Oczywiście sprawiedliwie by było, gdyby wszyscy mogli godnie żyć.

Myśli pani, że można by tym osobom pomóc? Myślę o tych osobach, które zostały wrzucone do tego jednego worka, mówiąc kolokwialnie?

Więc tu jest miejsce dla rodziny, dla przyjaciół, dla sąsiadów, dla takich społeczności, póki to jest tak, jak jest.

Wspierała pani córkę, kiedy fundację, w której pracuje, oskarżono o różne dziwne kontakty z ratuszem, przyjmowanie jakichś zleceń? Czy córka radziła sobie sama?

Oczywiście rozmawiałyśmy. Radziła sobie sama. wiedziała przede wszystkim i sama się doskonale broniła, mając twarde argumenty i w liczbach się przedstawiające, że to były oskarżenia niesłuszne, i to dosyć żałosne jest i mało eleganckie - to największy eufemizm, na jaki mogę się zdobyć - jeśli chce się uderzyć w ojca, to uderza się w dzieci.

A pojawiają się jeszcze sytuacje, takie oskarżenia, o których pani mówi, że są bezpodstawne, pod adresem pani rodziny?

Ostatnio nie słyszałam, nie, chyba nie. Ale jestem przygotowana, że może tak być. Ludzie są tak kreatywni, ze wszystkiego się można spodziewać.

A wracając do różnych kreatywności, słyszała pani o pomyśle ogrodzenia sejmu?

Słyszałam. Przez 25 lat mieszkałam na Powiślu i park, który otacza Sejm, był moim parkiem spacerowym, gdzie wychodziłam na spacery z dziećmi, z psami. Pamiętam te czasy, kiedy przez teren sejmowy można był normalnie przejść i nikt nikogo nie zaczepiał. Jeśli władza się boi suwerena, no to smutne.

No właśnie, bo pracownicy Sejmu tłumaczą, że to ze względu na zagrożenie terrorystyczne np. Pani byłaby za tym, żeby ten płot postawić czy zostawić tak, jak jest, żeby rzeczywiście można było swobodnie tamtędy przejść?

Trudno mi jest powiedzieć, na ile się czują zagrożeni. Będą to budować za pieniądze podatników. Tam już jakiś płot od strony parku powstał, ale był teren do przejścia. Dawno już nie chodziłam tamtędy. Więc nie wiem, jak to wygląda, poza manifestacją, która się odbywała. No ale to były kordony z innego powodu.

Czy pani zdaniem, bo o to też pytają słuchacze, program 500+, ten flagowy program PiS-u, to był dobry pomysł? To się sprawdziło, to pomogło wielu osobom?

Dobrym pomysłem jest wspieranie rodzin z większą liczba dzieci. To na pewno jest dobre, bo jest trudniej, sama tego doświadczyłam. I wiem np. jak dla mojej rodziny ważna była decyzja Rady Warszawy sprzed wielu lat, że dzieci miały za darmo przejazdy komunikacją miejską. I wiem, jaką to było dla mnie pozycją w naszym rodzinnym budżecie. Rozmawiamy o podsumowaniu pani prezydent Gronkiewicz-Waltz. Wspieranie rodzin z dziećmi, wspieranie takie, żeby te rodziny lepiej mogły te dzieci wychowywać, jest bardzo potrzebną sprawą. Tylko pytanie jest takie: jeżeli jest mało pieniędzy, chodzi o to, żeby te pieniądze trzeba jak najefektywniej wykorzystać. Tutaj mam pewne wątpliwości, słyszymy, że są nadużycia, ale jeszcze mam za mało danych, żeby powiedzieć, czy to jest sukces, czy nie. Dla wielu osób jest to na pewno dużym zastrzykiem. Dla mnie problemem jest to, że wiąże się to z dużą dezaktywizacją zawodową mam.

Czy byłaby pani, żeby to 500+ zostawić?

Byłoby lepiej, żeby może niekoniecznie dawać gotówkę, ale żeby były bezpłatne przedszkola, żeby był większy dostęp do udziału w kulturze, w sportach. Żeby to były pieniądze jakoś tak konkretniej adresowane. Zawsze można powiedzieć, że rodzice wiedzą, co jest dzieciom bardziej potrzebne niż ci, którzy te pieniądze dają, ale wydaje mi się, że to by było jakoś bardziej efektywne.

A jak pani ocenia to, co ostatnio wydarzyło się, mam na myśli to cofnięcie się w kwestii sądownictwa, to, co PiS, rząd Mateusza Morawieckiego zrobił. Troszeczkę próbuje wycofać się z tego, co zostało już uchwalone, na co uwagę zwracała UE. Pani mówi, że pani brała udział w tych manifestacjach wtedy, kiedy te ustawy były podpisywane, wcześniej uchwalane. Ten krok wstecz to jest rzeczywiście krok wstecz pani zdaniem?

Jakieś światełko w tunelu, ale nie jestem zbyt dużą optymistką tutaj.

Myśli pani, ze światełko w tunelu, ponieważ światełko, które wymusiła sytuacja zagraniczna czy wewnętrzna, czyli to, że społeczeństwo wychodzi na ulicę?

Trudno to powiedzieć. Wracamy do tego, czy warto, czy nie warto protestować. Jakieś te krople drążyły tę skałę i może coś z tego będzie.

A myśli pani, że rząd cofnie się zupełnie, czy poczeka na reakcję ze strony Brukseli np.?

Trudno mi powiedzieć, trzeba to obserwować, być bardzo czujnym, nie dać się zwieść jakimś pozornym krokom.

W razie czego pani wyjdzie ponownie w protestach?

Jeżeli będzie taka potrzeba, no to na pewno tak.

Podczas naszej rozmowy wielokrotnie pojawiło się sformułowanie "spolaryzowane społeczeństwo", antagonizmy, które pojawiają się w społeczeństwie, wśród polityków. Myśli pani, że jest jakiś temat, który byłby w stanie nas wszystkich połączyć, jakiś temat społeczny? Czy już teraz wszystko idzie w taka stronę, że rzeczywiście będziemy się polaryzować ze względów politycznych, ale także społecznych?

Co raz trudniej, bo ta polaryzacja postępuje. Jak słyszę, że z powodu różnic politycznych niektóre rodziny nie są w stanie siąść do świątecznego stołu... Ja bym chciała, żeby np. święta były taką okazją, żeby były momentem refleksji, że jednak oprócz tez różnic politycznych, nawet jeśli one są i będą, żeby to nie przysłaniało tego, co nas łączy.

A rocznica stulecia odzyskania niepodległości - czy to pani zdaniem mógłby być taki moment, który by nas wszystkich połączył Polaków?

Jest taka szansa, tylko pytanie, jak to będzie zorganizowane i jak będą rozłożone akcenty.

A państwo, jeżeli dostaną państwo zaproszenie - a pewnie tak będzie - na takie uroczyste obchody od pana prezydenta Andrzeja Dudy, wezmą państwo w nich udział? Np. pan prezydent mówił o tym marszu wielkim, że chce zorganizować w tym roku w stulecie odzyskania niepodległości jeden marsz, który połączy wszystkich. Państwo wezmą udział w takim marszu?

Nie za bardzo lubię mówić, co by było, gdyby. Więc zobaczymy po pierwsze, jak będzie sformułowane to zaproszenie - ja przynajmniej - i jaki będzie program tego.

Czyli rozumiem, że ramię w ramię razem w tym samym marszu np. z Młodzieżą Wszechpolską to niekoniecznie?

No nie, zdecydowanie nie, to zdecydowanie nie, bo nie chciałabym stanąć pod transparentami, z którymi się absolutnie nie zgadzam.

A  wspólne uroczystości, takie oficjalne, poza marszem, gdzie będą politycy wszystkich opcji np. - wyobraża to pani sobie?

Ja mam dosyć dużą wyobraźnię, więc myślę, że jestem w stanie to sobie wyobrazić, ale to jest jeszcze przedwczesne...

No niewiele czasu już zostało.

Jest koniec marca, do listopada bardzo dużo i tyle się może zmienić...

I nie jest pani za bardzo optymistką w tej kwestii?

Chciałabym być. Ja w ogóle jestem optymistką, no ale też staram się być realistką. Połączyć te dwie pozornie sprzeczne cechy.

Czego życzyłaby pani sobie i naszym słuchaczom z okazji świąt?

Życzyłabym tego, żeby właśnie ten czas świąteczny był takim czasem, który pozwoli nam pomyśleć, zastanowić się nad tym, co jest w naszym życiu ważne, żeby to był czas, który nas natchnie optymizmem, że jednak złe rzeczy przechodzą, a życie zwycięża, i żeby tego nastroju i tego poczucia starczyło na dłużej niż na niedzielę i poniedziałek wielkanocny.

Dziękuję bardzo za rozmowę. Anna Komorowska była gościem Radia ZET, dziękuję bardzo.

Dziękuję bardzo.

RadioZET.pl/DG