Widzieliśmy już „Kler”. Recenzja z Festiwalu Filmowego w Gdyni

24.09.2018 00:02

Aktualny, poruszający temat plus jeden z najlepszych polskich reżyserów to przepis na hit kinowy i kasowy. Film „Kler” Wojciecha Smarzowskiego, który wejdzie do kin 28 września, z pewnością odniesie sukces frekwencyjny. Zresztą już teraz jest dziełem, o którym najgłośniej i najwięcej się mówi, choć jeszcze stosunkowo niewiele osób go obejrzało (film został pokazany na tegorocznym Festiwalu Filmowym w Gdyni, gdzie dostał nagrodę publiczności i nagrodę dziennikarzy).

Janusz Gajos, Kler fot. materiały prasowe

Głównymi bohaterami filmu są trzej księża, których losy splotły się wiele lat temu podczas pożaru kościoła. Od tamtej pory, co roku, w rocznicę tego wydarzenia, spotykają się, by wspólnie uczcić to „cudowne” ocalenie. Właśnie podczas takiego spotkania poznajemy głównych bohaterów tej filmowej historii – mężczyzn, których nic, poza kapłaństwem, nie łączy. Ksiądz Lisowski (w tej roli Jacek Braciak) pracuje w kurii. To typ cwanego karierowicza, który marzy o tym, by zrobić karierę w Watykanie. Jednak jego wyjazd blokuje bezwzględny arcybiskup Mordowicz (w tej roli Janusz Gajos). Ksiądz Lisowski (Robert Więckiewicz) to proboszcz wiejskiej, biednej parafii, alkoholik, który ma romans z jedną ze swoich parafianek, pomagającą mu w prowadzeniu domu. Ksiądz Kukuła (wspaniała rola Arkadiusza Jakubika) to oddany swoim parafianom kapłan, który czerpie wielką satysfakcję z pracy z dziećmi, zwłaszcza tymi z patologicznych domów. Ciąg niefortunnych wydarzeń sprawia, że ich życie zmienia się radykalnie. 

Smarzowski od zawsze stawiał na mocne opowieści. W „Klerze” porusza tematy związane z kościołem katolickim, których nikt do tej pory nie odważył się dotknąć i robi to w typowy dla siebie sposób – jego film to pamflet, będący krytyką księży jako jednostek i grupy społecznej, a także kościoła jako instytucji społecznej. Obraz pokazujący największe grzechy polskiego kościoła: chciwość i pazerność, pijaństwo i erotyczne rozpasanie, brutalność i pedofilię, uzależnienie od władzy i chęć wpływania na bieg historii, finansowe przekręty, powiązanie ze światem przestępczym, cynizm tej instytucji i związanych z nią ludzi. Jednej tylko sfery Smarzowski nie tyka – kwestii wiary w Boga. Ta płaszczyzna, jako zbyt intymna, jest poza zainteresowaniem artysty.  

Pokazane w jego dziele postacie są jednowymiarowe (może z wyjątkiem księdza Kukuły) – złe i odrażające. Reżyser nie sili się na wyrafinowanie czy obiektywizm, nie stara się „bronić” swoich bohaterów, obnaża ich w sposób daleki od humanizmu. Zresztą Smarzowski nie ukrywa, że celowo wybrał takich bohaterów: zepsutych, świadomie żyjących w sprzeczności z boskimi przykazaniami. To cecha charakterystyczna dla jego twórczości – on w ten sposób, przez „ciemne” okulary, patrzy na świat i na człowieka. Za co jest też często krytykowany (podobnie było w przypadku jego poprzednich filmów, takich jak „Drogówka” czy „Wesele”). Zarzuca się mu, że cały scenariusz został skomponowany z wyrwanych z kontekstu wycinków prasowych, a dialogi to „silenie się” na żarty („Oto wielka tajemnica wiary, złoto i dolary”). Do kwestii żartów nie zamierzam się odnosić (kwestia gustu), ale to, że fabuła filmu opiera się na prawdziwych wydarzeniach, które „gdzieś i kiedyś” się wydarzyły, akurat jest atutem tego filmu. 

Zobacz też: "Kler". W tym mieście widzowie nie zobaczą filmu

Najmocniejszym punktem obrazu jest gra aktorka Arkadiusza Jakubika (przyznam szczerze, że jestem zdziwiona brakiem nagrody dla tego aktora). To chyba najważniejsza postać tego filmu – postać tragiczna, niejednoznaczna, która przechodzi wielką przemianę, by w końcu złożyć siebie w ofierze, jako sprzeciw przeciw złu, które ją otacza. Ofiara zbędna. Film Smarzowskiego nie ma na celu oczyszczenia, tzw. katharsis. Ofiara jednostki nic nie znaczy wobec zła w całym kościele. 

Film jest brawurowy i mocny, ale nie jest dziełem artystycznym. Czasem irytuje uproszczeniami, przerysowaniem bohaterów, ale z drugiej strony ta forma ukazująca po raz kolejny parszywą stronę człowieka, jako jednostki, skłania do zastanowienia. 

Nie podejmuję się rozstrzygać, ile jest w tym obrazie prawdy, a ile przesady. Jedno wiem na pewno, to ważny głos, skłaniający do refleksji - przejmujące są zamieszczone w filmie świadectwa ofiar pedofilii. Ich głos powinien zostać wysłuchany… i choćby dlatego warto ten film zobaczyć. 

Monika Karbarczyk

Oceń