Za co kochamy Popka?

03.03.2018 11:30

W tym tytule nie ma ani krzty ironii, Popek naprawdę ma swoich fanów i najwyraźniej w VICE Polska ja jestem tym najbardziej zdeklarowanym.

screen shot z dokumentu „Popek – Za życia” fot. screen shot z dokumentu „Popek – Za życia”

Za co kochamy Popka?

Tekst: Sebastian Rerak (tekst pochodzi z VICE.com)

Pora zmierzyć się z fenomenem posiadacza złotych zębów, platynowych płyt i diamentowego patentu na rozpierdol. Nie będę udawał, że śledzę działalność Popka od czasów sławetnej Firmy. Rodzime gangsta w wykonaniu krakowskiej ekipy mogłoby stanąć w Sèvres jako wzorzec napinki, a kryminalny message być może przyczynił się do tego, że kilka portfeli zmieniło właścicieli. Jednocześnie Firma okazała się składem na tyle intrygującym, że dalsze drogi jej udziałowców rozeszły się w zaskakujących kierunkach. Wystarczy choćby zestawić Kalego, parającego się czujnym hardcore rapem z Tadkiem, wytrawnym partyzantem wyspecjalizowanym w zabezpieczaniu tyłów (patrz: pamiętne nagranie ze scysji z niejakim Oskarem Pam Pam), który występuje dziś chyba nawet na plebaniach i w klubach Gazety Polskiej.

Z racji zakapiorskiego wyglądu i budzących respekt gabarytów, Paweł „Popek” Mikołajuw wydawał się zdecydowanie największym złodupcem w gronie twórców takich klasyków nadwiślańskiego thug rapu, jak „Przeciwko kurewstwu i upadkowi zasad”. Pozory potwierdzały fakty – w 2007 roku musiał wszak wyemigrować do UK, ścigany listem gończym za kradzież z włamaniem. Tym większe zaskoczenie budzić musi metamorfoza człowieka, który obecnie trenuje paso doble, by na antenie Polsatu oddać się pląsom w duecie z Bożenką z Klanu. Aha, wspomniany już Tadek zdążył zdiagnozować u byłego kompana „kibel w głowie”. Stało się to notabene na antenie Radia Maryja. Is this the real life? Kurwa, nie sądzę!

Truizmem będzie stwierdzenie, że na Wyspach Brytyjskich Popek zaczął oddychać innym powietrzem. Ciężko orzec, czy to za sprawą zetknięcia się z wielokulturowym środowiskiem muzycznym, czy też odkrycia szerokiego asortymentu produktów undergroundowej farmacji, niemniej przyszły Król Albanii wyluzował w stopniu, jaki wydaje się znajdować poza zasięgiem nawet najzagorzalszych wyznawców filozofii wyjebongo. Dobrze odnalazł się też na scenie grime, czego dowodem zacny album „Monster”. No a w międzyczasie Mikołajuw sam zaczął przedzierzgać się w potwora. Konkretnie w napędzaną spirytualiami i kokainą Godzillę ze złotym kajdanem na karku.

Porównanie do wielkiego gada jest o tyle akuratne, że kiedy ogląda się dokument „Popek za życia”, możemy zobaczyć m.in. jak bohater wparowuje w amoku do własnej kuchni, niczym legendarny jasczur w japońskie miasta. Fruwają sztućce, talerze, a nawet worek z ziemniakami. Za chwilę Pop wali klina, polewając sobie z pięciolitrowej butli. Wcześniej ujawnia wnętrze swojego garażu, w którym – jak sam przyznaje – zwykł siedzieć od poniedziałku do czwartku non stop, bez choćby godziny snu. Wszystko po to, żeby nagrywać kolejne piosenki.

Intensywność brytyjskiego etapu życia Popka mogłaby wygubić całe gatunki. Sam zainteresowany przyznaje, że potrafił wypić cztery litry wódki i „dostać po tym tylko zgagi”. Do dziś zdążył wrócić do formy pozwalającej walczyć w MMA. Ze zmiennym powodzeniem, ale wskażcie drugiego kozaka wchodzącego na oktagon po kilkuletnim pogo w objęciach alko i narko. Ku zgryzocie hejterów, raper wydaje się nie do zdarcia.

Reżyser „Popka za życia” powiedział, że do osoby Mikołajuwa przekonał go jego punkowy lafstajl. Coś w tym jest. Nie tylko dlatego, że hiperaktywny muzycznie Popuś wydał niedawno punkrockowy album. Przede wszystkim ten gość to 110 kilogramów czystego „I don't give a fuck”. Dla rodzimego hip hopu... ba, dla całego polskiego showbizu jest kimś takim, jak Harley Flanagan w świecie hardcore'u czy Abbath w black metalu. To szajbus, którego trudno nie lubić, ponieważ robi to, co chce, zaimpregnowany na poczucie wstydu. Jednocześnie w całym tym zamieszaniu znajduje czas, aby zająć się córką, spędzać czas z przyjaciółmi etc. Tak się powinno chodzić po tej planecie.

Bezobciachowość nie jest jednak żadnym kapitałem, jeśli nie idzie w parze z ciężką pracą. Tymczasem kariera Popka kosztowała wiele. Już nie chodzi o te „czterysta złotych za gram”, ani ciężkie doświadczenia dzieciństwa i wczesnej młodości. Mikołajuw naprawdę zapieprza na swój status jednoosobowego kombinatu rozrywkowego, a życiowy rachunek przedstawiony w piosence „Wodospady” (Talentu i zaplecza to on raczej nie miał / Ale uparty był jak osioł i w muzyce kochał się / [...] Sam podnosił poprzeczkę, łamał wszystkie zakazy / W chuju miał krytyków, pisząc swe bohomazy) wydaje się najzupełniej prawdziwy.

Jak na człowieka, w którym niektórzy widzą kromaniończyka cudem zachowanego do dzisiejszych czasów, Popuś ma też łeb nie od parady w kwestii monetyzowania swojego sukcesu. Sprzedaż napojów energetycznych, płynów do e-papiersów czy rowerów to jeszcze nic. Ten facet potrafi pogonić ugryzioną przez siebie szyszkę za ponad osiemset PLN (aczkolwiek na cele charytatywne).

Tymczasem aktualne newsy z obozu Popka brzmią tak: „Biorę udział w »Tańcu z gwiazdami«. Będzie cza-cza-cza! Wygram ten program, a robię to z dwóch powodów. Żeby polecieć w kosmos i wygrać ten program oraz utrzymać dobrą formę do następnej walki, bo z tego, co widziałem, będę tańczył sześć godzin dziennie”. Tak oto najbardziej hardkorowy zawodnik Rzeczpospolitej, weteran skaryfikacji i tatuażu oczu, chodzący zbiornik na używki, kat na hipsterów i rzekomy deprawator młodzieży zostanie bohaterem Grażyn, wirując na parkiecie z Agnieszką Kaczorowską. Czy można zagrać jeszcze grubiej? No chyba tylko wówczas, gdy spełni swoje zapowiedzi o starcie w wyborach parlamentarnych. Spoko, Pop, nawet gdy trafisz do Sejmu, będę trzymać za ciebie kciuki!

Oceń